Jest mi ogromnie miło, że jakoś trafiłeś na Leona. Jestem studentką kognitywistyki, pasjonatką książek i cappuccino. Może masz ochotę pozwiedzać Leona? Śmiało! Zapraszam! Z racji tego, że lubię zwiedzać blogosferę, proszę Cię o zostawienie linku do Twego zakątka internetu, o ile takowy posiadasz, w komentarzu :)



Zdecydowałam na troszkę inne podsumowania miesiąca pracy na blogu, na początku miałam wcale tego nie robić, ale... Sprzątając na półce, którą mój ojciec skazał na "ona zaraz się urwie", znalazłam  mój stary notes, w którym od zawsze zapisywałam pierwsze zdania z książek, pomyślałam, że to całkiem dobry pomysł również na post, więc tak powstały Esy Frazesy.

Wierzę w magię tych początkowych słów w książce, że jeśli one mnie nie urzekną, to po nią nie sięgnę, chociaż czasem robię wyjątki (patrz: "Moralność Pani Piontek"). Według mnie muszą być klimatyczne i przyciągające uwagę. Jak jest z Wami? Też tak macie? Czy zupełnie nie przykładacie do tego wagi?

Oto zestawienie pierwszych zdań z tego miesiąca, z lipca, nie wszystkie przedstawione pozycje przeczytałam, niektórych jeszcze nie zdążyłam. Ale skoro zaczęłam je czytać w tym miesiącu, to się w nim pojawią. Chciałam pokazać Wam stosik, ale stwierdziłam, że nie mam na niego jeszcze odpowiedniej ilości weny i książek w domu, bo część jest u mojego chłopaka i raczej tam pozostaje, bo na dwa miesiące nie opłaca mi się ich przywozić.

Mam ulubieńców, co zaznaczyłam w opisach, a tytuły są podlinkowane. 




"Historia kotów" Madeline Swan Jeśli czytaliście pierwszą recenzję na Leonie, musieliście zauważył, że książka nie spełniła moich oczekiwań, zabrakło mi ciekawostek, o których nie zdawałam sobie sprawy.
Przodkowie kota domowego, któremu trafiło się zaszczytne miejsce przy kominku, pochodzą od zwierzęcia, przemierzającego świat ponad 50 milionów lat temu.

"Księga Cmentarna" Neil Gaiman Nawet nie zdajecie sobie sprawy, ile radości sprawił mi Gaiman w tej książce, to perełka tego miesiąca, powieść tak urokliwa, a zarazem powiewająca mrocznością, że aż ją pokochałam! Zdanie zajmuje drugie miejsce.
W ciemności przesuwała się ręka trzymająca nóż.

"Mężczyzna, który pomylił swoją żonę z kapeluszem" Oliver Sacks  Uwielbiam Sacksa, przywiozłam z Poznania właśnie dwie jego książki "Halucynacje" i "Oko umysłu", niebawem recenzje, ale najpierw muszę zacząć czytać.
Jednym z ulubionych słów neurologii jest "deficyt".

"Eleonora i Park" Rainbow Rowell Lubię główną parę bohaterów, może nie skradli mojego serca, ale miło się czytało o ich losach.
 Muzyka XTC nie wystarczała, żeby zagłuszyć debili siedzących z tyłu autobusu.

"Moralność Pani Piontek" Magdalena Witkiewicz Echm... Nie podobało mi się, doskonale o tym zdajecie sobie pewnie sprawę. Po tej powieści męczyło mnie "nigdy-już-niczego-nie-przeczytam". Miałam uraz do książek.
Gertruda Poniatowska, de domo Piontek, przeżywała kryzys.

"Marsjanin" Andy Weir Trzecie miejsce w zestawieniu. Dobry klimat, główny bohater i pomysł, wykonanie może odrobinę kuleje, ale i tak dobra powieść.
Mam całkowicie przesrane.

"Gorące lata trzydzieste. Wydarzenia, które wstrząsnęły Rzeczpospolitą" Michał Przeperski Co mogę napisać? Dobrze napisany tekst.
15 czerwca 1934 r. mniej więcej o wpół do czwartej po południu, na warszawskiej ulicy Foksal padły trzy strzały.



"Malowany człowiek" Peter V. Brett Książka podwędzona mojemu chłopakowi, gdy się niczego nie spodziewał.
Z oddali dobiegł odgłos wielkiego rogu.

"Stąd do wieczności" James Joyce (Księga pierwsza - Przeniesienie) Kupiona w bibliotece miejskiej za złotówkę, wydanie z 1974 roku, ślicznie się prezentuje, pokażę przy najbliższej okazji; zdobyłam jeszcze cztery inne książki (też za złotówkę!), ale nie zaczęłam w nich grzebać. Coś czuję, że Joyce mi trochę czasu zajmie. Zdanie na trzy linijki, James jestem dumna, że to nie pięć stron!
Kiedy skończył się pakować, wszedł na galeryjkę trzeciego piętra koszar otrzepując dłonie z kurzu; był bardzo schludny i zawodniczo szczupłym młodym człowiekiem ubranym w letni mundur koloru khaki, jeszcze świeży o tej wczesnej porannej godzinie.

"Pora na życie" Cecelia Ahern - kupiona w biedroneczce za dychę; pierwsze pięć stron za mną.
Droga Lucy Silchester, 
w poniedziałek 30 maja masz spotkanie.

"Mądrość psychopatów" Kevin Dutton - kocham tę książkę, dlatego ją sobie dawkuję i dlatego jeszcze nie skończyłam jej czytać. Liczyłam na lekką literaturę popularnonaukową i odrobinę facepalmów, a dostałam świetnie napisaną pozycję, która nawet mówi o badaniach, jakie miałam na zajęciach i która mówi o nich z sensem! ZWYCIĘZCA w walce na pierwsze zdanie lipca!
Mój ojciec to psychopata.
A Wy macie swoje ulubione Pierwsze Zdania? Dajcie znać!
Niech  Book będzie z Wami, 
Matylda
źródło: tu


Swego czasu czytałam na okrągło histmag.org, teraz już troszkę odeszłam od tego, ale wciąż z ciekawością zaglądam na wspomniany portal. Na początku roku 2014 pojawiła się na nim książka Michała Przeperskiego zatytułowana "Gorące lata trzydzieste. Wydarzenia, które wstrząsnęły Rzeczpospolitą", miałam ją już od pewnego czasu na czytniku, ale jakoś nie spieszyłam się z poznaniem tej króciutkiej pozycji. Książka liczy sobie raptem niecałe siedemdziesiąt stron. Mój błąd polegał jednak na tym, że dałam się zwieźć tytułowi - nie przeczytałam żadnych opisów książki, myślałam więc o intrygach i niewyjaśnionych zbrodniach w czasie dwudziestolecia międzywojennego, niestety morderstwo było, ale jedno... Głęboko omówienie zostały za to polityczne działania polskiego rządu w owym czasie - nieraz niezgodne z ówczesnym prawem.

