Jest mi ogromnie miło, że jakoś trafiłeś na Leona. Jestem studentką kognitywistyki, pasjonatką książek i cappuccino. Może masz ochotę pozwiedzać Leona? Śmiało! Zapraszam! Z racji tego, że lubię zwiedzać blogosferę, proszę Cię o zostawienie linku do Twego zakątka internetu, o ile takowy posiadasz, w komentarzu :)



Książki pozwoliły mi pozbyć się problemu z dysleksją, już nie popełniam idiotycznych błędów, nie pomijam liter, nauczyłam się czytać, a nie zgadywać, co jest napisane, a dodatkowo moje słownictwo wzbogaciło się.


Książki otwierają przede mną możliwość podróży do światów różnorodnych, nieziemskich i niemożliwych do poznania w rzeczywistości, uwielbiam smoki, uwielbiam elfy, kocham wszystko magiczne istoty i ich niesamowite krainy, które mogłam zwiedzić dzięki powieściom.



Książki są nieskończone, wiem, że gdzieś czeka na mnie jakaś nieodkryta pozycja, która wciągnie mnie do tego stopnia, że nie będę potrafiła się od niej oderwać. 



W książkach odnalazłam wielu spośród zdobywców mego serca, skoro wspominam o miłości, nie mogłoby się to odbyć bez wspomnienia o uczuciach jakie poszczególni bohaterowie potrafią we mnie wzbudzić, od smutku do radości, poprzez zauroczenie… Uwielbiam, gdy postacie z książki stają się niemal moimi przyjaciółmi. 



Książki nie dają czasu na nudę, one zawodowo zabijają czas, z nimi nigdy nie jest mi ani smutno, ani nużąco. Zawsze kiedy mam chwilę wolnego, to sięgam po powieści, wiem, że spełnią moje oczekiwania, wiem, że mnie uszczęśliwią! 




Książki są niezbędne do ucieczki od trosk, do wzbudzeni emocji, do miłości, nauczyły mnie wielu rzeczy o świecie i wiem, że ukrywają przede mną jeszcze inne sekrety. Uwielbiam czerpać wiedzę z książek, dzięki wiem, kto i kiedy rządził w danym kraju, dzięki nim wiem, jak mogę badać mózg i dzięki nim próbuję zrozumieć własną świadomość. 



Książki są mi potrzebne do życia i za to je kocham.


A za co Wy kochacie książki?
Niech Book będzie z Wami, 
Matylda


Sięgając po Ścianę Burz, byłam pełna obaw – Królowie Dary okazali się powieścią sinusoidą, która raz podobała mi się bardziej, a raz mniej, Ściana Burz nie cierpi na ten defekt – jej poziom stale rośnie i nie ma w niej słabych momentów. Zdecydowanie drugi tom serii Pod sztandarem Dzikiego Kwiatu jest o wiele bardziej dopracowany i jeszcze bardziej epicki od swojego poprzednika, jest również zupełnie od niego różny. Nie ma tutaj walki dwóch dawnych przyjaciół, nie ma tutaj obalenia złego władcy, który przez lata ciemiężył podbitą ludność. Jest za to odrobina lat spokoju pod panowaniem nowego cesarza, który próbuje wprowadzać nowe reformy, ale dawni królowie, teraz stanowiący arystokrację jego cesarstwa nie patrzą na jego poczynania łagodnym okiem. Jest odrobina sagi rodzinnej: obserwujemy rozwój dzieci cesarza, ich słabości, ich psoty, aż wreszcie ich dorosłość. Jest Kuni, który chociaż przywdział nowe imię i stał się cesarzem Dary – wciąż zachował dobre serce i ma niecodzienne wręcz zaufanie dla swych dawnych towarzyszy. Próbuje zaprowadzić ład w podzielonym społeczeństwie, jednak nie jest to łatwe zadanie, chociaż jego prawa są dobre, to osoby posiadające odpowiednie środki i tak potrafią je obejść. Oprócz tego musi mierzyć się z walkami o sukcesje na swoim dworze, cesarzowa Jia optuje za swoim synem, konsorta Risana za swoim, który z chłopców będzie godnym następcą ojca? Timu – wiecznie głodny wiedzy książę, czy może Phyro – gotowy stać się drugim hegemonem. Jeden to mędrzec, drugi wojownik, którego bardziej będzie potrzebować Dara? Państwo powoli pogrąża się w chaosie, delikatny pokój wypracowany przez Kuniego i jego ludzi przestaje istnieć – ludzie buntują się przeciwko nowemu cesarzowi, ale... To nie będzie jedyne zmartwienie władcy, musi zmierzyć się z nowym wrogiem – przybyszu znikąd, o potędze widocznej gołym okiem – gotowej zmiażdżyć imperium Kuniego, który będzie musiał zapomnieć o intrygach, o niesprzyjających mu frakcjach, będzie musiał walczyć o swój lud... Bo nowy wróg nie zamierza łagodnie traktować mieszkańców Dary...

