Jest mi ogromnie miło, że jakoś trafiłeś na Leona. Jestem studentką kognitywistyki, pasjonatką książek i cappuccino. Może masz ochotę pozwiedzać Leona? Śmiało! Zapraszam! Z racji tego, że lubię zwiedzać blogosferę, proszę Cię o zostawienie linku do Twego zakątka internetu, o ile takowy posiadasz, w komentarzu :)


W tamtym roku nie robiłam żadnych ani życiowych, ani czytelniczych postanowień/planów. Teraz zamierzam to zmienić, wiem, że jeśli skonstruuję taką listę będzie mi łatwiej sprostać nowemu rokowi. Szczerze mówiąc, dla mnie nigdy nie było ważne przejście pomiędzy jednym rokiem, a drugim, nie odczuwałam go, jedyną zmianą było ciągle poprawianie daty w szkolnych zeszytach. Nie wierzę zmianę, która może nadejść jednego dnia. Potrzeba czasu, a 356 dni jakie oferuje rok  2017 jest do tego wręcz stworzone. Oto moje długoterminowe postanowienia! 

1. Chodzenie na więcej książkowych spotkań organizowanych w okolicy 
W Poznaniu nie mogę narzekać na wydarzenia kulturalne, jednak przez mój chroniczny brak czasu często nie udaje mi się dostać się na interesujące mnie spotkanie - czy to z pisarzem, czy z bibliofilami. Muszę to zmienić. Chcę się wreszcie wymienić książkami! - wreszcie dorosłam do tej myśli. Mam nadzieję, że wykorzystam każdą nadarzającą się okazję, by lepiej poznać literacki świat. 

2. Ograniczenie zakupu książek 
To trudny punkt, jednak potrzebny. Nie kupuję dużo książek rocznie, jednak nie zawsze robię przemyślane zakupy

4. Przeczytanie 56 książek 
Tak między nami, to nie mam pojęcia, ile książek przeczytałam w tym roku. Liczenie ich z bloga czy lubimy czytać nie będzie miało większego sensu, bo zwyczajnie nie wszystkie tytuły umieszczam na wirtualne półce, czy sklecam na temat tej czy tamtej recenzję. Muszę tego w tym roku dopilnować i ładnie gdzieś zapisywać, jakie tytuły mam już za sobą...

5. Klasyki 
Temat rzeka. Chcę je poznać, ale jednocześnie się odrobinę boję, bo co będzie, gdy zachwalany na świecie klejnot literatury mi się nie spodoba? Albo co gorsza: nie zrozumiem jego przesłania? Jednak zamierzam częściej umieszczać ambitniejsze powieści na swojej czytelniczej liście książek do przeczytania. 
6. Scott Lynch  The Thorn of Emberlain
Mój ukochany autor zasługuje na oddzielny podpunkt w noworocznych postanowieniach. Odrobinę rozczarowałam się trzecią częścią przygód Locke'a Lamory, więc mam nadzieję, że w czwartej Scott stanie na wysokości zadania, a ja dostanę cudo, o jakim marzę! 

7. Więcej naukowych tytułów 
Myślę, że to postanowienie będzie mi najłatwiej zrealizować, bo moje studia wymagają ode mnie czytania takich treści, jednak moją bolączką jest to, ze większość interesujących pozycji jest głównie po angielsku. Cóż, trzeba zakasać rękawy i brać się do roboty! 

8. Powrót do książek historycznych 
W 2016 było u mnie słabo z książkami historycznymi, nie takimi wiecie, beletrystycznymi, ale opartymi badaniami. Muszę to zmienić, bo czuję, że cząsteczka mnie gdzieś odlatuje. 

9. Codziennie czytać co najmniej 30 stron 
Zazwyczaj nie czytam w dzień w dzień książek, tylko siadam któregoś dnia i pochłaniam dany tytuł, jednak nie mam ostatnio w ogóle możliwości, by tak sobie usiąść i spokojnie poczytać. 

10. Więcej, lepiej, ambitniej! 


Macie plany na 2017 rok?
 Czy może pozwalacie, by bieg czasu Was sam poniósł? 

Moje najserdeczniejsze życzenia z okazji nowego roku! 
Matylda 


Witam Was w podsumowaniu najlepszych Popkultorowych rzeczy ubiegłego roku! Trochę problemów ten post mi nastręczył, bo co jak co, ale wybór najlepszych przedstawicieli poszczególnych kategorii był dość trudno, bo sporo dobrych rzeczy udało mi się w tym roku zobaczyć, przeczytać, obejrzeć... Do rzeczy! 

Mr. Robot
Serial polecany niemal przez wszystkich moich znajomych, kiedy wreszcie po niego sięgnęłam odpłynęłam. Było to coś innego, coś świeżego, coś trzymającego w napięciu i dającego do myślenia, a jednocześnie utrzymane w klimacie niespotykanym w żadnej innej produkcji... Polecam wszystkim fanom seriali kryminalnych, thrillerów, psychologii czy cyberprzestrzeni, znajdziecie w Mr. Robot na pewno coś dla siebie. 
Z mgły  zrodzony Brandon Sanderson
Ta książka weszła w poczet moich ulubieńców i jakoś nie chce go za żadne skarby opuścić. Akcja, wspaniały świat i bohaterowie, którzy poruszają serca. Bardzo miło wspominam podróż do krainy stworzonej przez Sandersona. Jest to tego typu lektura, którą z czystym sumieniem polecam znajomym przy każdej możliwej okazji, na razie dochodzą mnie słuchy jedynie o pozytywnym odbiorze tej powieści.


Death Parade
Anime inne od wszystkich, traktujące o śmierci i tego, co może się po niej wydarzyć, polecam ten tytuł większości znajomych, którzy podobnie jak ja lubują się w japońskich animacjach, ale myślę, że Death Parade z pewnością trafi również do tych, którzy nie podzielają mojej miłości do Kraju Kwitnącej Wiśni. 

Uwielbiam magię zaklętą w tego typu ilustracjach.

Overwatch
Nie da się ukryć, że ta gra warta jest każdych pieniędzy, jest wprost niesamowita, jedna z lepszych sieciówek w jakie miałam okazję grać. Nie jest to zwykła strzelanka, tu trzeba się skupić i pomyśleć, dobrać odpowiednio postać. Overwatch nie zanudza, bawi i kąsa, gdy w teamie ma się niezbyt kompetentnych graczy... Polecam fanom gier, którzy jeszcze nie mieli okazji poznać tego nowego cacuszka od Blizzarda, naprawdę warto! 






Deadpool 
Ze znajomymi byłam w kinie na tym filmie o niezwykłym i dość nietuzinkowym superbohaterze, muszę przyznać, że bawiłam się na nim znakomicie. Może nie była to komedia, na którą zabrałabym ze sobą swoją mamę, ale na oglądanie w gronie przyjaciół ten film nadaje się znakomicie. Nie jest to kino ambitne, ale nasz umysł czasem potrzebuje zacnego odpoczynku. 
W tym roku królował u mnie utwór zasłyszany w anime Zankyou no Terror, niesamowicie klimatyczny i uderzający w moje emocje.


Kuroshitsuji 
Znowu sięgnęłam po Kuro, przez moją znajomą, która zachwycona polecanym jej przeze mnie anime o Czarnym Lokaju zaczęła czytać mangę. Ja przerwałam zapoznawaniem się z mangą lata temu, więc teraz miałam sporo do nadrabiania, ale było naprawdę warto! Klimat mangi nic przez lata nie stracił, a wręcz się polepszył, świetne postacie, niesamowite dialogi, no i ta fabuła, która zaskakuje niemal na każdym kroku! Polecam! 

Koniec na dziś! A jaka jest Wasza ósemka? Co Was w tym roku najbardziej ujęło? Dajcie znać!