Dla miłośników historii i osób niezaznajomionych z latami przed i po ustaleniu konstytucji kwietniowej będzie to z pewnością miła lektura, ja odświeżyłam sobie znane już informacje i co najwyżej poznałam kilka faktów dotyczących między innymi stosunków polsko-litewskich z tego okresu. Styl autora stoi na najwyższym poziomie, nie można się dziwić, bo jest to przecież człowiek, który publikował między innymi w takich poczytnych pismach jak w „Polityka”, „Znak”, „Mówią Wieki”, czy „Na Wokandzie”. 

Miłośnicy Piłsudskiego z pewnością znajdą w książce informacje, które ich zainteresują - mamy w niej opisane posunięcia Marszałka, by utworzyć konstytucję kwietniową. Mamy walkę, opisaną dość oględnie, o władzę po śmierci Piłsudskiego. Jest również tekst dotyczący Zaolzia, który w moim mniemaniu jest najlepszy spośród wszystkich zawartych w książce.

Jestem zadowolona, że sięgnęłam po ten tytuł, pewnie większość z Was nie zainteresuje, ale polecam tym, którzy chcą zobaczyć zakulisowe zagrania polskich polityków z tamtego okresu.


Niech Book będzie z Wami, 
Matylda
źródła: tutututu


Przygotowywałam się do tego postu od czasu opublikowania „Booku dzięki: za Kafkę”, nie chciałam pisać o Tolkienie w szkolniacki i sztampowy sposób, więc zmieniałam tekst, redagowałam, by był jak najciekawszy, mam nadzieję,  że Was zainteresuję. J. R. R. Tolkien to temat rzeka, o nim samym powstało kilka książek, a o jego powieściach jeszcze więcej. Kiedy na ekrany kin wchodził „Władca Pierścieni” Jacksona nie można było zrobić kroku, by nie usłyszeć o Śródziemiu. Poznałam Tolkiena, właśnie dzięki nim. Tak przyznaję się bez bicia, że moja przygoda z Jedynym Pierścieniem rozpoczęła się od amerykańskiej produkcji z 2001 roku. Miałam wtedy osiem lat, dopiero potem okazało się, że mój tata miał na półce wszystkie części „Władcy Pierścieni” i "Silmarillion"… Zaczęłam czytać, na początku szło mi topornie, ale z każdym kolejnym czytaniem było coraz lepiej tak, nie rozstawałam się z tymi książkami i wertowałam je w każdej wolnej chwili. Moja fascynacja i miłość do Śródziemia, i ich twórcy pozostała. Kocham tę historię całym sercem.  


Wielu żywych zasłużyło na śmierć, a cza­sem umierają ci, którzy zasłużyli na życie. Pot­ra­fisz im je za­pew­nić? Nie sądź i nie uśmier­caj tak pochopnie.

Sądzę, że wiele mądrzejszych głów przede mną spisało biografię Profesora w taki czy owaki sposób, lecz pokuszę o krótką notkę na jego temat. Urodził się 3 stycznia 1892 roku w Bloemfontein w Oranii, a zmarł 2 września 1973 roku w Bournemouth w Anglii, krótko po swojej żonie Edith, którą śmierć ogromnie przeżył.

Zero hobbitów, wszędzie elfy i podniosła stylistyka…, czyli co Matylda kocha najbardziej

Niektórzy uważają, że przygodę z Śródziemiem należałoby zacząć od „Silmarilionu”, w którym to dowiadujemy się o początkach tego świata. O tym jak Eru (Ilúvatar — Ojciec Wszechrzeczy) tworzył elfy i ludzi, jak wysłał Ainurów: Valarów i Majarów, by przygotowali świat — Ardę, na ich przyjście, i jak to Pierwsze Zło — Morgoth niczym Lucyfer odwrócił się od stwórcy. To właśnie upadłemu Valarowi służył główny antagonista  „Władcy Pierścieni” Sauron, a potem sam terroryzował Śródziemie. Tolkien był bardzo religijnym człowiekiem, więc doszukiwanie się biblijnych analogii w jego dziełach nie jest błędem, ale ja pozwolę sobie jedynie nadmienić, że w wielu interpretacjach „Władcy Pierścieni” odwoływano się do chrześcijaństwa, mnie ten temat zupełnie nie interesuje, więc pozwolę sobie Was po prostu odesłać pod odpowiednie źródło, tutaj. „Silmarilion” został wydany w roku 1977, czyli cztery lata po śmierci autora, który pracował nad tym zbiorem opowieści z przerwami od 1917 roku. Zapiski Profesora pozbierał i zredagował jego syn — Christopher.  

A teraz, UWAGA, zapamiętajcie, proszę. Ostatnio na jednym z obserwowanych przeze mnie blogów pojawił się pewien błąd, ba!, nawet komentujący twierdzili, że „Władca Pierścieni” to trylogia. Nic bardziej mylnego. LOTR jest powieściową całością podzieloną na sześć ksiąg, to wydawca pisarza wymógł na nim podzielenie jej na trzy części, dlaczego? Objętość była za duża, tylko dlatego mamy teraz ten podział. WP wciąż jednak pozostaje zbitą powieścią nie trylogią.



„Władca Pierścieni” powstawał przez dwanaście lat (1937-1949) między innymi podczas trwania II wojny światowej, wydawano ją w Wielkiej Brytanii w latach 1954–1955. Była kontynuacją „Hobbita, czyli tam i z powrotem”. Krótko po swojej premierze książka stała się fenomenem na skale międzynarodową, została przetłumaczona na dziesiątki języków, w tym także polski. Na świecie sprzedano około 150 milionów egzemplarzy dzieła Tolkiena. Za co lubię tę książkę? Za piękne opisy.  Za walkę dobra ze złem. Za nietuzinkowych bohaterów. Za historię, która działa na wyobraźnie. Uwielbiam wszystkie wątki — oprócz tych z Frodem, tego hobbita nie lubię i w ekranizacji, i w powieści. Gdybyście nie wiedzieli o czym mówi książka — jest to opowieść o misji, której celem jest zniszczenie Jedynego Pierścienia wykutego przez Saurona, jeśli podróż odniesie porażkę, nie dojdzie do ostatecznego pokonania głównego złego.

Alan Lee
Mogłabym o twórczości Tolkiena jeszcze pisać i pisać, ale nie chcę by ten post był ścianą tekstu, nadmienię tylko, że jeśli jesteście ciekawi pięknej i tragicznej opowieści o miłości, o poświęceniu i o walce z przeznaczeniem, polecam Wam „Dzieci Hurina”, o których Tolkien wspominał i w "Silmarillionie", i w „Niedokończonych opowieściach”.  