W książce Kena Liu najbardziej podobały mi się pałacowe intrygi, w których prym wiodła cesarzowa Jia, władza ją odmieniła, na gorsze? Trudno powiedzieć, kibicowałam Jii w poprzedniej części, w tej również trzymałam kciuki za to, by jej rozgrywki powiodły się. Risana była dla mnie zbyt delikatna, może nieco głupiutka, szczerze mówiąc, nie wiem, co w niej dostrzegał Kuni, jednak zdecydowanie jej obecność u boku cesarza mi nie odpowiadała. Początkowo mogłoby się wydawać, że dzieci Kuniego będą ze sobą rywalizować w otwartej walce, takie miałam wrażenie po notce wydawniczej, jednak było zupełnie inaczej. Dzieci Kuniego knuły, ale z pewnością nie przeciwko sobie, razem psocili i nastręczali zmartwień dorosłych, bardzo polubiłam cesarskie dzieci i ich młodzieńcze przygody. Thera, córka Kuniego, również skradła moje serce, jej odwaga, mądrość i dążenie do upragnionego celu sprawiły, że nie sposób było jej nie lubić. To właśnie tę dziewczynę polubiłam z całej czwórki potomków cesarza. Liu nie ogranicza się do miłość damko-męskiej, pokazuje różne jej rodzaje - dziecka do rodzica, rodzica do dziecka, władcy do kraju, mężczyzny do mężczyzny, kobiet do kobiety, oddanego sługi do pana, te różne rodzaje miłości, sprawiają, że ta książka ma w sobie coś wyjątkowego, coś, co nie tylko skusi fanów epickich bitew, ale też osób potrzebujących romantyzmu w powieściach. Miłość nie jest na pierwszym planie, nie jest nachalna, jednak jej obecność dodaje wyjątkowe smaczku.  

W tej części nie zabrakło również opisów bitew, które, cóż, Liu doskonale tworzy, jego język wydaje mi się, że nabrał barwy, stał się płynniejszy, bardziej dopasowany do tego, co działo się w powieści. Po tekście się wręcz płynęło. Plusem historii są również jej bohaterowie, którzy na początku sprawiali mi nieco problemów, dawno czytałam pierwszą części historii Dary i niektóre postacie były dla mnie ogromnie kłopotliwe - nie pamiętałam, jakie były w Królach Dary, nie pamiętałam, co nimi kierowało, a Liu nie zawsze wracał do tamtej opowieści. Jednak im dalej w las, tym lepiej. Liu potrafi kreować barwne postaci, z którymi czytelnik może się zżyć, każda z nich posiada odmienny charakter, inne talenty, coś wyróżniającego. Ken Liu raczy nam całkiem sporą gromadą bohaterów, ale nie łudźcie się, że wszyscy z nich dożyją do ostatnich akapitów - jest krwawo i niebezpiecznie, a akcja z rozdziału na rozdział coraz mocniej się zazębia i nabiera tempa, co stanowi kolejny plus książki. Z nią nie idzie się nudzić, przeczytałam ją w ciągu dwóch dni, a przecież nie jest krótką lekturą... Nie mogłam się oderwać od Ściany Burz, jej zagadki, jej tajemnice, a zwłaszcza legendy i podania z Królestw Dary skradły moje serce, a delikatne elementy fantastyczne budowały atmosferę, dodawały klimatu opowieści. 