Niech Book będzie z Wami, 

Matylda


Wiele lat byłam osobą, która czytała jedynie książki jednego gatunku - fantastyki. W dzieciństwie zaczytywałam się w Tolkienie, tak zrodziła się moja miłość do magicznych światów, nie zawsze była ona jednak łatwa. W początkowych etapach czytelniczej przygody nie byłam wymagająca, więc często podobały mi się książki, których dziś pewnie nie tknęłabym kijem. Miały cechę wspólną należały do fantasy (podgatunek fantastki). Teraz świadomie wybieram lektury i nie kieruję się jedynie bezpiecznym dla siebie gatunkiem, zwłaszcza, że nie zawsze powieści spod flagi fantastyki są dobrze skrojone.

Jako więzień gatunku nie mogłam pozwolić sobie na podróż do umysłu mordercy, kiedy moja fascynacja serialami kryminalnymi urosła do tego stopnia, że musiałam w końcu sięgnąć po kryminały. Lubię je czytać, jeśli ich fabuła nie jest zlepkiem niejasnych przesłanek, uwielbiam rozwiązywać zagadki, autor może wodzić mnie za nos, ile jego dusza zapragnie! 

Nie muszę już zgrzytać zębami na powtarzające się motywy - a tu walka o władze, a tu smoki, a tu znowu wędrówka. Wiadomo, nie każda książka fantastyczna posiada tego typu elementy, ale czasem zdarza mi się trafić w krótkim odstępie czasu na podobne tytuły, wówczas nie jest zbyt miło, a ja nie potrafię odnaleźć radości z lektury. 

Jestem multigatunkowcem, ostatnio odnalazłam wiele przyjemności z czytania reportaży, oparcie na faktach sprawia, że inaczej odbieram daną powieść i łatwiej jest mi wczuć się w atmosferę książki, łatwiej się wzruszam, łatwiej denerwuję. Fikcja literacka rzadko kiedy wzbudza we mnie emocje, musi być ona naprawdę dobrze wykreowana, a bohaterowie tych historii powinni być świetnie rozrysowani, jeśli mają choćby znamiona płytkości, cóż... Nie płaczę, nie uśmiecham się. 

Co daje mi czytanie wielu gatunków? 
1. Czytelnicze doświadczenia
2. Możliwość konwersacji na wielu książkowych płaszczyznach 
3. Brak czytelniczej nudy
4. Książkowy kac? Jeśli zmieniam gatunek, nie jest mi straszny! 

Co mi odbiera czytanie wielu gatunków? 
Chyba tylko to, że nie umiem powiedzieć, który z nich uważam za najlepszy i najbardziej do mnie przemawiający. Prościej jest mi odpowiedzieć, jakiego nie lubię, nie przepadam za romansami, jakoś są dla mnie często zbyt lukrowane, albo zbyt dramatyczne... 

A jak jest z Tobą? 
Ograniczasz się do jednego gatunku?
Jakie książki lubisz? 

Niech Book będzie z Wami, 
Matylda


Niektórzy uważają, że jedynie produkcje nowsze, ewentualnie te, które pojawiły się na rynku pięć góra sześć lat temu, potrafią zachwycić wyglądem, cóż... Ergo Proxy zostało wyprodukowane w 2006 roku, a jego wizualna część zawsze przyprawia mnie o mały zawrót głowy. Przepiękne tła, niesamowite scenerie, postacie, którym nie mogę nic zarzucić, to wszystko pozwala cieszyć się z seansu. Anime utrzymane jest w ciemnych i melancholijnych kolorach, co w powiązaniu z fabułą tworzy niesamowicie przykry i ciężki nastrój. Ergo Proxy to jedno z pierwszych anime jakie miałam okazje poznać, zapamiętałam je na długo i już trzy razy je oglądałam, zawsze znajdując w nim coś nowego... To nie jest  cukierkowa historia do poduszki.
ddddddd
W apokaliptycznym świecie znajduje się utopia... Miasto-kopuła Romdo, dzięki zaawansowanej technologii ludzie wciąż mogą w nim żyć. Jednak co to za życie, gdy ciągle jest się pod kontrolą? Sprawdzany jest puls, rejestrowany każdy krok, w tym idyllicznym mieście nic nie może zostać pozostawione przypadkowi. To nie ludzie są zagrożeniem dla siebie, ale roboty, które dotychczas im służyły. Wirus Cogito rozprzestrzenia się coraz bardziej, sprawia, że maszyny zaczynają posiadać świadomość, myślą, odczuwają potrzeby, nie zamierzają wiecznie usługiwać ludziom. Śmierć zaczyna zaglądać mieszkańcom Romdo w oczy, gdyby jeszcze tego było mało z sekretnej placówki ucieka obiekt badań... Ludzkość nie zdaje sobie nawet sprawy z demonów przeszłości, z którymi przyjdzie jej się mierzyć. Wszystkie tropy spróbuje poskładać w całość perfekcjonistka w każdym calu i delikatna egocentryczna Re-L Mayer, czy jej się to uda? Czy prawda ją wyzwoli, czy pociągnie na dno?

Ergo proxy to z pewnością nie tytuł na senne wieczory, w których człowiek raczej potrzebuje dobrej rozrywki niż produkcji, która z odcinka na odcinek staje się coraz bardziej psychodeliczna, a kolejne rozwiązane zagadki niosą ze sobą następne sekrety. Tutaj nie ma prostych rozwiązań. Wiele epizodów jest niczym fatamorgana - nieprawdziwa, jest snem, halucynacją, kłamstwem. Ergo Proxy jest wielowątkowe, jednak gdybym miała je do czegoś porównać to do tekstu Jak to jest być nietoperzem oraz do filozoficznych rozważań o możliwej samoświadomości maszyn, choćby... w Czy maszyny mogą myśleć? Ergo Proxy nie daje jasnych odpowiedzi.

Trzej bohaterów. Trzy różne istoty. Trzy osobowości. Re-L Mayer kobieta pchana poczuciem chęci odnalezienia odpowiedzi, czym jest Ergo Proxy. Vincet Law, imigrant, który zatracił wspomnienia, nie wie kim naprawdę jest, czego pragnie, dokąd właściwie zmierza. Pino humanoidalny robot w ciele małej dziewczynki, niczym Pinokio próbuje odnaleźć sens własnego istnienia. Ta trójka wyrusza w świat, który powoli obraca się w niwecz. Odwiedzają wiele miasto, wiele miejsc, ostatnie ludzkie enklawy jeszcze jakoś się bronią przed wymarciem, ale ich stan niejednokrotnie bywa nieciekawy. Co odkryją? Czy znajdą to, czego potrzebują?

d
Ergo Proxy - najjaśniejsza gwiazda studia Manglobe, które przestało działać w 2015 roku z powodu sporego debetu... Twórcy takich anime jak Samurai Champloo, Gangsta. oraz Michiko to Hatchin. Wypuścili produkcję pełną niejasności, a jednocześnie odrobinę przerażającą. Oczywiście ma w sobie wady, jeden odcinek wydaje mi się zupełnie zbędny, zupełnie obdarty z klimatu serii, próbuję go wymazać z pamięci, gdyby nie on Ergo Proxy byłoby dla mnie anime idealnym, tak jest tytułem bardzo, bardzo dobrym. Jeśli ktoś z Was lubi ambitniejsze tematy podejmowane przez japońskich twórców animacji, to polecam Wam ten tytuł. 


Niech Book będzie z Wami, 
Matylda

Myślę, że prezentem, który sprawia mi największą frajdę jest książka, jednak nie jest łatwo trafić w mój czytelniczy gust... Więc czasem powieści, które dostaję są po prostu bublami. Też Wam się zdarza być niezadowolonym z podarku? Wiadomo, liczą się intencje obdarowującego, ale z drugiej strony warto jest, by prezent czy to książkowy, czy nie był prezentem, z którego dana osoba poczuje naprawdę radość. 

Członkowie mojej rodzinie rzadko dają mi prezenty rzeczowe, zazwyczaj podarunkiem są pieniądze, to dobre rozwiązanie przy braku pomysłu, jednak... Brakuje w tym magii, prawda? Nie wiem, jak Wy, ale ja zawsze staram się, by prezenty miały w sobie to coś, coś niezwykłego, coś, co danej osobie będzie służyć. Pieniędzy przecież nie dam przyjaciółce na prezent, prawda? 