A teraz zamiast dalej lekko przynudzać, zapraszam do zapoznania się ze szpargałami znalezionymi w sieci:

Elendili, zastanawialiście się kiedyś jak brzmi mistrz? Na tym nagraniu znajdziecie jedno z najwcześniejszych uwiecznień jego głosu, a pokusiłabym się o stwierdzenie, że to właśnie najwcześniejsze, bo pochodzi z lipca 1929 roku. Myślałby kto, że kiedykolwiek usłyszy Tolkiena mówiącego o… sklepach tytoniowych w Londynie? Tak, tak, ten pierwszy wypowiadający się jegomość to właśnie sławny pisarz, [posłuchajcie tej niezwykłej angielszczyzny!

Dziennikarz BBC John Izzard w roku 1968 w Oksfordzie rozmawiał z Mistrzem fantastyki. Reporter spotyka pisarza w jego domu, a potem wspólnie przechadzają się ulicami miasta. Gratką jest to, że możemy odwiedzić miejsca bliskie sercu Tolkiena, jednak myślę, że największą przyjemnością będzie po prostu wsłuchanie się w słowa twórcy Śródziemia o tym, co sądził na różnorakie tematy. Około minuty osiemnastej można nawet ujrzeć w jaki sposób Tolkien zapisywał słowa w języku Elfów.

Portal Topfoto udostępnił galerię zdjęć z Profesorem, zapraszam wszystkich fanów do zerknięcia do niej, z tego względu, że znajdują się tam unikatowe fotografie przedstawiające Profesora, ale nie tylko jego samego, możemy na nich zobaczyć jego ukochaną żonę Edith, widzimy ich dom, każde zdjęcie opatrzone jest opisem, więc z pewnością zorientujecie się, co właśnie dzieje się na fotografii.

Wiecie, że na wspólnym grobie Tolkienów wykuto Beren i Lúthien? Beren i Lúthien to kochankowie, o których niezwykłych losach możemy usłyszeć we „Władcy Pierścieni”, a ich historia znalazła swoje miejsce na łamach „Silmarillionu”. Sądzę, że taka była miłość Johna R.R. Tolkiena i Edith, była silna i pokonująca przeciwności losu, musieli wytrzymać próbę czasu - żona Tolkiena urodziła się cztery lata przed nim, rodzina zakazała im kontaktu, aż do czasu osiągnięcia przez Profesora pełnoletności.

A może chcielibyście zobaczyć rysunki Mistrza? Nic prostszego, klik! 

Jesteście ciekawi chronologii wydarzeń? Drzew genologicznych? Nic prostszego - Lotrproject, czeka.

Bez Tolkiena nie byłoby moich ulubionych filmów, nie byłoby pięknego Viggo w roli Aragorna, nie mogłabym zachwycać się sceneriami Nowej Zelandii i wciąż, i wciąż na nowo przeżywać walki o Śródziemie... Kiedy oglądam filmy, nie mam wrażenia, że patrzę na fikcje, ja odwiedzam starych, dobrych przyjaciół. Booku dzięki, że Tolkien stworzył ten niesamowity świat. 

Mam nadzieję, że chociaż z czystej ciekawości sięgnięcie książki klasyka fantastyki…                                                                                                        
Niech  Book będzie z Wami, 
idąca oglądać po raz dwudziesty wszystkie części LOTR, 
Matylda
źródła: tu,


Witajcie na nowym blogowym cyklu zwanym pieszczotliwie Literofilmówki. Porozmawiamy w nim o (co za zaskoczenie!) filmach, w których występują nasi ulubieńcy — twórcy książek. Czasem są to tytuły nagradzane Oskarami, a czasem kino tak wielkich lotów, że aż predysponujące do Złotych Malin. Pisarze są towarem cennym, zwłaszcza ci należący do światowej klasyki i będący powszechnie znani. Ich opowieści wciąż pobudzają psychikę czytelników, wciąż nurtują i zaciekawiają. Literaci są kastą fascynującą, mnie osobiście dręczy wiele pytań na ich temat… Skąd mieli te wszystkie pomysły? Jak wyglądało ich życie? Czy czerpali inspiracje z kart własnej historii, czy może pozwalali się nieść wyobraźni? Wątpię, by filmy umożliwiły mi znalezienie odpowiedzi, ale mogą być ciekawą rozrywką i odskocznią od książek. Są to produkcje uczłowieczające sławne postaci, które stały się już niemal legendami, a co niektórzy posiadają spore stadko pomników ku swojej czci. Pamiętamy jednak, że z pewnością nie byli tak przystojni, jak aktorzy i aktorki się w nich wcielający, ale…

Zaczniemy od czegoś lekkiego. 

Lubicie romanse? Ja za nimi średnio przepadam, ale od biedy i je czasem z chęcią oglądam, zwłaszcza gdy potrzebuję odstresowania od ciężkiego dnia, przedstawiam więc Wam z radością cztery filmy, których tytuły są tak bardzo od siebie różne, że niemal wcale. Wszystkie są kostiumowe i świetnie oddają realia swoich epok, i wszystkie traktują o trudnej pisarskiej miłości, jakby to ona miała posłużyć za inspirację/pogodzenie się ze sobą artystom.

# Zakochany Szekspir (1998), czyli worek z nagrodami

Film w reżyserii Johna Maddena zdobył aż siedem nagród Amerykańskiej Akademii Filmowej, chociaż nie do końca rozumiem, dlaczego aż tyle ich się posypało. „Zakochany Szekspir” jest dobry, gra aktorska stoi w nim na najwyższym poziomie, a głównym atutem są świetnie odwzorowane realia (można niemal uwierzyć, że na ekranie przechadzają się jegomoście z czasów Elżbiety I — cudowne kostiumy i doskonałe kwestie wypowiadane przez sławy kina), ale nie powiedziałabym, że to wyszukany tytuł zasługujący na wszelakie laury. Mamy Williama Szekspira, w którego wciela się Joseph Fienns, cierpi on na wypalenie twórcze, a ma stworzyć sztukę, która pomoże mu wejść na salony dramatopisarzy ówczesnych czasów, nie potrafi jej napisać, uważa, że stracił talent… Jest błyskotliwy i ironiczny, gestykulacja Josepha nadaje tej postaci życia, Will jest energiczny i wciąż poszukuje natchnienia. W „Zakochanym Szekspirze” nie uraczymy zbyt wielu faktów historycznych, za to na bajkowość nie możemy narzekać, wątpię, by tak wyglądało tworzenie „Romea i Julii”, ale mimo wszystko po cichu wierzę, że tak właśnie było. Wierzę, że Szekspira zainspirowała jakaś Viola (Gwyneth Paltrow — Oskar), że to dzięki niej powstała najbardziej znana historia o miłości wprost z Werony.    