Polecam Wam tę historię, jeśli pierwszy tom Was tak jak mnie nie do końca przekonał, dajcie szansę Ścianie Burz, a nie będziecie żałować, ta wielowątkowa książka potrafi złapać czytelnika w sidła i nie puszczać go z nich przez długi czas. Klimat orientu, walka o władzę, bunty, zdrady, miłość, wielka wojna, pałacowe intrygi - to i o wiele więcej znajdziecie w tej powieści! Nic tylko czytać.



Za możliwość przeżycia epickiej przygody dziękuję wydawnictwu: 



Tytuł: Ściana Burz
Autor: Ken Liu
Wydawnictwo Sine Qua Non
Seria Pod sztandarem Dzikiego Kwiatu
Rok wydania: 2017
Ilość stron: 768



Nie można wybrać swojego losu, ale można wybrać, kim staniemy się za jego sprawą.

Złodziej i potężny dżin, znamy tę historię, prawda? Słyszeliśmy już ją? To jedna z baśni Tysiąca i Jednej Nocy... Teraz opowiedziana na nowo, bo dżin okazuje się kobietą - zaklętą w magicznej lampie, na imię ma Zahra  Po pięciu wiekach uwięzienia i samotności Aladyn znajduje jej lampę, a Zahra znowu może zobaczyć świat... Toczy się wojna pomiędzy dżinami a ludźmi ani Zahra, ani Aladyn nie są bezpieczni. Jednak... dżin dostaje propozycję nie do odrzucenia - może na zawsze uwolnić się od lampy, ale jeśli będzie próbowała spełnić swoje marzenie, wówczas zdradzi swojego nowego Pana. Co zrobi dżin? Zwłaszcza, że wbrew sobie zaczyna pałać zakazanym jej rasie uczuciem do śmiertelnika? Czy zgodzi się podjąć ryzyko?