Przy wyborze książki kieruję się zazwyczaj biblioteczką, cóż, u niektórych osób bywam często, więc widzę, co lubią i w podobnym stylu utrzymane powieści staram się wybierać na prezent. Problem z tkwi w tym, że czasem dana pozycja może się u tej osoby dublować, bo nie łudźmy się, nie mam pamięci fotograficznej, by spamiętać wszystkie posiadane przez daną personę książki... Czasem pytam, co powinnam kupić, jednak wówczas często słyszę znamienne Nie wiem, wymyśl coś. Chyba najgorszym typem osoby, którą chcę obdarować powieścią, jest książkoholik z wielką biblioteczką wówczas nic nie jest pewne... Czy tytuł tej osoby się spodoba? Czy przypadkiem nie ma już tej książki? A teraz może tak rozważmy w skrócie, dlaczego warto jest dawać książki! 

Zalety książkowych prezentów: 

— jeśli dana osoba jest bibliofilem to z pewnością ucieszy się z nowego tytułu, który powiększy jego zbiór książek 

—  książka, którą daję może stać się ulubioną lekturą danej osoby, 

— można w niej ukryć dedykację i uczynić prezent bardziej spersonalizowanym

— 

Wady
— dana osoba może już mieć taką książkę

— lektura jej się nie spodoba

— może w ogóle nie przeczytać takiej książki... 

Czy rozwiązaniem wszystkich problemów byłoby dawanie kart podarunkowych do księgarni? Wątpię, wówczas dawanie prezentów traci magię, taka karta może być dodatkiem, ale w moim mniemaniu nie powinna być głównym podarkiem. Myślę, że ryzyko jednak obdarowania kogoś książką jest warte podjęcia, bo powieść, to powieść... A może ktoś patrząc na okładkę pomyśli o nas? Przypomni sobie jakieś wspomnienie z nami związane? 

Niech Book będzie z Wami, 
Matylda

Nie wiem, ja Wy, ale ja cierpię na brak fantastycznych krain do oglądania, filmów, które poleciłabym znajomym jest mało, a ja chciałabym dostać w końcu jakąś ciekawą historię. Z pomocą przyszło mi studio Production I.G., które stworzyło  Seirei no Moriboto - historię nieobfitującą w krwawe wydarzenia, bez wielkich wojen, epickich konfliktów, ta produkcja przypominała mi raczej Stranger - Mukou Hadan film, który miałam okazję kiedyś obejrzeć. Jest trochę sielsko, trochę miło, trochę bijatyk. Jednak Moriboto ma tę przewagę nad Stranger, że główny bohater, opiekun dziecka nie jest oschłym wojownikiem, Balsa to kobieta sympatyczna i oddala, która wypełnia najlepiej jak potrafi złożoną zrozpaczonej Cesarzowej obietnicę... 
DD
Balsa to wojowniczka, a zarazem płatny ochroniarz, zbieg okoliczności sprawił, że uratowała od śmierci Księcia... Jednak jego życie wciąż jest zagrożone, Balsa, która poprzysięgła, że ocali osiem dusz, przyjmuje ciężkie brzemię opiekowania się dzieckiem cesarza. Kto chce śmierci chłopca? Jego własny ojciec. Dlaczego? Sprawa nie jest już tak prosta, a odpowiedź skrywają legendy. Czy Balsa ocali dziecko? Co spotka tych dwoje? 

Do dziewiątego odcinka na akcje nie można narzekać, pościg za dwójka głównych postaci trwa, więc Balsa jest zmuszona wykorzystywać swoje niemal nadludzkie umiejętności. Jest mistrzem włóczni, który nie ma sobie równych. Szczerze mówiąc, myślałam, że Chugum będzie jednym z tych irytujących małych arystokratów, którzy tylko czegoś wymagają, ciągle narzekają i są po prostu nieznośni, bardzo się jednak myliłam. Książę był jedną z najsympatyczniejszych postaci w anime, co prawda miał trudności z odnalezieniem się w nowej sytuacji, ale nie było one sztuczne, a chłopiec nie zachowywał się arogancko w stosunku do swoich opiekunów. Był posłuszny, uczciwy, ale miał w sobie wiele dumy, która nieraz nastręczyła mu kłopotów. 

W tej produkcji nie uświadczymy wielu fantastycznych momentów, ale jak już się one pojawiają naprawdę robią wrażenie, są ciekawe i co najważniejsze oryginalne. Mamy wróżbitów i szamanów, przenikające się światy, wodnych ludzi... Wreszcie: wielką legendę, która może ocalić całe cesarstwo, ba! cały świat od zguby. 

Świat w anime jest spójny, ale skrywa przed jego mieszkańcami wiele tajemnic, muszę przyznać, że  Nahoko Uehashi, czyli autorka noweli, całkiem zgrabnie obmyśliła w jaki sposób ma funkcjonować świat. W Seirei no Moribito jest dużo orientu, jest pałac cesarski, który do złudzenia przypomina ten z Zakazanego miasta, są wreszcie stroje i zachowania bohaterów, dla których honor jest ważniejszy od życia. Ujęło mnie również to w jaki sposób bohaterowie się do siebie odnoszą, nie jest to... wymuszone? Takie wiecie, imperatyw mówi, że mają się kochać, to się kochają, bo tak, w Moribito wszystko ma swoje oparcie, wszystko jest wyjaśnione, pokazane, nie ma niedomówień. Postacie to niewątpliwe plus, który napędza anime i których nie da się nie lubić, każdy z nich ma inny charakter, inne nawyki, inny sposób bycia, to nie są kalki, to nie są puste kartki, są to bohaterowie z krwi i kości. 
dd
Poleca wszystkim tym, którzy szukają czegoś ciekawego, a jednocześnie odrobinę sielskiego, bo cóż trzeba przyznać, że w pewnym momencie akcja drastycznie zwalnia, jednak miło było poznawać bliżej historie, jaka stoi za światem Balsy i jej przyjaciół. Warstwa obyczajowa tej produkcji niewątpliwie zasługuje na bliższe poznanie, więc... polecam! 
Niech Book będzie z Wami, 
Matylda


Kiedy ty wyrośniesz z fantastyki? Smoki, a co Ty masz dziesięć lat? Dorośnij! Nie czytaj tego, bo nie zrozumiesz! Ta książka jest zbyt poważna, lepiej jej nie tykaj! Mleko masz jeszcze pod nosem, a erotyków ci się zachciało. Rany, czemu czytasz książki dla dzieci?

Za stara, za młoda, za głupia, za dojrzała... Nasz gust kształtuje się przez lata - tu nie mam żadnych wątpliwości, dzięki czytaniu najróżniejszych pozycji możemy odnaleźć, co tak naprawdę lubimy czytać. W wieku dziesięciu lat nie porwałabym się na Ulissesa Joyca, ale wówczas nawet nie wiedziałam o istnieniu tej powieści, a gdybym nawet po nią sięgnęła, to co by się takiego stało? Tak, z pewnością nie zrozumiałabym jej treści, może by mi się nie spodobała, jest duże prawdopodobieństwo, że rzuciłabym ją w cholerę, ale tak samo sprawa ma się z dziesiątkami książek, które wtedy by mnie oczarowały, a teraz dostają ode mnie zaledwie trzy gwiazdki na dziesięć. Czym są gorsi raczkujący czytelnicy od tych starszych? Czym zawinili ci dojrzalsi bibliofile?  

Czy ograniczenia wiekowe mają sens? 