Lord Wessex: Mamy ślub za dwa tygodnie. Wolno ci okazać radość.                               Viola: Ależ ja cię nie kocham panie!
Lord Wessex: Skaczesz z tematu na temat!


# Zakochany Goethe (2010), czyli weltschmerz puka do mych drzwi


Tym razem filmowcy w wir miłosnych perypetii wrzucili Johana Wolfganga von Goethe, niestety nie wyszło im, to tak dobrze jak z angielskim pisarzem. Weltschmerz towarzyszył mi niemal przez cały seans, lubię „Cierpienie Młodego Weltera” i "Fausta", czytałam o jego autorze wiele i w mojej głowie nie zrodził się obraz wymuskanego, szarmanckiego dżentelmena, ale człowieka dręczonego rozterkami i nieszczęśliwego. Niestety film pretenduje raczej do opery mydlanej osadzonej w pięknej romantycznej scenerii, a przecież jego fabuła jako jedyna spośród zestawionych filmów oparta jest na faktach z życia pisarza. Potencjał nie został wykorzystany. Film to raczej ciepła opowieść o Johanie (Alexander Fehling)  i  Charlotcie (Miriam Stein), oczekiwałam czegoś mroczniejszego, bardziej eterycznego... Na kostiumy w produkcji nie można narzekać, ale już na historię myślę, że tak. Liczyłam na więcej, a dostałam lekki film na późne wieczory, zupełnie bezrefleksyjny. Wielka szkoda, bo tylko "Zakochany Goethe" w Literofilmówkach opowiada prawdziwą historię o inspiracji pisarza...

# Zakochany Molier (2007), czyli beznadziejny tragik 

Scenerią "Zakochany Molier" przypomina „Człowieka w masce” — peruki, blichtr i piękne pałace Francji, jednak nie jest historią o walecznych muszkieterach i złym królu, ale o perypetiach Moliera. Historia o początkach drogi słynnego dramaturga była miłą dla oka rozrywką. Zdziwiło mnie to, że w francuskiej produkcji Laurenta Tirarda potrafiłam się tak dobrze odnaleźć. Nie ukrywam, że zawsze śmieszyły mnie sztuki Moliera - czy zekranizowane, czy czytane, czy wystawiane w teatrze. Ten film to właśnie niemal jedno z jego dzieł przeniesione na ekran, niemal. Muszę  się przyznać, że miejscami humor niestety mnie nie bawił, niby widziałam subtelne oczko puszczane w moją stronę "To jest ten moment, gdy chichoczesz", to jednak większe było moje zdziwienie, niż rozbawienie. W kilku scenach udało mi się wychwycić odniesienia do słynnych komedii Jeana-Baptiste’y Poquelina, co było bardzo dobrym posunięciem, bo jak to film Moliera, bez jego słów? Bez jego dzieł? Obserwujemy, więc Francuza przy pracy - aktorskiej i pisarskiej.

Mamy przyjemność śledzić godzenie się Moliera z myślą, że tworzenie komedii wychodzi mu znakomicie, ale w tragedie, to nie jego bajka. Zakochuje się ze wzajemnością w żonie człowieka, który wyciągnął go z więzienia i któremu musi spłacić dług za swą wolność. Nic nie jest proste. Film jest komedią pomyłek, każdy bohater zna jakąś półprawdę, inny poznaje kłamstwo, w końcu nie wiadomo, kto o czym jest świadomy. Mimo wszystko polecam Wam tę produkcję, nie jest ona może wyszukanym kinem, które zmusi Was do rozprawiania o niej, ale na wieczór rozrywki nada się idealnie.

Jourdain do Moliera: Mówiąc bardziej z rozsądku niż z porywczości, jeśli moja sztuka nadaje się do ubikacji, to pańska nie zasługuje nawet na miano gówna.

# Zakochana Jane (2007), czyli rodzynka w zestawieniu

Co mogę powiedzieć o filmie Juliana Jarrolda? Naprawdę nie wiem. Szczerze mówiąc, nie tak wyobrażałam sobie autorkę "Rozważnej i romantycznej", fakt w moim mniemaniu była ona inteligentna i przebojowa, ale... Nie, aż tak. Mam wrażenie, że twórcy chcieli z niej zrobić drugiego Szekspira, w kąśliwych uwagach przychodził mi właśnie wykreowany przez Joseph Fiennsa pisarz. Może to dlatego, że te wszystkie filmy oglądałam w krótkich odstępach? Wielcy autorzy zostali niemal identycznie przedstawieni, a ich historię są do bólu podobne. Nie upiekło się nawet Austen. Mamy miłość (kto by odgadł po tytule?) i wydarzenia z jej życia (których mimo wszystko nie potwierdzono), sprawiające, że Jane jest w stanie zamiast pisać ckliwe historie dla ówczesnych kur domowych, wznieść się na wyżyny swojego kunsztu i stać się jedną ze sław angielskiej literatury. Nie mogę odebrać filmowi tego, że oglądało go się z przyjemnością - muzyka była cudownie dobrana, podobnie stroje i lokalizacje. Jednak nie przekonuje mnie ta historia, to jeden z przewidywalnych romansów... Niestety. 
Pani Austen: Ile razy tańczyłaś z tym panem, Jane?
Henry Austen: Dwa razy to przesada, ale trzy to temat na plotki.

Jesteście ciekawi miejsc, które fani Austen powinni odwiedzić? 



Niech Book będzie z Wami, 
zakochana Matylda




Dzisiaj oddaję w Wasze ręce recenzję książki z polecenia. Wspomniała mi o tej pozycji, gdy cierpiałam na chorobę zwaną nie-wiem-co-czytać, moja była (niestety) współlokatorka, a jest to „Marsjanin”. Miało być zabawnie, odrobinę nietuzinkowo i świeżo, muszę powiedzieć, że wszystko, co zostało zapowiedziane, pojawiło się w książce, jednak nie w takich ilościach, jakich oczekiwałam. Nie każdego zabawi dowcip Andy'ego Weira, ale jeśli chociaż uśmiechnęliście się na widok tego kota (tutaj - ale pamiętajcie, to nie jest wskaźnik czegokolweik...), to historia Watney'a należącego do projektu Ares 3, czyli rozbitka na Marsie, jest dla Was. XXI wieczny Robinson Crusoe na Czerwonej Planecie. Zdany tylko na swoją pomysłowość i siłę woli. Racjonuje pokarm. Ciągle sprawdza systemy w swej "bazie". Ma nikłą nadzieję, że uda mu się przeżyć. Mark to postać, której nie idzie nie lubić, jest rezolutny i szalenie odważny (szalenie to słowo klucz). Na całe szczęście, że to właśnie jego nieopacznie zostawiono na jałowej planecie (jego załoga myślała, że nie żyje), gdyby byłby to jakiś nerd nieobdarzony choćby ułamkiem poczucia humoru, wynudziłabym się na śmierć! Kąśliwe uwagi Watney'a i jego niegasnący mimo wszystko dobry nastrój, sprawiały, że nie ziewałam podczas lektury.