Oczekiwałam odrobinę pustynnego klimatu, może motywów arabskich, z pewnością na nowo opowiedzianej historii Aladyna, oczekiwałam dobrej zabawy i drobnego romansu... Zamiast tego dostałam operę mydlaną, w której głównym problemem narratorki i protagonistki jest to, że nie jest zbyt dobra, że ona to jest zła, że jak to w ogóle mogła dopuścić do takich zniszczeń, jak jest jej źle, ale w sumie to, dlaczego nie? Ale, nie, nie wolno! Ale... może jednak? Kocham, nie kocham... To oczami Zahry obserwujemy historię, historię, która jest niezwykle płytka, bo widzicie, autorka chyba miała w zamiarze skończyć tę powieść, jak najszybciej się da - wątki inne niż miłosne ucięte są do minimum, a ja przez większą część książki zwyczajnie ziewałam. I nie łudźcie się, że skoro inne motywy w Zakazanym życzeniu zostały potraktowane po macoszemu, to romans wyszedł autorce popisowo - co to, to nie, bo romans pojawił się zupełnie nagle, wyrósł z podziemi, chociaż mówiąc szczerze, się go spodziewałam (spoiler w blurbie!), ale... liczyłam, że zostanie lepiej poprowadzony, a nie wzięty z powietrza. Wątek walki ludzi z dżinami był ledwie muśnięty, podobnie jak sam wątek dżinów, coś tam było o potężnym władcy, o wielkim królestwie, o podziale klasowym dżinów, o tym, jak zostały stworzone i to chyba tyle, ich świat, chociaż mógł dodać magii opowieści został po prostu wspomniany. A przecież Zahra go poznała! Mogła więcej o nim nam opowiedzieć, stworzyć jakikolwiek obraz tego magicznego królestwa, jednak... Dżiny to niebezpieczeństwo, ale niezwykle mało przerażające - nie bałam się ani o życie bohaterów, ani o miasto, w którym się znajdują, ani o Aladyna, bowiem pozostałe dżiny (może oprócz jednego) były słabsze od Zahry. Wiecie, jak ktoś jest już tak potężny jak Zahra, to trudno przejmować się jego losem, skoro ona posiadła moc gotową przenosić góry i nieraz o tym nam radośnie komunikowała, to jak się o nią bać? Mamy kiełkującą rebelię w mieście, pałacowe intrygi, walkę o władzę w świecie śmiertelników, ale i te wątki są zupełnie poboczne, na planie dwunastym, gdzieś za całusami i zmienianiem się w różne zwierzęta przez Zahrę, by mogła penetrować pałac... Lwią część powieści jest spacerowanie Zahry czy Aladyna po królewskich włościach. Na początku książka mnie niezwykle wciągnęła, ale po trzydziestu-czterdziestu stronach zaczęło robić się coraz dziwniej i dziwniej, aż w końcu straciłam nadzieję na dobrą zabawę. Z młodzieżowej przygodówki zrobił się romans. Jedynymi promykami nadziei w tej powieści są Kaspida i jej towarzyszki, i postawa księżniczki, która zachowuje się godniej i dojrzalej od głównej bohaterki, która przeżyła już cztery milenia... Przy Kaspidzie Zahra to nastolatka.   

Czasem zapominam, że masz cztery tysiące lat. Zachowujesz się jak wstydliwa szesnastolatka.
- Wcale nie! - prostuję się i piorunuję go wzrokiem.

Jeśli już autorka zdecydowała się dać postaci CZTERY TYSIĄCE LAT i uczynić z niej dawną doradczynię królowej, potężnego dżina, który jest niczym bóg, zrobić z niej kogoś hiper-super-ekstra, to, ja przepraszam bardzo, ale dlaczego ta kobieta zachowuje się jak nastolatka? Przecież ona przeżyła i widziała więcej niż ktokolwiek ze śmiertelników, o ile rozumiem jej przyjaźń z dawną królową, to... to zakochanie... No, dajcie spokój! To jak się wypowiadała, jak melodramatycznie myślała o sobie i o tym, jaka jest - doprowadzało mnie do pasji, a już zwłaszcza doprowadził mnie do niej ostatni rozdział, parskałam śmiechem, czytając go... Zahra to słodka dziewczynka, która tylko dzięki imperatywowi narracyjnemu jest wielka i potężna, i mądra, no, dobra, te dwa pierwsze może i ma, ogólnie to taka Mery Sue, która stopniowo dostaje kolejne udoskonalenia. Jest egoistką, jest zapatrzona w siebie, niemiła, zawsze robi, co jej się żywnie podoba. A przy tym autorka jest w stosunku do niej niekonsekwentna - raz może dysponować całkiem potężną magią, innym razem nie.

Aladyn... Nie wiem, kto jest najpłytszą postacią z tej powieści, ale z pewnością Ali do niej pretenduje. Tak, Aladyn jest taki... dziecinny? Nie wiem, jak inaczej miałabym go określić. To dziecko zagubione we mgle, a jego motywacje zmieniają się bardzo szybko. Łatwo jest nim manipulować, co doskonale zrobiła Zahra...

