Jest mi ogromnie miło, że jakoś trafiłeś na Leona. Jestem studentką kognitywistyki, pasjonatką książek i cappuccino. Może masz ochotę pozwiedzać Leona? Śmiało! Zapraszam! Z racji tego, że lubię zwiedzać blogosferę, proszę Cię o zostawienie linku do Twego zakątka internetu, o ile takowy posiadasz, w komentarzu :)

The Following, mrok, okrucieństwo i sterta idiotyzmów

Cóż, do oglądania serialu zachęciła mnie moja przyjaciółka słowami „Są homoseksualiści, jest zbrodnia na podstawie książki i ogólnie sporo się dzieje!”, koło tak radosnej opinii nie mogłam przejść obojętnie. The Following jest brutalną produkcją, w której wykorzystano hektolitry sztucznej krwi, tony podobnych do siebie zwrotów akcji i stworzono grupę agentów FBI, którzy są jak kukiełki rzucone do działania. Niby wszystko idzie zgodnie z planem, ale z drugiej strony sporo zgrzyta. The following jest też produkcją, w której nie możemy być niczego pewni, bo bohater, który wydaje się nam pozytywny, pokazuje swoją ciemną stronę, jednak… cóż, ten zabieg został na tyle często wykorzystywany, że w pewnych momentach mogliśmy wręcz zgadywać, że „o ten tutaj, będzie zabójcą”. Mordercy chowają się po kątach, a kult skazanego na śmierć zabójcy 14 studentek Joe Carolla rozprzestrzenia się jak epidemia.

Mamy schemat znany z literatury i filmu, ot, spotykają się dwa bieguny, jednym jest psychopatyczny morderca, ale taki z klasą, elokwencją i zacnym wyglądem, a drugim stróż prawa po przejściach, który wsadził Joe do więzienia. Cóż, poznajemy bohaterów, gdy powolnymi krokami zbliża się dzień eksterminacji byłego akademickiego wykładowcy literatury, jednak egzekucja musi zostać odroczona, nie, nie pojawiają się przesłanki łagodzące, Joe z pierdla ucieka.

Szczerze mówiąc, gdy pierwszy raz oglądałam The Following byłam nim jawnie zauroczona. Lubię, gdy serial pokazuje psychikę postaci, a tutaj mogliśmy nawet miejscami współczuć, czasem do szpiku kości oszalałym z żądzy mordu zabójcom. Jednak co mi nie grało, gdy drugi raz usiadłam do serialu? Co zgrzytało? Pierwszą rzeczą,  a raczej postacią jest główny protagonista…

Ryan Hardy — postać, którą w pierwszy sezonie darzyłam wątpliwą sympatią, a która w trzecim stała moim wrogiem numer jeden. Ryan jest bohaterem, przez którego ginie więcej osób niż Joe zdąży zabić, on swoją niekompetencją i narcyzmem, przekonaniem o nieomylności, sprowadza współpracowników na manowce. Kibicowałam każdemu zabójcy czyhającemu na jego życie. Liczyłam na to że Ryan wreszcie ze swoimi brutalnymi i często absurdalnymi metodami wyzionie ducha. On nie patrzy, że coś może rozwścieczyć psychopatę, dla niego ważne jest… Zaspokojenie własnej żądzy krwi? Co mnie jeszcze w Ryanie odpycha? Skakanie z kwiatka na kwiatek, Ryan jest niestały w uczuciach, bardzo często zagląda do kieliszka, a gdy ma się komukolwiek podporządkować, to stroi fochy i robi na złość, a najlepiej jest gdy działa na własną rękę i giną niewinni ludzie. Co to dla niego. 

Drugą rzeczą jest zmarnowany potencjał. Powiedźcie mi jakim sposobem seryjny morderca może z więzienia stworzyć siatkę wyznawców? Uczniów? Wskazać im drogę i swoimi dość oględnymi słowami sprawić, że zapałają do niego psychopatyczną wręcz wiernością i niejednokrotnie miłością?Sformowanie grupy morderców gotowych nawet na śmierć dla swego guru było świetnym pomysłem, mogłoby wyjść niebanalnie, lecz wszystko zostało ostatecznie zaprzepaszczone i sprowadzone do fascynacji Joego byłą żoną, bez tego wątku serial byłby o wiele bardziej interesujący. 

Trzeci aspekt, to właśnie wspomniana już Claire. Dziewczę tak pozbawione intelektu, jak to tylko możliwe. Niestety nie polubiłyśmy się, jej zachowania, jej słowa, jej historia mnie do siebie zrażały. Nie rozumiałam, dlaczego Joe ma obsesję na jej punkcie. Claire była ciągle rozhisteryzowana, ciągle niepotrafiąca sobie poradzić, jak księżniczka, która potrzebuje pomocnej dłoni rycerza, by wreszcie stanąć na nogi. 

Mamy jeszcze funkcjonariuszy FBI, którzy zazwyczaj wysyłani są w zbyt małej obsadzie do miejsca przestępstwa/zabezpieczenia świadka... Wśród nich prym wiedzie Mike. Ten stróż prawa umykał śmierci tak niezliczoną ilość razy, że mi brakuje palców u obu rąk. Wydawał mi się wręcz nieśmiertelny. Bo co go nie zabije, to go wzmocni w psychozie. W miarę rozlewu krwi, w miarę rozwoju akcji, na przełomie drugiego i trzeciego sezonu Mike zmienił się w podróbkę Ryana, może mniej irytującą, ale zawsze. Jego decyzje również ważyły na losie ludzi, a okrucieństwem często dorównywał mentorowi. Ot, taki sobie dobry człowieczek. 


To wszystko sprowadza się do tego, że: Kibicowałam zabójcom, niemal od połowy pierwszego sezonu, aż do ostatniego odcinka. Za Joe mniej trzymałam kciuki niż za urokliwymi bliźniakami z sezonu II i ich pokręconą rodzinką, czy za Theo z III sezonu, który w byciu psychopatycznym mordercą przebił swoich poprzedników. Cóż, może to zabrzmi dziwnie, ale wydawało mi się, że przestępcy tworzyli... silniejsze, a może nawet zdrowsze, relacje z bliskimi, zwłaszcza drugi sezon mnie w tym przekonaniu utwierdził. Oni zrobiliby wszystko dla kochanych przez siebie ludzi, cóż, zazwyczaj to wszystko sprowadzało się do wybicia niewinnych ludzi, no, ale...

Muzyka, scenografia są świetne. Z bohaterami bywa różnie, ale psychopaci są zazwyczaj skrajnie psychopatyczni, krew się leje, zagadki się powoli rozwiązują, a Ryan Hardy mknie do przodu niczym buldożer, nie patrząc czy zrobi komuś krzywdę. Ogólnie muszę jednak przyznać, że może The Following to serial klasy B, może sobie na niego marudzę, może i jest w nim wiele absurdów, o których nie chciałam pisać, bo i spoilery, bym Wam zrobiła. Dla bliźniaków z drugiego sezonu, dla Emmy, dla wreszcie pary gejów, dla motywu zabójstw opartych na prozie Edgara Poe, warto ten serial zobaczyć. Nie trzeba się przy nim skupiać, czas płynie szybko, potrafi trzymać w napięciu i zaskakiwać, a nieraz wręcz przerazić fabularnymi zawiłościami. No, dobra, polecam Wam The Following, jeśli lubicie niezobowiązujące kryminalne thrillery. 
Niech book będzie z Wami,
Matylda