Jeśli wrócę na Ziemię, będę sławny, nie? Nieustraszony astronauta, który pokonał wszelkie przeciwności losu, prawda? Założę się, że to się spodoba kobietom. Większa motywacja, żeby przeżyć.

Książkę prowadzona jest w dwojaki sposób — Mars, na którym  Watney pisze dziennik, zwracając się czasem bezpośrednio do (możliwych) przyszłych czytelników, i Ziemia, gdzie autor zastosował narracje trzecioosobową, by nakreślić działania NASA mające na celu pomóc Markowi, to urozmaicenie pozwala odpocząć od rozbitka. Myślę, że gdybyśmy dłużej czytali wynurzenia kosmonauty, historia stałaby się męcząca, chociaż muszę przyznać, że miejscami, niestety, taka właśnie była. Troszkę zbrzydło mi śledzenie kolejnych naprawach „mieszkania” astronauty i jego pomysłów, po prostu na stronach powieści pojawiały się dziesiątki razy i chociaż popychały do przodu akcję, to wydawały mi się do siebie podobne. Wszystkie sprowadzały się do tego, że Mark zazwyczaj kilkanaście akapitów w zapiskach poświęcał szczegółowemu opisowi sprzętu i jego zastosowaniu. Zwłaszcza wieczorem te fachowe terminy i kolejne posunięcia bohatera do mnie nie docierały i musiałam odkładać lekturę na później. Widać, że autor wyśmienicie przygotował się do tematu, bo jego słowa działały na wyobraźnie, ale gdzieniegdzie odnosiłam wrażenie, że chciał się po prostu pochwalić wiedzą, sprawiając, że mimo tego iż pisał o rzeczach trudnych w przystępny sposób, to zwyczajnie w świecie czytało się o tym topornie. Nachodziła mnie ochota na przerzucenie kilku kartek… Akcja rozkręca się, by zaraz raptownie zwolnić, jest to powieść parabola, miejscami czyta się ją z prędkością światła i chłonie każde słowo, a znowu w innej jej części idzie, jak po grudzie.


Nie mając pola magnetycznego, Mars nie ma żadnej ochrony przed promieniowaniem słonecznym. Jeśli byłbym na nie wystawiony, dostałbym takiego raka, że jeszcze ten rak miałby raka.

Jeśli chcielibyście znaleźć filozoficzne rozmyślenia Watney'a na łamach powieści, to niestety musicie srogo się rozczarować. Astronauta prawie wcale nie wspomina o uczuciach dotyczących przebywania na planecie, a jak już to robi, to zawsze z ironicznym wydźwiękiem. Bohaterowie drugoplanowi mi się mylili. Pojawiło się za dużo imion i nazwisk. W ostatecznym rozrachunku nie wiedziałam kto jest kim w NASA, może to dlatego, że ten wątek mimo wszystko został potraktowany odrobinę po macoszemu i sztampowo? Gdy odwiedzałam siedzibę Narodowej Agencji  Aeronautyki i Przestrzeni Kosmicznej, czy też statek Hermes (którym leciała wracająca na Ziemię załoga Aresa 3), widziałam jeden z tych dobrze znanych filmów o odpowiednio szalonych naukowcach, którzy nie mają czasu na życie osobiste i niczego niebojących się kowbojach w kosmicznych przestworzach. Brakowało mi lepiej rozbudowanych opisów miejsc, dominowały albo techniczne wstawki albo dialogi. Widać, że pisarz nie ma jeszcze na tyle rozbudowanego warsztatu, by być dobry na wszystkich płaszczyznach, ale mimo pewnych niedociągnięć, o których wspomniałam w poprzednim zdaniu, jego styl oceniam pozytywnie. Wykreował przecież świetną z krwi i kości postać Marka Watney'a!

Może na­pi­szę opi­nię klien­ta. „Za­bra­łem go na po­wierzch­nię Mar­sa i prze­stał dzia­łać. 0/10”.

Gdy czytałam "Marsjanina", pomyślałam, że to dobry scenariusz na jeden z kasowych hollywodzkich filmów, że należy tylko wypatrywać ekranizacji... Poszperałam kilka sekund, i jest, w kinach świata "Marsjanin" pojawi się trzydziestego września, u nas będzie w październiku, poniżej macie zwiastun, ale nie polecam się z nim zapoznawać przed przeczytaniem książki, są spojlery! Skoro Ridley Scott się zajmuje tym projektem - tak, ten od "Obcy - 8 pasażer Nostromo", może być dobre kino, ale zobaczymy...

Wracając jednak do książki, nie zawiodłam się, lecz brakowało mi w niej zatrzymania się nie na rozmyślaniu o uprawie ziemniaków na Marsie, ale na samym życiu na tej nieujarzmionej planecie. Chciałam poznać otoczenie i samego Marka bliżej, lecz nie dane mi to było. Zapamiętam go jednak jako naukowca, który potrafił w krytycznych momentach wykorzystać zdobytą przez lata wiedzę i przeżyć na Marsie dłużej niż ktokolwiek przed nim. Jestem ogromnie ciekawa, kiedy książkowe wizje się ziszczą...

Lista z piosenkami, które to zabrała ze sobą dowódca Watney'a komandor porucznik Lewis, a której to "umilały" czas Markowi.

Jak już jesteśmy w temacie astronautów i kosmosu, wiedzie, że NASA podobno odkryła (znowu) drugą Ziemię? Tu macie informację o tym. Żeby tradycji stało się zadość - tutaj znajdziecie stronę autora.

Możecie się zastanawiać, co jeszcze robię w wolnym czasie. Dużo czasu siedzę na swojej leniwej dupie i oglądam telewizję. Ale wy też, więc nie osądzajcie.


Niech Book będzie z Wami, 
przyszła astronautka  Matylda

źródło: tu, tu, tu


Nie było ochów i achów,  nie było niekontrolowanych wybuchów śmiechu, za to masa kociokwików i uniesionych ze zdziwienia brwi w ramach czytania „Moralności pani Piontek” Magdaleny Witkiewicz. Właściwie nie sięgam po literaturę kobiecą, ale zachęcona zacnymi opiniami, chciałam dać szansę popularnej polskiej autorce, liczyłam, że wpadnę w wir wydarzeń, które mnie porwą do reszty humorem i niebanalnością.  Co dostałam w zamian za pokładane nadzieje? Za zaufanie? Powieść przewidywalną i pełną trywialności. Aż zgrzytam zębami na samą myśl o tej smutnej literackiej przygodzie! Jest mi ciężko zrozumieć uwielbienie dla autorki, zwłaszcza, że jedynym plusem w tej powieści jest to, że czyta się ją z szybkością światła, jednak nic się nie wynosi... Wiecie, co zapamiętałam?
 