Nie polecam Wam tej powieści: nie ma tam nic ambitnego, jest za to wkurzająca nastolatka ubrana w piękne ciało i z długą metryczką, która wcale się na niej nie odcisnęła. Świat przedstawiony na początku porywa klimatem, ale stopniowo go traci - i to bezpowrotnie. Postacie? Jest w nich tyle inteligencji, co wody w łyżeczce. Fabuła? Nie będę tego komentować... Retelling? No, jaki retelling? Autorka wykorzystała motywy dżinów, nadała imię Aladyn głównemu bohaterowi i... to tyle? Okładkę ma ta powieść wręcz przepiękną, ale jej treść jest niejadalna.

Tytuł: Zakazane Życzenie
Autor: Jessica Khoury
Wydawnictwo Sine Qua Non
Rok wydania: 2017
Ilość stron: 384

Niech Book będzie z Wami, 
Matylda

Wiecie, co? Ja wymiękam. Ja tracę wiarę w czytelników. 


Głośno zrobiło się o wycinku z Gazety Wyborczej, z artykułu traktującego o nowej reformie edukacji dotyczącej stricte kanonu lektur, o tym, że uczniowie będą musieli przeczytać w roku szkolnym siedem książek. Podniesiono larum: Ale jakże to się skarżyć?, Ja w tym wieku to czytałem siedem książek tygodniowo, W naszych czasach to było inaczej, i pomagało się rodzicom, czasem pracowało, ale książki się czytało! Bez problemu, Męczarnia, hahah!, My tak nie płakaliśmy, może dlatego że nie było portali społecznościowych?, Rośnie nowe pokolenie analfabetów... Ludzie, którzy nie raczyli nawet przeczytać artykułu, osądzali uczniów. To chyba już o czymś świadczy, prawda? 


Ogólnie cały ten hurr-durr skomentowałabym tak: 
Dodaj napis
Dla wszystkich tych, którzy nie czytali wspomnianego tekstu, śpieszę na ratunek, ten krótki wycinek wyjaśni obawy przed czytaniem siedmiu książek! 


Liczba lektur jest przytłaczająca. Wychodzi na to, że w każdym roku licealista będzie miał do przeczytania sześć-siedem książek, a do tego dużo poezji, fragmentów obszernych tekstów. W większości to lektury z epok odległych, dla młodzieży trudne. Nie wolno ich na szybko przeczytać, bo wymagają czasu na analizę.


TADAM. 
[...]przedstawiony projekt dotyczy podstawy programowej dla elitarnych liceów, liceów mniej elitarnych, techników i szkół branżowych (dotychczas – zawodowych). Poza poziomem rozszerzonym, dla kandydatów na studia humanistyczne, obejmuje on wszystkich: od przyszłego lekarza czy inżyniera, przez mechanika samochodowego i kuchmistrza, po spawacza. Zgodnie z tą podstawą programową oni wszyscy mieliby stanowić elitę.

Czy muszę coś dodawać? No, dobra, nie byłabym sobą, jakbym czegoś nie dodała. Powtórzę się trochę, ale myślę, że po prostu warto, może niektórym to otworzy oczy? 