Jasne, że tak, ale tylko i wyłącznie wówczas, jeśli w danym tytule pojawią się treści, które nie powinny być poznawane przez młodego czytelnika. Dajmy na to Pięćdziesiąt twarzy Greya, nie polecałabym tej literatury dziewczynkom uczęszczającym do podstawówki, ale zaczytywały się w nim już uczennice gimnazjum. Niewątpliwie dzieło James nie należy do pereł literatury i nie chciałabym z nim poznawać swojej seksualności... Myślę, że istnieje gdzieś wartościowy erotyk, który mógłby wskazać dziewczynom drogę do odkrycia własnego ciała. Tym niemniej podczas marketingowego szału na tę powieść, nikt nie myślał, że raczej nie jest dobry materiał do poznawanie życia łóżkowego... Mam nadzieję, że nikt nie ma przez James wypaczonego obrazu seksu i mężczyzn. Jednak jeśli ktoś nie ma możliwości podpytania mamy/siostry/przyjaciółki... to dlaczego, nie? 

Czy książki mogą być niebezpieczne dla dzieci? Czy mogą im coś zabrać z dziecięctwa? Myślę, że świadomość o tym, jakie tragedie dzieją się na świecie, nie sprawiłaby, że moje dzieciństwo stałoby się lepsze, a wręcz przeciwnie. Dlatego myślę, że warto jest doglądać lektur dziecka. Nie muszą być to tylko książki, które są polane toną lukru, lecz na historie wojenne z szeroką gamą opisów tortur i śmierci z pewnością przyjdzie czas. Ale ja nie o tym chciałam pisać, nie o dzieciach i literaturze dla nich, kompletnie się na tym nie znam, pamiętam, że lubiłam Kajtkowe przygody i je mogłabym polecić małemu czytelnikowi. W tym poście zdecydowanie bardziej chodzi mi o nastolatków i osoby starsze. 

Wiek? A co to takiego? 

Na jednej z grup młoda dziewczyna, powiedzmy czternastolatka, chciałaby przeczytać Boską komedię Dantego, jednak pod jej postem rozgrzało wielkie larum! Jak to w tak młodym wieku sięgać po taką klasykę? Jak tak w ogóle można! Przecież i tak nic z tego nie zrozumie, to wierszowane jest, toż to poemat! Dzieło sztuki! I co z tego? Niech sięga, niech czyta, niech poznaje! Dlaczego wiek ma nas ograniczać? Może akurat owa dziewczyna ma wiedzę o średniowieczu, o Dante, o jego życiu, o tym, co było ważne w ówczesnych czasach, o motywach... A nawet jeśli tego nie wie, to jej czytelnicza przygoda. Nie odradzajmy komuś książki tylko dlatego, że jeszcze nie odebrał dowodu osobistego. 

Niedawno skończyłam dwudziesty drugi rok życia, nie jestem już dzieckiem, ale za osobę dojrzałą nie mogę uchodzić. Jestem sobą. Jestem fanką fantastyki. Jestem czytelniczką. Jestem muligatunkowcem. Dlaczego w moim wieku miałabym nie sięgać po gatunek, na którym się wychowałam? Przecież on nie zawiera historyjek dla dzieci, jest w nim brutalność, jest w nim zdrada, są wartości ponad czasowe! Niektórzy uważają, że w fantastyce można znaleźć tylko elfy, trochę krasnoludów i mnóstwo baśniowych krain, to krzywdzący obraz. Jednak bardziej od złego wyobrażenia gorsze są słowa o tym, że to literatura tylko dla młodzieży, tylko dla dzieci, dorośli powinni lepiej wybierać lektury. A niby dlaczego? A co się stanie jeśli sięgnę, jeśli będę miała powiedźmy czterdzieści lat na karku po Young Adult, albo o zgrozo, po młodzieżówkę fantasy! Grzech śmiertelny? 

W gimnazjum Sienkiewicz wydawał mi się strasznym draniem, jak można bowiem stworzyć coś tak cholernie nudnego jak Krzyżacy, myślałam. Zabierając się za Potop zgrzytałam tylko zębami, to na pewno będzie coś strasznego! Nie było, a stało się moją ulubioną lekturą, a potem wróciłam do Krzyżaków, którzy nie okazali się tacy źli jak wówczas mi się wydawało. Co się takiego stało? Krzyżacy mieli zbyt trudny język, jak dla mnie, zbyt topornie brnęłam przez kolejne akapity... Lektura mnie nudziła. 

Moje życie, moje wybory, moje czytelnicze błędy. Ambitne książki? Czemu nie? Powieści na nudne wieczory? Proszę bardzo! Książeczka z ilustracjami dla dzieci? Chętnie poznam! 

A jakie są Twoje przygody z wiekiem i czytelnictwem? 
Czytałeś książkę, która okazała się być za trudna w odbiorze? 
Co uważasz? 

Niech  Book bedzie z Wami, 
Matylda


O książkowej strzydze słów kilka

Halloween nadeszło, więc potwory skrywające się zazwyczaj w cieniach, wychodzą na ulice, zastraszają... Nikt nie może spać spokojnie, one czekać na pozwolenie nie będą, same sobie je dadzą! Pozwólcie, że w te wyjątkową noc podzielę się z Wami pewną tajemnicą, jestem książkowym potworem. Stos byłby dla mnie najłagodniejszą z kar. Wiem o swoich przewinieniach, ale nie żałuję niczego! Jam jest bowiem książkowa strzyga! Co takiego uczyniłam, że na chłostę zasłużyłam? 

Zaginam rogi, czasem coś w książce podkreślam - ołówkiem, bo ołówkiem, ale zawsze... Robię to rzecz jasna tylko we własnych książkach, a nie jestem osobą, która pozbywa się nabytych dóbr. Dlaczego to robię? Często nie mam ze sobą zakładki, więc rogi są ratunkiem przed straceniem czytanej strony. A podkreślanie ołówkiem? Używałam często indukcyjnych zakładek, jednak je również szybko zapodziewam, zresztą dzięki nim nie wskażę momentu, w którym chcę zaznaczyć cytat. 

Zmuszanie się do zakończenia książki, to jeden z moich większych grzechów. Po niektórych powieściach naprawdę widać, że nawet zakończenie nie zmieni mojej oceny danego tytułu, jednak pchana siłą Imperatywu czytelniczego nie mogę ją pozostawić samej sobie. 

Czytanie kilku powieści jednocześnie nie jest poważnym występkiem, ale czasem powoduje, że zapominam, jaką książkę jeszcze czytam... Zwłaszcza, jeśli mam ją w formie ebooka. Nie lubię ograniczać się do jednego tytułu, ale często przesadzam z liczbą czytanych jednocześnie powieści. 

Chomikowanie, lubię otaczać się książkami, chyba jak każdy książkoholik, problem jednak tkwi w tym, że stosy nieprzeczytanych jeszcze powieści rosną, a ja nie mam zbyt wielu miejsca na przechowywanie kolejnych tytułów. U siebie w domu wolnych miejscach na półkach mam bez liku... W dzielonym przeze mnie i mojego chłopaka pokoju już nie jest tak wesoło - on ma swoje książki, ja ciągle powiększam własny zbiór. Każdy nowy tytuł powoduje przeorganizowanie biblioteczki, by znaleźć dla niej dobre miejsce.

Ocenianie książki po okładce, tak moi drodzy, robię to, może nie często, ale ja naprawdę lubię, gdy na półce mogę umieścić jakieś cudeńko. Lubię minimalizm w okładkach. Lubię ilustracje. Nie przepadam za zdjęciami na nich. Wiem, że pewnie nieraz wiele tracę takim zachowaniem, ale nic nie poradzę, jestem wzrokowcem, 

Omijanie tekstu, to zdarza mi się bardzo rzadko, ale jednak grzeszę w ten sposób, ale muszę zaznaczyć, że zawsze wracam do momentu, w którym przerwałam. Nie omijam tekstu, który mi się nie podoba albo taki, który uważam za słaby, nie, nie, omijam akapity, by dowiedzieć się, co się stało w z moimi ulubionymi bohaterami w jakieś ekstremalnej sytuacji! 

Nie czytanie po kolei rozdziałów, najrzadszy popełniany przeze mnie grzech. Ostatnio zdarzył mi się przy okazji lektury Mieczy cesarza. Gdy dana powieść napisana jest z kilku perspektyw, a któryś z bohaterów wyjątkowo nie przypadnie mi do gustu, wówczas pozostawiał rozdział mu poświęcony na później. W Mieczach były to części poświęcone córce cesarza, wracałam do nich, gdy przeczytałam dwa-trzy dotyczące jej braci. 