Trzydziestopięcioletniego mamisynka, który zbliżając się do czterdziestki, podjął męską decyzję, że czas wreszcie opuścić bezpieczne schronienie w ramionach rodzicielki. I nie, nie przekonuje mnie to, że zbuntował się, wybierając inną specjalizację niż mu Trudzia kazała. Nie obchodzi mnie, że w liceum miał okres strajkowania przeciw matce, który nomen omen i tak nie przyniósł żadnego skutku. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że on nie zachowuje się jak trzydziestopięciolatek, ale jak chłopak ledwo po dwudziestce, który ma jeszcze mleko pod nosem. Narrator mówi o nim swoje, on robi swoje, zupełnie niezrozumiała przeze mnie postać, która irytowała jak żadna inna.

— Nie mogę cały czas czekać, aż ona poda mi kawę z herbatnikiem. Sama bym tego lepiej nie ujęła Augustynie...

Anulę. Dziewczę tak proste jak budowa cepa, wypowiadające się jak mała prostaczka i tak nieporadne, że nie może sprawdzić w internecie, a mamy przecież XXI wiek, że została nieprzyjęta do akademika. Wiecie, jak to się odbywa? Studenci V roku (a takim jest Aneczka) mają czas (w Trójmieście, na Uniwersytecie Gdańskim, ale w każdym mieście jest podobnie) zazwyczaj od początku maja na składanie dokumentów, a potem dowiadują się o przyjęciu w zależności od wydziału. Czasem koniec czerwca, czasem początek LIPCA. LIPCA.

Wydział Nauk Społecznych




A to moi drodzy Wydział Pani Ani:


A Aneczka, dowiaduje się, że dla niej miejsca zabrakło pod koniec września, kiedy to radośnie przyjeżdża do akademika. Taki Uniwersytet Gdański nie jest zamkniętą na nowe technologie placówką, on nawet udostępnia wyniki! Matko bosko, pani Dulsko, co to się porobiło! Wiecie ile zajęło mi znalezienie tej informacji? Dziesięć minut. Gdzie byli redaktorzy, jak jeden z głównych wątków szlag trafiał? Nie, mówienie, że Anula to staroświecka dziewczyna lubiąca spać pod kołdrą w kwiaty i paradująca półnago po mieszkaniu mnie nie przekona. Anula to ameba. Rozwydrzona i denerwująca, już bardziej głęboką postacią była Bella Swan ze „Zmierzchu”, a to zdarza się tak rzadko jak pełne zaćmienie w Polsce. Sceny z nią były wulgarne, były pretensjonalne, dla mnie była ona bohaterką naiwną...

Trudzię. Kobietę tak zhiberbolizowana, że aż wychodziła mi przez czytnik i bałam się, że będzie mnie w nocy straszyć, to harpia, której boją się wszyscy łącznie z jej poczciwym mężem. Ma buty od  Louboutina, szykuje własny pogrzeb i ciągle jej coś nie pasuje. Nie chcę się rozpisywać na temat tej bohaterki, może ktoś jednak sięgnie po tę książkę, ale ostatni wątek z nią był wyjęty z rzyci, ale nie chcę zdradzać sekretów i tak ledwie zarysowanej fabuły.
Gertruda miała nadzieję, że wszystko pójdzie po jej myśli, jednak niepokoiły ją złe myśli. 

Dla mnie książka o niczym, w połowie zaczyna się coś dziać, jakby autorka przypomniała sobie, że nie może ciągle ukazywać scenek sytuacyjnych, bo powieść powinna mieć jakąś intrygę, więc na szybko stworzyła główną oś fabularną. Wiecie, co? Nie trafiło to do mnie. Nagle wszyscy bohaterowie zmieniają się charakterami. Zakończenie najbardziej kuriozalne ze wszystkich możliwych, jednak nad wyraz spodziewane. Cóż, umysł podsuwał mi nachalnie myśl „przecież to tak głupie, że niemożliwe”… I jeszcze te zdrobnienia - imiona wszystkich bohaterów musiały mieć jakieś słodkie zamienniki.

Przeczytałam w jedną noc, lektura niewymagająca, mnie nie bawiła, mi nie dała odprężenia, ale jeśli szukacie jakiegoś odmóżdżacza, to ta powieść jest idealna.

Niech Book będzie z Wami, 
Matylda


Szczerze powiedziawszy, troszkę żałuję, że nie sięgnęłam po ten tytuł wcześniej, niestety cierpię na przypadłość unikania tego wszystkiego, co popularne i pojawiające się wszędzie, a z książką pani Rainbow Rowell właśnie tak było. Gdzie nie spojrzałam widziałam jej okładkę, gdzie nie weszłam, ktoś o niej wspominał, męczyło mnie to ciągłe wpadanie na nią. Wystrzegałam się jej jak ognia, ale koniec końców sięgnęłam po tę książkę i powiem Wam, że nie był to czas ani trochę stracony. Nie czytam zbyt często literatury młodzieżowej, nastolatki w rolach głównych zawsze średnio mnie interesowały, po prostu — nie wierzę w szczere uczucie w tak młodym wieku, na dodatek te wszystkie powieści wydają się być schematyczne i do bólu przewidywalne. Chociaż w „Eleonorze i Parku” było podobnie, to jednak inaczej… Szeroko szczerzyłam się niemal do każdego dialogu dwójki głównych bohaterów, podobał mi się klimat powieści — lekki, a momentami strasznie dramatyczny, chociaż wiedziałam miej więcej, co zaraz wydarzy się na łamach powieści, nie przeszkadzało mi to. Cieszyłam się lekturą, o, dziwo, nawet specjalnie jej nie analizowałam. Uwierzyłam słowom Rainbow, wsiąknęłam w przygody dwójki młodych ludzi. Nie byli płytcy, jak to się często zdarza w takich utworach, nie byli denerwujący, ale… uroczy. Oboje. Eleonora chociaż sarkastyczna i miejscami chłopięca, nie była w moim mniemaniu wredna, a Park to nie ciepłe kluchy.


Ekhem... Jakby ktoś chciał więcej gifów z Ji Chang Wookiem to wiecie, gdzie mnie znaleźć, ale nie mówcie mojemu chłopakowi. 

Może do pozytywnego nastawienia do powieści przyczyniła się moja dawna sympatia do Koreańczyków? Może to wszystko dlatego, że wyobrażałam sobie Parka jako tego Pana na górze (to nic, że Ji Chang Wook ma dwadzieścia osiem lat).