Dla elitarnych czytelników kulturą wysoką jest to tylko książka. Tylko ona swoim oświeconym blaskiem może ugasić pragnienia żądnego wiedzy umysłu. Tylko ona rozwija, ona jest najjaśniejszą gwiazdą, w której świetle można się chełpić ilością przeczytanych powieści w rok. Wiecie, co? Niektóre książki mają poziom seriali typu Dlaczego ja. Wiem, ciężko w to uwierzyć, ale niestety to gorzka prawda. Poza tym istnieją np. filmy, jest teatr, jest muzyka - wszystko to może również pogłębić empatię, rozwinąć człowieka... Wyśmiewanie się kogoś czytającego jedną książkę rocznie albo wcale, do niczego dobrego nie prowadzi - jeśli gloryfikowanie książek nie przejdzie do lamusa, to nie wróżę dobrze polskiemu czytelnictwu, bo w głowie przeciętnego ucznia, gdy zobaczy książkę, będzie świecić lampka powaga, zero zabawy, wysiłek umysłowy, a nie rozrywka. Książka powinna bawić, nie uczyć, a jak chcemy, żeby uczyła weźmy podręcznik, weźmy dzieło uznanego naukowca, a nie Pięćdziesiąt twarzy Greya. Przelećcie myślami przez swoje ostatnie lektury, czy któraś była klasyką? Czy któraś traktowała o fizyce kwantowej? Czy któraś należała do filozoficznego kanonu? Czy czytaliście Platona? Czy macie w swoim czytelniczym dorobku książki laureatów Nagrody Nobla (Polacy się nie liczą)? Nie jest to ważne, co czytacie, czytajcie, co chcecie, bzdurki, głupiutkie książki, to nic złego, nic złego póki nie stawiacie takich książek wyżej np. od hmm... powiedzmy filmowych reportaży, bo one niosą więcej wiedzy od takiego Greya, prawda? Czytanie Greya nie rozwija, ale może być dla niektórych świetną zabawą. Nie kwestionuję czytelniczych wyborów, kwestionuję zachowania. To, że ktoś przeczyta jakąś książkę, nie czyni go od razu lepszym i mądrzejszym człowiekiem.

Ludzie, którzy krzyczą ZA NASZYCH CZASÓW... Cóż, my nie żyjemy w Waszych czasach. Nie żyjemy w latach osiemdziesiątych czy dziewięćdziesiątych - mamy dostęp do sieci, jesteśmy innym pokoleniem, jesteśmy Y. albo Zetami. Nasz czas często zajmuje telewizja, internet, portale społecznościowe, tak, zabierają nam czas, tak, nie czytamy książek przez to. Mamy inną wizję świata. Wiecie, że pokolenie Zet jest nastawione na bodźce wzrokowe? Że to pokolenie obrazów? Młodzi ludzie mają inne zajęcia, niż młodzi ludzie żyjący chociaż piętnaście lat temu. Na fejsbukach to siedzą, youtuby oglądają, a czytać nie ma komu! Wiecie, że nie każdy znajduje relaks w książkach? Wiecie, że niektórzy nie chcą robić pożytecznych rzeczy, wiecie, że... to ich wybór?

Wracając do lektur...

Ludzie, czytacie zazwyczaj dla rozrywki, prawda? Dla przyjemności? Nie analizujecie lektury, nie znajdujecie w niej motywów z innych powieści, nie bawicie się w charakterystyki bohaterów, nikt nie robi Wam sprawdzianów z lektury, nikt nie omawia z Wami tych książek... Najważniejsze: nie jesteście oceniani z czytania! Pomiędzy lekturami, a książkami dla przyjemności nie można stawiać znaku równości, zwłaszcza, że uczniowie zazwyczaj mają dość napięte grafiki. Plus: nie mierzcie ludzi własną miarą, to, że Wy czytaliście lektury i jeszcze uczyliście się na sprawdziany z tego i tamtego, i owego nie znaczy, że wszyscy są do tego zdolni. Cóż, może jakby w szkole odbywały się tylko i wyłącznie lekcje polskiego, wówczas liczba powieści do przeczytania, wydawałaby się właściwie niczym, ale... Niektórzy mają codziennie po osiem godzin zajęć, inni na domiar złego dojeżdżają do placówek, więc często są w domu o szesnastej, doliczmy zajęcia dodatkowe, czy naprawdę przeczytanie grubej, napisanej ciężkim językiem książki, to nie jest żadnej wysiłek?