Nieoddawanie książek w terminie, nie martwicie się nie czynię tego w bibliotekach publicznych, ale w swojej akademickiej, do której zawsze jest mi nie po drodze, gdy mam oddać książkę, chociaż ona nie jest już mi wcale do szczęścia potrzebna... 

A wy jakie macie grzeszki na sumieniu?

Niech Book będzie z Wami, 
Matylda



— Powtarzam to niemożliwe.
— I znowu pana poprawię. Trudne. A „trudne” i „niemożliwe” to kuzyni, których często się myli, choć mają ze sobą niewiele wspólnego.


Na szkarłatnych morzach to powieść pułapka, jeśli zaczniecie ją czytać, to łatwo jej nie odstawicie. W labiryncie intryg i kłamstw Locke Lamora radzi sobie, jak mało który bohater. Jest mistrzem sztuczek i pozorów, a w tej części swoich przygód będzie musiał stanąć na rzęsach, by sprostać wyzwaniom, jakie przewrotny los postawił na jego drodze. Scott Lynch w drugim tomie perypetii Niecnych Dżentelmenów otwiera przed czytelnikami podwoje wykreowanego przez siebie uniwersum, Camorra — miasto poprzedniej części znika z horyzontu, odwiedzamy za to z bohaterami inne krainy świata, w którym knowania i spiski są wliczone w stały punkt dnia. 

Pierwsza część serii o Niecnych Dżentelmenach skończyła się w najmniej sprzyjających Locke'owi okolicznościach. Jego los wisiał na włosku, ale jakimś pokrętnym sposobem udało mu się wyjść cało z opresji. Wylądował wreszcie w mieście grzechu, hazardu i ludzi rządnych władzy — Tal Verarr. Robi to, co wychodzi mu najlepiej — tworzy grę pozorów, by ukraść wielki majątek z Wieży Grzechu, krainy hazardu, z której zwinięcie choćby miedziaka grozi śmiercią. Sprawy się komplikują, a Locke i jego wierny przyjaciel-zabijaka Jean Tannen stają się piratami. Wspaniała branża dla ludzi, którzy na statku dostają choroby morskiej. Jak sobie poradzą bohaterowie? Z kim przyjdzie im się mierzyć? Czy Locke nie przesadzi w intrygach? 

Książka podzielona jest na trzy części, w których wydarzenia teraźniejsze poprzedzielane są "Reministencjami", te drugie mają na celu pokazanie nam całego misternego przez Locke'a planu zdobycia bogactw Tal Verarr. Bardzo mi się ten zabieg spodobał, pozwolił na snucie domysłów, jak geniusz Lamora chce przeprowadzić całą akcję.

Fabuła toczy się i na lądzie, i na morzu, jednak to ten marinistyczny punkt był dla mnie najbardziej miłym. Polubiłam zgraje piratów, którzy na każdym kroku nastręczali Locke'owi problemów. W tej części jest zdecydowanie więcej istotniejszych postaci, ale z pewnością nie są one aż tak ciekawe, jak te z pierwszego tomu. Muszę szczerze przyznać, że chociaż Na szkarłatnych morzach mi się podobało, to jednak nie jest to tak dobra książka jak Kłamstwa Locke'a Lamory. Patrząc na drugi tom z perspektywy czasu, dostrzegam, że zakończenie było ciekawe, ale odrobinę przekombinowane, jednak... Niecni Dżentelmeni jako historia przyjaźni, miłości, która wreszcie zawitała na karty powieści i byłą jednym z milszych w niej wątków, przygody i braterstwa, jest świetną lekturą, której nie mogę wiele zarzucić. Styl Lyncha należy do tych epickich, on nie bawi się w proste zdania, tylko tworzy piękne akapity. Jego bohaterowie prowadzą między sobą świetne dialogi, które zapadły mi w pamięć na długo po skończonej lekturze. Myślę, że to właśnie rozmowy między bohaterami czynią z tej książki wyjątkową cegiełkę. Świat przedstawiony chciałabym odkrywać i odkrywać, bo cóż, mam wrażenie, że  jeszcze dużo przede mną. 

Cóż mogę dodać? Uwielbiam tę serię i bardzo miło ją wspominam, jest ciągle w czołówce moich najbardziej ukochanych cykli, więc to o czymś świadczy. Myślę, że patrzę trochę na nią przez pryzmat różowych okularów, ale nic na to nie poradzę... 

Niech Book będzie z Wami, 
Matylda 


Podobnie jak struktura ludzkiego ciała nie pozwala nam na latanie, struktura naszego umysłu nie pozwala nam dostrzec wszystkiego, co się wokół nas znajduje

Jesteś osobą spostrzegawczą? Nic nie jest w stanie pozbawić Cię uwagi? W filmie dostrzegasz każde możliwe niuanse? Twoja uwaga działa bez najmniejszego zarzutu? Wyobraź sobie, że jesteś w kinie i szukasz swojego miejsca, 

Wzrok jest jednym z najbardziej rozwiniętych zmysłów u człowieka, obdarzamy go niesamowitym zaufaniem, ale czasem i on nie jest w stanie zapewnić nam stuprocentowej orientacji w tym, co się dzieje wokół. Zacznijmy od małego testu, dobrze? Twoim zadaniem będzie policzenie liczby podań wykonanych przez drużynę w białych koszulkach.


Powiem szczerze, że ten eksperyment jest jednym z moich ulubionych. Niektórzy z Was z pewnością zdołali zauważyć tajemniczego stwora pomiędzy podaniami, ale większości się to jednak nie udało, dlaczego? Coś jest nie tak? Wzrok nie działa? Ależ skąd! W psychologii zjawisko to nazywa się inattentional blindness, czyli ślepota z nieuwagi lub ślepota z braku uwagi. Pierwszymi, którzy zaproponowali tę nazwę byli Mack i Rock. Test, który przed chwilą widzieliście powszechnie nazywa się testem goryla, został on skonstruowany przez Daniela Simonsa i Christophera Chabrisa na początku lat 90. XX wieku. W ich pierwszym eksperymencie wzięło udział 196 wolontariuszy aż 46% z nich nie zauważyło przechadzającego się goryla. Test goryla jest jednym z najczęściej powtarzanych eksperymentów w psychologii, doczekał się wielu różnych wersji, ale zawsze wyniki oscylują wokół połowy. 

A teraz spróbujmy jeszcze raz: 


Teraz już zdawaliście sobie sprawę z goryli, ale czy zauważyliście pozostałe zmiany? 

Ok, dobra! Już nie będę Was męczyć kolejnymi eksperymentami, teraz przedstawię Wam równie fascynujące badanie, które polega miej więcej na tym samym, tylko spójrzcie, jak zbyt zaabsorbowani ludzie, nie zauważyli, co się wokół  nich działo.

 

Powyższy eksperyment jest powtórzeniem doświadczenia przeprowadzonego już przez wspomnianych Chabrisa i Simonsa w 1998 roku, możecie na nim zauważyć, że ludzie, którzy zbyt skupili się na jednej czynności nie są w stanie dostrzec zmian rozmówcy! Nie mogłam znaleźć tego samego doświadczenia, w którym mężczyznę podmieniono z kobietą, a rozmówca nawet się nie zorientował! Ale dlaczego tak się dzieje? 

Nasza świadoma percepcja wymaga zaangażowania uwagi – tak przynajmniej uważa większość naukowców zajmującym się tym zagadnieniem, gdy jesteśmy maksymalnie zaabsorbowani danym zadaniem, inne bodźce (pojawiające się w polu widzenia) zostają zwyczajnie pominięte. 


Niech Book będzie z Wami, 
Matylda

Literatura:

“Niewidzialny goryl. Dlaczego intuicja nas zawodzi”, Christopher Chabris, Daniel Simons, Wydawnictwo Laurum, 2011.