A sama powieść przypominała mi trochę jedną z koreańskich dram, naprawdę miała z nią wiele wspólnego! Flower Boy Next Door, tak, zdecydowanie mi się z nim właśnie Eleonora i Park skojarzyli, dlaczego? Bo tutaj też mamy dziewczynę, która unika wszystkich, jak tylko może, ale ostatecznie jej się to nie udaje, podgląda chłopaka (Eleonora zagląda przez ramię na komiksy Parka), no i mamy tam twórcę komiksów, wiem, wiem, u Rainbow nie było twórcy, ale komiksy tak…

To była najmilsza rzecz jaką mogła sobie wyobrazić.
To sprawiło, że chciała urodzić jego dzieci i oddać mu obie swoje nerki.

Eleonora i Park są jak ogień i woda — dziewczyna wyróżnia się nawet ubiorem, chłopak wolałby pozostać niezauważony, zaszyć się gdzieś i przeczekać wszelkie zainteresowanie swoją osobą. Ona pochodzi z rozbitej rodziny, w której największym rarytasem bywa papier we wzorki, a szamponu tam nie uraczysz, łazienka jest częścią kuchni, nie ma do niej drzwi, a zasłonkę ktoś zerwał. On ma pełną i czułą rodzinę, domek jak z obrazka i wymagającego, lecz kochającego ojca zamiast ojczyma, który całymi dniami zapija się w barze i wyżywa się na żonie… Eleonora ma rude włosy, Park nigdy wcześniej nie widział tak ognistego koloru. Lubiłam czytać o rodzącym się pomiędzy nimi uczuciu, poznawać ich myśli. Podobała mi się konstrukcja rozdziałów, skakanie z jeden perspektywy do drugiej.

Muszę przyznać, że czar prysnął około strony dwusetnej. Zamiast czytać z wypiekami na policzkach o pierwszej miłości dwójki ludzi, ostatnie strony męczyłam, wydawało mi się, że pani Rowell za szybko chciała opowiedzieć całą historię... Tekst miejscami gnał tak szybko, że nie zauważyłam, co się właściwie stało. Już pod koniec wydawało mi się, że świat Eleonory i Parka jest mało rozbudowany, właściwie autorka nie daje nam możliwości go poznać - są komiksy, jest muzyka, są dwa różniące się od siebie pod każdym względem domy, ale poza tym nie widzę w tej historii jakiegoś tła. Największy mam jednak zarzut do urwanego wątku pod koniec, mimo wszystko chciałabym się czegoś o nim więcej dowiedzieć,jednak i tak zakończenie historii oceniam na plus.

Polecam tę opowieść, bo warto ją poznać, na pewno jest lekturą idealną na lato, albo smutne wieczory - poprawi zły humor, doda otuchy i pozwoli uwierzyć, że mimo wszystko istnieją na świecie dobrze wychowani ludzie o wspaniałych sercach. 

Ps. Playlista, którą skompletowała sama autorka (pamiętajcie, że spotify jest zupełnie darmowy), a oto jej strona, na której to można było znaleźć ostatnio (w kwietniu...) informację o tym, że prawa do ekranizacji zarezerwował DreamWorks, więc możliwe, że Eleonora i Park trafią do kina. A tutaj znajduje się małe FAQ.  



Niestety post odnośnie "Drogi do Nagrody Hugo" musiał zostać przesunięty, bo jestem poza domem od niedzieli i nie mam czasu na taki research, jakbym chciała.  

Niech Book będzie z  Wami,
Matylda
drama to azjatycki serial, nic więcej, nic mniej. 
Źródła: strona autorki


Kiedy zaczynałam szukać utworów do StereoLeo, nie sądziłam, że to właśnie Rok 1984 Orwella będzie jedną z książek, po którą najczęściej sięgają muzycy. Lubię ten tytuł, jego realia i oko Wielkiego Brata. Jest to futurystyczna antyutopia, opublikowana w 1949 roku, w której społeczeństwo jest podzielone na tych lepszych i gorszych, wszyscy są jednak kontrolowani przez wszechpotężne władze państwa. Głównym bohaterem jest Wintson pracujący w Ministerstwie Prawdy, mieszkaniec Londynu. W pewnym momencie dostrzega szaleństwo, które rozgrywa się wokół niego i nie patrząc na konsekwencje, popełnia myślozbrodnie. Jeśli chodzi o piosenki, niestety nie w przypadku każdej udało mi się znaleźć choćby ciekawostkę, ale zachęcam do przesłuchania, bo są tego warte.


This city's made of diamonds
And tomorrow glass will grow
On the freedoms that divide us
They're coming after me
Flashback 1984
Now who's knock-knocking at your door?
A thought that starts a riot
They're coming after me now
 
The Offspring to amerykańska formacja grająca punk rocka, "Days go by"  to ich dziewiąty album studyjny i pochodzi z roku 2012, mieszczą się w nim utwory, które miały ukazywać niebezpieczeństwa wiążące się z technologią. 



 They're coming after me nowtłumaczenie
Someday they won’t let you, so now you must agree
The times they are a-telling, and the changing isn’t free
You’ve read it in the tea leaves, and the tracks are on TV
Beware the savage jaw of 1984
tłumaczenie

Całe Diamond Dogs miało bazować na powieści Orwella, jednak Bowie nie uzyskał pozwolenia od jego spadkobierców. Kształt albumu różni się więc od pierwszych zamysłów, jednak Orwellowski klimat jest wyczuwalny między innymi w „Big Brother”,  "We are the dead" (słowa wypowiedziane przez Winstona) oraz "Rebel Rebel", który to jest jednym z najpopularniejszych utworów Bowiego z tego albumu.

Come one, come all
Into 1984
Yeah, three, two, one
Lights, camera, transaction



"Talk Shows on Mute" jest piosenką stworzoną przez amerykański zespół grający alternatywnego rocka - Incubus, pochodzi z albumu wydanego w 2004 roku, udało jej się uzyskać trzecie miejsce na liście Billboard Modern Rock Tracks. Piosenka zawierała odniesienia do 1984 roku oraz do tekstu "Czy androidy śnią o elektrycznych owcach?" Philipa K. Dicka.