A. Mack, I. Rock, Inattentional Blindness, MA: MIT Press, Cambrige 1998,



Jako tradycyjny Anioł Stróż Licho nie miało na wyposażeniu żadnych mieczy ognistych ani tym podobnych robiących odpowiednie wrażenie akcesoriów, mogło co najwyżej kopnąć z bamboszka.


Panie i panowie, dzisiejszego popołudnia mam Wam do przedstawienia powieść, która przysporzyła mi wiele śmiechu podczas zimnych wieczorów, a właściwie jednego... Nie była ona zbyt długa, nie posiadała fabuły mogącej pobudzić serca do szybszego bicia, zamiast tego była rozrywką na najwyższym poziomie. Gagów nie było końca, a z każdą przerzuconą stroną mój uśmiech stawał się coraz większy. O czym mówię? O Dożywociu stworzonym przez, o dziwo, polską pisarkę Martę Kisiel. Wiecie, że rzadko sięgam po rodzimym pisarzy, zazwyczaj reaguję alergicznie na ich teksty, ale tym razem było zupełnie inaczej. 

Lichotka, miejsce wydające się być wręcz zapomniane przez cywilizację, stary pałacyk skrywa wiele tajemnic, o którym nie ma pojęcia spadkobierca, czyli Konrad. Pisarz i swoisty ekscentryk, kiedy okazuje się, że w Lichotce pomieszkuje anioł w bamboszkach, widmo romantycznego samobójcy o różnych stanach skupienia oraz pradawny demon ciemności gotujący specjały mogące skraść każde podniebienie niebiańskością smaków...

Marta Kisiel nie pokusiła się o stworzenie spójnej fabuły, wszystko kręci się wokół kolejnych absurdalnych poczynań czy to Licha czy widma, które ciągle zmienia swoje upodobania i wizerunek... Pod koniec Dożywocia troszkę było mi nie do śmiechu, że wszystko ciągle dotyczyło tego samego, jedynie ubranego w inne słowa i nieco inne sytuacje. Konrad niemal w każdym z pięciu rozdziałów dochodził do tego samego wniosku... Tym niemniej nie mogę narzekać na tę historię, nie oczekiwała niczego wybitnego, dostałam uroczą wydmuszkę, które doprowadzały mnie często do wybuchów śmiechów. Na pewno na uwagę zasługują bohaterowie Dożywocia, nie można byłoby ich podmienić z jakąkolwiek inną postacią, byli niezwykle oryginalni, każdy posługiwał się oryginalnym stylem wypowiadania się, każdy inaczej reagował... Pod koniec przez ponowne i ponowne powtarzanie niemal identycznych motywów, stali się podróbkami samych siebie... Konrad w jednym rozdziale już wie, że zostanie w Lichotce, w następnym się waha i tak w kółko. Przez to Licho i reszta dożywotników zachowaniem się niewiele różnią.

Jednak nie mogę powiedzieć, że Dożywocie nie sprawiło mi radości, była to po prostu lektura w ramach przerwy od poważniejszych i lepszych tytułów, taka książka idealna na kaca, czytelniczy klinik... Polecam ją młodszym czytelnikom i osobom, które chcą troszkę odsapnąć od jesiennej chandry. 


Dożywocie Marta Kisiel 

Cykl: Dożywocie (tom 1)
Wydawnictwo: Uroboros
data wydania: 30 września 2015
ISBN: 9788328021389
liczba stron: 376




Niech  Book będzie z Wami, 
Matylda


dd
1. Gollum - Władca Pierścieni J.R.R Tolkien

Nie chciałabym zmienić się miejscami z tym smutnym, a zarazem zagubionym w świecie bohaterem jednej z moich ulubionych powieści, czyli Władcy Pierścieni. Jego los nie należał do najmilszych. Wiele lat spędził w samotności. Niechciany. Zdradliwy. Pogrążony w ciemnościach. Jego żywot należał do smutnych. Nie chciałabym podzielić jego losu. 

ddd
2. Katniss Everdeen Igrzyska Śmierci autor

Nie jestem taka odważna jak ona i pewnie nigdy nie podjęłabym się tego, czego ona. Nie mam rodzeństwa, więc też trudniej jest mi wyobrazić sobie i zrozumieć jej decyzję. Katniss nie jest bohaterką idealną, ale z całą pewnością ma w sobie wiele z heroizmu. Cóż, a trafienie na arenę Igrzysk nie byłoby miłym przeżyciem. Zdecydowanie nie chciałabym mierzyć się z innymi trybunami.

ddd
3. Winston Smith Rok 1984 George Orwell

Żyje w antyutopii, w której jest ciągle inwigilowany, a propanagda pcha się do jego jaźni ze wszystkich stron. Telewizja? Jego teleekran nie może zostać wyłączony. Winston ponadto zmienia rzeczywistość, przerabia istniejące artykuły/książki/piosenki na takie, które byłby zgodne z proroctwami Partii, zgodne z obecną polityką zagraniczną, zgodne z wizją. Cóż, bałabym się zmienić miejscami z Winstonem, bo chyba nie zniosłabym tej wszechobecnej propagandy, może mam zbyt delikatną psychikę? Sama nie wiem. Wizja stania się Winstonem i mieszkania w Oceanii, jest przerażająca.

ddd
4. Julia Capuleti nazwisko Romeo i Julia William Szekspir

Dlaczego nie chciałabym zamienić się z bohaterką chyba najbardziej romantycznej historii w dziejach? Cóż, jak pomyślę sobie, że miałabym zakochać się na zabój po jednej wspólnie spędzonej nocy, to ja jednak podziękuję za taką miłość. Pomijam kwestię wieku, który w tych czasach nie był aż tak... dostrzegalny? Ludzie szybko umierali, więc i szybciej dorastali, o. Ale uczucie Romea i Julii zawsze było dla mnie fikcją, więc no nie... Nie chciałabym być bohaterką dramatu Szekspira, zważając jeszcze na koniec tej historii.

A Wy z jakimi postaciami nie zmienilibyście się miejscami? 
Niech Book będzie z Wami, 
Matylda





Nigdy nie uważaj się za lepszego od innych. To cecha człowieka o prawdziwie otwartym umyśle.


Kiedy Królowie Dary pojawili się w polskich księgarniach, w blogosferze książkowej nie sposób było znaleźć miejsca, w którym Ken Liu i jego dzieło nie byliby chwaleni. Jak to mam ostatnio w zwyczaju przeczekałam pierwszą nawałnicę pozytywnych recenzji, a teraz szukając choćby cienia negatywnych słów na temat Królów Dary, nie mogłam znaleźć czegoś, co działałoby na niekorzyść tej książki... Skusiłam się, przeczytałam i jestem całkiem zadowolona z lektury, ale nie jest to powieść pozbawiona wad, wręcz przeciwnie, jednak trzeba przyznać, że lepszych momentów było odrobinę więcej od tych złych. 

Rodzice Kuniego Garu planowali dla niego świetlaną przyszłość, wydając niemal ostatnie grosze, wysłali chłopaka do najlepszego z możliwych nauczycieli w Zudi. Jednak Kuni chociaż bystry i posiadający niebywałe zdolności umysłowe, ze względu na swoje czasem karygodne zachowanie, nie zabawił długo w szkole. Kuni Garu wszedł na drogę złodziejaszka, który w żadnym miejscu nie potrafi zbyt długo zabawić. Od razu można było w nim dostrzec cechy Robin Hooda, chociaż Kuni nie zawsze robił wszystko ze szlachetnych pobudek, to jednak ludziom będących w gorszej sytuacji od niego, potrafił pomóc. Miałam wrażenie, że ten bohater nie chce w ogóle uchodzić za kogoś, kto został obdarzony dobrym serce, wręcz przeciwnie, próbował zgrywać raczej postać obojętną, dopiero wraz z rozwojem powieści zaczął przyzwyczajać się do roli, której widzą w nim wszyscy inni. Kuni przez większą część powieści polegał na swoim intelekcie i świetnej umiejętności blefowania, nie okazał się niezwykłym strategiem, to ludzie, których przyjaźń potrafił sobie zaskarbić okazywali się często grać pierwsze skrzypce, on im to zwyczajnie umożliwiał. Kuni miał swoje wzloty i upadki, nie był postacią, którą mogłabym jednoznacznie uznać za złą czy dobrą... Jednak cokolwiek, by się nie działo, wiedziałam, że Garu czy to za sprawą przyjaciół, czy rodziny, czy własnych umiejętności wyjdzie z tarapatów obronną ręką, niestety jeśli chodzi o kłopoty, to zazwyczaj Kuni radził sobie z nimi znakomicie. To sprawiało, że powieść w pewnych momentach stawała się przewidywalna, wiedziałam, że autor tak pokieruje akcją, by Kuniemu nie stała się żadna krzywda. To jeden z tych mankamentów, o których wspominałam już na początku. Ta przewidywalność zabijała we mnie radość z lektury...

Po przeciwnej stronie barykady staje Mata Zyndu, chłopak przewyższający wszystkich znanych sobie ludzi, wyglądem przypomina mitycznych herosów, wysoki, barczysty i pełen chęci zemsty na zabójcach swojej rodziny. Członek szlachetnego rodu wojowników, wychowywany przez wuja, który wpoił mu wielkie ideały klanu Zyndu. Mata to przeciwieństwo Kuniego, to prosty chłopak, który kieruje się niemal wyłącznie swoją nadnaturalną wręcz siłą, nie zważając na to jaki chaos, zapanuje wokół przez jego działania. Nie ma smykałki do polityki, kieruje się zasadą twardej ręki. Jednak mimo czasem tragicznych w skutkach i dość makabrycznych decyzji, Matę da się lubić właśnie przez jego prostotę bytu i wielkie ideały, które nigdy go nie opuszczają. To taki szlachetny rycerz rodem ze średniowiecza.

Obu bohaterów połączył jeden cel: upadek imperium Xany, której władca ciemięży podbite ludy, niemal każdy mieszkaniec Imperium stracił kogoś przy tworzeniu misternych i często zupełnie niepotrzebnych budowli ku chwale tyrana. Rebelia to kwestia czasu... Kuni Garu i Mata Zyndu stają się jej symbolami, jednak w miarę rozwoju akcji powstają między nimi kolejne spięcia, które ostatecznie doprowadzają do otwartego konfliktu... Kto ma w nim racje? Po czyjej stronie staną ludzie?

Ken Liu wprowadził na scenę wielu bohaterów, ale potrafił nimi w taki sposób kierować, że czytelnik jest w stanie sobie ich odpowiednio wyobrazić. Nie było tutaj postaci płytkich czy bezsensownych, chociaż co prawda miałam czasem wrażenie zagubienia, kiedy zmieniały się poszczególne sceny, a między niektórymi mijały lata, to mimo wszystko nie mogę na to specjalnie narzekać. Klimat też był wprost stworzony dla mnie, dało się wyczuć w Królach Dary inspiracje orientem i kulturą chińską... Jednak styl autora pozostawiał w wielu miejscach odrobinę zbyt sztywny, pomijający czasem bardziej ekscytujących fragmenty, jednak wielkim plusem narracji Liu jest to, że nie ocenia bohaterów i ich postępowania. Często za to bywa odrobinę ironiczny.

Co mnie w tej książce nie ujęło? Najbardziej odbiór psuła mi przewidywalność kolejnych wątków, wiedziałam, w którą stronę podąży rebelia,  wiedziałam, co zmieni się w życiu Kuniego Garu i jego kompanów... W pewnych momentach książka robiła się też dość nudna, na początku trudno było mi pozwolić się wciągnąć, aż wreszcie nie mogłam się od niej oderwać, by potem znowu czytać w wielkich bólach. Jednak najbardziej wpłynęły na mnie absurdalności choćby pływanie na wielkich rybach... Cóż, to zdecydowanie nie działało na korzyść książki, jednak takie momenty nie zdarzały się dość często.

Ogólnie polecam tę książkę, jeśli lubicie posmakować odrobiny orientu, nie jest to lektura porywająca, jest to powieść raczej średnia, ale ma w sobie przebłyski genialnej.    

Królowie Dary Ken Liu
Cykl: Pod sztandarem Dzikiego Kwiatu (tom 1)
Wydawnictwo: Sine Qua Non
tytuł oryginału: The Grace of Kings
data wydania: 27 kwietnia 2016
ISBN: 9788379245185
liczba stron: 592





Niech Book będzie z Wami, 
Matylda


1. Kiedy skończę czytać obszerną książkę, która wcale nie była czymś dobrym 
Uff, nareszcie! Myślałam, że nigdy tego nie skończę! 

2. Kiedy wreszcie udaje mi się zajść do biblioteki/księgarni 
Nie wiem czy wy też tak macie, ale mi często nie jest po drodze do tych miejsc, zwłaszcza do biblioteki, w mojej miejscowości jest ona bardzo słabo wyposażona, a bliskie większe miasto jest oddalone o 30 km... A w roku akademickim zwyczajnie nie mam czasu... 


3. Kiedy ktoś zaczyna kłótnie o wyższości ebooków nad tradycyjnymi książkami i odwrotnie. Kiedy jeden fandom kłóci się z drugim... Kiedy ktoś lubi inny gatunek, a ktoś inny go potępia...
Od czasu do czasu pojawią się pewien przykry motyw w blogosferze/facebooku/jakiś forach, cóż burze łatwo wywołać i to różnymi tematami...

4. Kiedy przekonam kogoś do przeczytania danej pozycji: 
Po wielu próbach, po wysłaniu kilku recenzji, wreszcie się udało!


5. Kiedy jakaś powieść mnie wciągnie mnie do swojego świata i nie mogę doczekać się dowiedzenia się o nim czegoś więcej 


Niech  Book będzie z Wami,
Matylda


W biurze spotkał tylko paru znajomych funkcjonariuszy, którzy biegali z pokoju do pokoju i zajmowali się swoimi sprawami. Bo spraw była cała masa. Tu nie tylko pracowano nad sprawami morderstw z Kowar, zaginionym [...] chłopcem, ale też setkami innych spraw[...]

Zazwyczaj recenzję staram się rozpocząć jakimś ładnym zdaniem zaczerpniętym z omawianej powieści, Kolejność należy do tego typu literatury, w której nie sposób znaleźć coś wartego uwagi... To skupisko powtórzeń: dialogowych, powiedzmy Do tej pory pytaliśmy go tylko o wrogów i potencjalne długi. Teraz musiy mieć historię jego życia. Ostatnie lata. Układy, problemy, ewentualne długi. Pan komisarz, ten który wypowiada tę znamienitą kwestię, Iwanowicz jak widzicie do najbystrzejszych nie należy... Powtórzeń opisowych Mięśnie twarzy drgnęły nieznacznie. Wciąż jednak nie umiał odczytać jej myśli. Kamienna twarz...  Jednak moimi największymi faworytem jest powtarzanie w kółko i w kółko tych samych sytuacji, Iwanowicz ciągle pyta o to samo, Iwanowiczowi trzeba powtarzać coś dwa razy, Iwanowicz Przeszukał meble, wszystkie półki, ale niczego nie znalazł. Znalazł stare talerze [...], to w końcu coś znalazł czy nie?  Iwanowicz to najgorszy glina o jakim miałam okazje czytać, przy nim mój kot wydaje się lepszym kandydatem do rozwiązywania spraw kryminalnych, a inteligencją to on niestety nie grzeszy... 