 Are you such a dreamer
To put the world to rights?
I'll stay home forever
Where two and two always makes a five

2 + 2 = 5 (alternatywny tytuł: The Lukewarm.) pochodzi z szóstego albumu Radiohead, wydanego dziewiątego czerwca 2003 roku, utwór w momencie swojej największej popularności uplasował się na pietnastym miejscu brytyjskiej listy sprzedaży. Tytuł nawiązuje do nierealnej rzeczywistości z "Roku 1984" Orwella, która to między innymi sprowadza się do tego, że obywatele zobligowani są do dwójmyślenia - zastępowania własnych przekonań, tymi które preferują władze.
Who controls the past now controls the future
Who controls the present now controls the past
Who controls the past now controls the future
Who controls the present now
"Testify" jest utworem, który w moim mniemaniu najbardziej nawiązuje do Roku 1984, dlaczego? Bo zawarty jest w nim slogan Oceanii (jednego z trzeci mocarstw w świecie Orwella) "Kto kon­tro­luje przeszłość, ten ma władzę nad przyszłością.". Piosenka powstała w roku 2000, pojawiła się na albumie "The Battle of Los Angeles", w teledysku do niej zostały wykorzystane wizerunki takich postaci jak Richard Nixon, Jan  Paweł II, Ronald Regan czy rządzący wówczas prezydent Goerge H.W.  Bush.
You won't read it in the papers
In this time, keep your hands clean, just read my mind
We're trapped between the nightmares
And I fear the future's here
It's 1985 (and it feels like, feels like survival)
It's 1985 (and it feels like, feels like survival)
Can you read my mind?
Can you read my mind?
 

Utwór, który może nie bezpośrednio nawiązuje do książki Orwella, ale jeśli wsłuchamy się w słowa pochodzące z 2013 roku, ujrzymy obraz świata przypominający ten z roku 1984 - pełen zastraszenia, propagandy i tyrańskich rządów.  

They think all of us are blind,
Any battlefield they'll find
Of the earth or on the ground or in the sea or in your mind
and as your good friend Orwell said
"don't let yourself their lies be fed," be well versed
and be well learned and you will never be mislead


Niestety o tym utworze i zespole niewiele mogę napisać, nawet wspaniałomyślny wujaszek Google milczał na ich temat. Zapraszam na stronę kapeli.


Słuchaliście wcześniej, którego z tych utworów? Zdawaliście sobie sprawę z nawiązań? A może znacie jakąś piosenkę inspirowaną literaturą? Podzielcie się nią i dajcie znać, czy StereoLeo przypadło Wam do gustu.

W przyszłym tygodniu zapraszam do Literfilmówki, czyli cyklu, w którym będziemy poznawać filmy z autorami w rolach głównych! StereoLeo powraca 2 sierpnia. 

Niech Book będzie z  Wami,
Matylda
źródła: tu, tu, tu, tu, tu, tu, tu, tu


Jak to jest być nietoperzem? Jak to jest widzieć uszami? Możemy jedynie to sobie wyobrazić, ale nigdy nie będziemy wiedzieli, w jaki sposób on odczuwa, poznaje świat i doświadcza go… Podobnie jest z ludźmi dotkniętymi różnego rodzaju zaburzeniami w funkcjonowaniu mózgu, które sprawiają, że nie jesteśmy w stanie wczuć się w sytuację drugiej osoby — bo jak to jest potrafić pisać, ale nie czytać? Jak to jest mylić przedmioty, które kiedyś znało się bardzo dobrze, znać nazwy, ale stracić umiejętność nazywania? Jak to jest nie rozpoznawać twarzy najukochańszych osób i mylić je z kapeluszami? Jak to jest pamiętać każdy dzień życia? Wreszcie, jak to jest pamiętać jedynie kilka ostatnich sekund, nie wiedzieć, kim się jest, ani gdzie i dlaczego? W „Mężczyznę, który pomylił swoją żonę z kapeluszem” Sacks nie próbuje odpowiedzieć na pytanie „jak”, ale „dlaczego”, a robi to w błyskotliwy i przystępny sposób. Daje zwykłemu czytelnikowi dostęp do dwudziestu czterech niesamowitych historii, które opowiadają o ludziach, których umysłów nie jesteśmy w stanie rozszyfrować, czasem nawet nie jesteśmy w stanie określić, jaka choroba im dolega…

Na tym mogłabym już skończyć swoją recenzję, bo myślę, że powiedziałam już wystarczająco dużo, by zachęcić do lektury. Może i nie jest ona płytką opowieścią o miłości, która odgrzewa kolejne kotlety, może i nie jest pełna zamków i uwięzionych w nich księżniczek, ale jest tekstem, który opowiada o niezwykłych ludziach, który w wyniku wypadku, w wyniku zmian rozwojowych, nie są normalni. Ich historie są niesamowite i pouczające, to co ich spotkało przecież może zdarzyć się każdemu.

Każdy z nas ma swoją historię życia, wewnętrzne opowiadanie - którego ciągłość, sens, jest naszym życiem. Można powiedzieć, że każdy z nas konstruuje i żyje swoje "opowiadanie", a to opowiadanie jest naszą tożsamością.
Czy zastanawiałaś/eś się kiedyś czym jest dla ciebie wewnętrzne widzenie ciała, czym jest spostrzeganie twarzy, czym jest rozpoznawanie słów, czym jest wreszcie świadomość, że ta prawa noga i lewa ręka są Twoje? Takie pytania pojawiły się mimochodem, gdy skończyłam lekturę „Mężczyzny, który pomylił swoją żonę z kapeluszem”. Tekst Sacksa zmusza czytelnika do refleksji, chociaż autor nie robi tego nachalnie, ba! nie nakłania do tego, po prostu te kwestie pojawiają się samoistnie i pozostawiają w umyśle na długi czas. Książka angielskiego neurologa, przyjaciela twórcy neuropsychologii Aleksandra Łurii, nie jest trudna, wręcz przeciwnie jest zrozumiała i nie można się przy niej nudzić, chociaż to tekst stricte naukowy. W „Mężczyźnie…” poznajemy ludzi, nie numery, nie przypadki, ale osoby z krwi i kości — ich trudności z powrotem do normalnego życia, które w takiej formie jak wcześniej znali, jest już nierealne, ale oni walczą, próbują poznać swoje ograniczenia i nowe perspektywy. Czasem jednak powrót jest niemożliwy i muszą pozostać w nowym świecie, jak staruszek, którego umysł cofnął się do jego młodzieńczych czasów i uważa, że wciąż jest żwawym dziewiętnastolatkiem. Ich choroby bywają niebywałe i przerażające, uświadamiają, że człowiek jest, a za chwilę może go nie być, nawet jeśli jego ciało jest wciąż doskonałym stanie, ale umysł już nie.

Zapraszam do tej niezwykłej lektury, obiecuję, że się nie zawiedziecie. Nie chcę dawać jej punktów, bo sądzę, że to bezcelowe, takie książki są poza oceną.

Tutaj znajdziecie stronę Doktora Sacksa (to właśnie ona jest źródłem zdjęcia) już niedługo jego postać powinna pojawić się w "Booku dzięki", dlaczego jeszcze nie teraz? Bo pozostała mi lektura dwóch książek jego autorstwa.
                                                                                                           Niech Book będzie z Wami,
                                                                                                                                    Matylda.


źródła: tu, tu,