Brutalne morderstwa w Kowarach wstrząsają okolicą, ofiary się mnożą, a dzielni policjanci z Iwanowiczem na czele stoją w miejscu przez większą część powieści. Jedynie na ostatnich siedemdziesięciu stronach cokolwiek zaczyna się dziać i posuwać do przodu, ale za to mamy wspaniałe opisy pary wodnej, w którą komisarz się wpatruje.  Mamy kupowanie wody mineralnej, chyba nawet dwukrotne! Pływanie w basenie. Otwieranie e-maili. Odbieranie telefonów w liczbie niezliczonej, zazwyczaj z bezsensownymi i nic nie wnoszącymi do sprawy informacjami. Mamy picie kawy. Krótkie sny Iwanowicza, który biedny podczas śledztwa nie może się wyspać. Mamy przesłuchiwanie po kilka razy tych samych świadków, którzy nic nowego nie wnoszą... Mamy idiotyczne rozmyślenia Iwanowicza, który pewnie nawet gdyby mu się sprawcę pod nos wymachującego nożem postawiło, to by go nie zauważył. Mamy picie hektolitrów kawy. Mamy wreszcie książkę pisano w taki sposób, jakby ktoś odhaczał kolejne punkty w zadaniu domowym z polskiego. Hipotetyczna treść brzmiałaby Opisz policjanta i wszystko wokół niego, nie zapomnij o zupełnie zbędnych szczegółach. Kolejność to nędzny kryminał, który wydawał mi się przez całą lekturę tekstem wyprodukowanym przez ucznia gimnazjum. Narracja monotonna, statyczna, bez polotu. Bohaterowie papierowi i odpychający... Trzecioosobowy narrator. oprócz pierwszego rozdziału, ciągle skupiony jest na Iwanowiczu, który jest takim statystycznym głównym bohaterem kryminałów, samotny, z nieciekawą przeszłością, pozytywnym aspektem są jego powiązania z wojskiem... Jest jeszcze jego partner, z którym co jakiś czas ucina sobie filozoficzne dysputy, bo przecież łapanie psychopaty nie powinno pochłaniać ich czasu. Jest też komendant kowarowskich policjantów, który według narratora miał być chyba nadętym bucem, ale coś nie wyszło, bo jako takiego widziałam Iwanowicza, który w każdej sytuacji tylko straszył świadków przesłuchiwaniami na komendzie lub wytrzeźwiałką. 

Przez całą powieść zastanawiałam się dlaczego ktoś to wydawał, nie mogłam znaleźć w Kolejności żadnych pozytywnych aspektów. Sprawcę całego zamieszania odgadłam, ba! nawet motyw jego działań. Najbardziej irytującym aspektem tej historii były ciągłe rozmyślenia Iwanowicza, o tym, kto mógł to zrobić, co znaczą pozostawione liczby, o tym jaka była i nie była dana ofiara, mamy kilkukrotnie powtórzenia tych samych informacji. Iwanowiczowi brygadzista wytłumaczył, dlaczego w kopalni trwają roboty i czemu ma to służyć, a potem on i jego partner jakby o tym zapomnieli i znowu muszą dostawać te same informacje od miejscowych policjantów. No, ludzie! Litości!

Nie polecam tej książki nikomu, męczyłam się z nią trzy dni i ledwo dobrnęłam do końca... Już naprawdę miałam dość drętwych opisów, które nic nowego nie wnosiły, dialogów, które gdy się je przeczytało na głos, brzmiały niewyobrażalnie sztucznie... To zła książka z piękną okładką, przed którą bardzo mocno ostrzegam. 


Kolejność Hubert Hender 
Seria: Mroczna strona
Wydawnictwo: Filia
data wydania: 17 sierpnia 2016
ISBN: 9788380751392
liczba stron: 420





Book z Wami, 
Matylda


Bakemono no ko to animacja, która z całą pewnością spodoba się fanom Studia Ghibli, mnie ona urzekła i sprawiła, że na dwie godziny przeniosłam się do świata, który potrafił rozbawić, wzruszyć i przysporzyć zmartwień. Jest to produkcja śmiało mogąca konkurować ze Spirited Away: W krainie bogów czy Mój sąsiad Totoro, dlaczego wspominam o tych dwóch dziełach Hayao Miyazakiego? Bo tak samo jak w Chłopcu i Bestii bohater poznaje inny świat - bliski, a zarazem zupełnie inny i wręcz niezrozumiały. Mamoru Hosoda, czyli twórca filmu, wpisał się na listę moich ulubionych artystów już przy okazji Dziewczyny skaczącej przez czas i Wilczych dzieci, ale to tą produkcją udowodnił, że muszę szczególnie zwracać uwagę na jego poczynania. Pełna magii opowieść o dorastaniu, poszukiwaniu bliskości i własnego ja, czynią z tej animacji produkcję nie tylko dla najmłodszego widza... 

dddd
Dziewięcioletniego Rena poznajemy w dramatycznych okolicznościach, jego matka zmarła, a z ojcem nie ma żadnego kontaktu, trafia więc w ręce rodziny, z którą nie chce mieć nic do czynienia. Jest butny, a złość, w którą w sobie gromadził, nie pozwala mu zostać z opiekunami, ucieka z domu... Pewnej nocy, kiedy błąka się ulicami Shibuyi, poznaje Kumatetsu - olbrzymią bestię o aparycji niedźwiedzia, a zarazem mistrza sztuk walki. Nieznajomy proponuje mu podążenie za nim, jednak jego aparycja, która do najprzyjaźniejszych nie należy skutecznie odstrasza chłopca, zbieg okoliczności dał jednak szansę tym dwoje i tak Ren stał się uczniem Kumatetsu. Co ma bowiem zrobić bezdomne dziecko? Dokąd udać się po pomoc? Decydując się na podróż do Jutengai, w którym bestie można spotkać na każdym kroku, nie spodziewał się ilu zmartwień mu to przysporzy. Obserwujemy poczynania Rena, jego powolne oswajanie się z nową sytuacją i zawiązywanie się więzi pomiędzy uczniem a mistrzem, która nie jest łatwa, bo i Kumatetsu, i dzieciak mają ciężkie charaktery. Wieczne kłótnie są akumulatorem kolejnych śmiesznych sytuacji. sprawiających, że usta same układają się w uśmiechu. Gdzieś do połowy filmu bohaterowie wzajemnie się poznają i próbują dotrzeć... W kolejnej części Ren jest już niemal dorosłym mężczyzną, a decyzje które podejmie zaważą na jego przyszłości. Co wybierze: pozostanie u boku mistrza czy może wrócenie do swojego świata? Czy odnajdzie siebie? Stał się bestią czy wciąż jest człowiekiem? Czego potrzebuje? 

Kumatetsu i Iouzan. Dwóch rywali, dwa przeciwieństwa, ten pierwszy jest nieokrzesany, pyszałkowaty i a przez swój opryskliwy sposób bycia nikt w Jutengai nie postawiłby na jego wygraną w pojedynku z poważnym i szanowanym Iouzanem złamanego miedziaka. Kumatetsu nie ma żadnego ucznia, bo i żaden nie chce się z nim zadawać. Iouzan ma ich całą trupę. Kumatetsu jest samotnikiem, nie ma rodziny, nie ma dzieci za to Iouzan prowadzi życie przykładnej głowy rodu. Ten pierwszy to gbur, drugi uprzejmy dżentelmen. Ta dwójka to ogień i woda, ale to właśnie pomiędzy nimi zostanie rozstrzygnięte kto stanie się arcymistrzem... Kto będzie rządził Jutengai. Kumatetsu nie kieruje się żadnymi szlachetnymi pobudkami, do zdobycia tytułu pcha go jedynie wizja pojedynku z Iouzanem.

Czy kreska w tej produkcji i jej wykonanie może zachwycić? Cóż, jasne, że tak! Jest to produkcja odrobinę trącająca o styl wypracowany przez Hayao Miyazakiego, ale jednocześnie nie można napisać, że jest jego kopią, zwyczajnie jest do niej podobna. Muzyka? Miód na moje uszy! Jest po prostu świetna, to nic dziwnego skoro za nią odpowiada Takagi Masakatsu, twórca muzyki również do Wolf Children. 


Skoro już popłynęło morze lukru, to co mogę więcej napisać? Skuście się na tę produkcję, jeśli szukacie dobrej animacji dla starszych i młodszych, która ma morał, ma świetną fabułę i sporą dawkę humoru, który sprawił, że mój smutny wieczór przerodził się w wesołe zakończenie dnia.

Niech Book będzie z Wami, 
Matylda