Podsumowanie
Nie wiem czy istnieje jakieś remedium na poziom polskiego czytelnictwa, nie wiem czy istnieje remedium na polskie szkoły, ale wiem, że jeśli się z czegoś śmiejecie, jeśli coś krytykujecie, przeczytajcie dany artykuł, a potem krzyczcie, a może nawet wówczas, nie? Ja wiem, że chcielibyśmy, by każdy czytał, by każdy cieszył się tak jak my z lektury, ale... śmiejąc się z innych, nie osiągniemy wymarzonej czytelniczej arkadii. Czytanie stało się swoistym biletem do bycia mądrym i w ogóle inteligentnym, kiedyś może stanowiło coś naprawdę niezwykłego, ale teraz? Kiedy rynek zalewa literacki chłam i grafomania? Cóż, wątpię. Czytanie ma być przyjemnością. Wiem, że szkoła nie należy do przyjemności, wiem, że szkoła ma uczyć nie bawić, ale w szkole nie ma tylko języka polskiego. Lektury nie muszą być łatwe i przyjemne, nie muszą być zabawne, nie muszą być krótkie, ale powinny zmuszać do wysiłku intelektualnego. Nie powinno ich się przerabiać po macoszemu. Powinny być czytane. Ale... Czy są najważniejsze? Czy to one mają być dla młodych ludzi drogowskazem, który ma pokazywać drogę ku myśleniu Książki są fajne? Wątpię. Uważam, że młodym ludziom potrzeba wyposażonej w nowości biblioteki, potrzeba nauczycieli, którzy będą podsuwać uczniom do czytania ciekawe i relaksujące książki, potrzeba dobrej marketingowej akcji, która otworzy młodym oczy na to, że nie muszą patrzeć w smartphone'a, by się uśmiechnąć, mogą zajrzeć do książki i też dobrze się poczuć.

Niech Book będzie z Wami, 
Matylda

Tym razem przychodzę do Was z wyzwaniem, które łączy fotografię i książki! Będziemy mieli za zadanie sfotografować wszystkie napotkane na swojej drodze powieści! Czy to w gablotach, czy w rękach przechodniów... Po prostu wszystko, co uda Wam się dostrzec! Te wyzwanie nie będzie trwało tylko jednego tygodnia! Ale przez cały miesiąc, bowiem zdałam sobie sprawę, że tydzień na takie zadanie to a mało. 

Niech  Book będzie z Wami, 
Matylda


Muszę przyznać, że długo czekałam na Azyl, był to jeden z filmów, które w tym roku musiałam obejrzeć. Lubię produkcje o tematyce wojennej, dodatkowo historia była zawsze moim konikiem, więc nie mogłam przejść obojętnie obok niego. Zaintrygowała mnie postać Antoniny Żabińskiej, która razem z mężem Janem, ukrywała Żydów w warszawskim zoo, poszłam na ten film zaraz po premierze, więc dlaczego recenzja pojawiła się dopiero dzisiaj? Trudno było mi o tej produkcji pisać - jest poruszająca i wręcz miejscami przepiękna, zwłaszcza sceny ze zwierzętami chwyciły mnie za serce, to one myślę, że były najlepsze w całym filmie, moje zwlekanie było spowodowane zwyczajnie niemożliwością zebrania myśli...

Czy o wojnie i Holocauście nie powstało już wszystko, co mogłoby powstać? Czy historia Antoniny jest inna? Wyróżniająca się? Cóż, z całą pewnością nie można jej przyrównać do Listy Schindlera czy Pianisty, te dwie produkcje pokazywały losy Żydów z innej perspektywy, powiedziałabym grupowej, umożliwiały zobaczenie egzystencji dziesiątków tysięcy osób, które przeżywały piekło II wojny światowej. W Azylu twórcy skupili się na pokazaniu Sprawiedliwych wśród narodów świata, pokazaniu Antoniny i jej rodziny, i tego jakie cierpienie i strach musiała znosić ta dzielna kobieta. Żydzi są również ważnym aspektem tej produkcji, ale to nie ich los ma największy wydźwięk, chociaż oczywiście jest również pokazany ogrom ich bólu. Przesunięcie narracji z ofiar na ich oswobodzicieli bardzo mnie ujął, jest to inna opowieść niż ta o Irenie Sendlerowej (Dzieci Ireny Sendlerowej) opowiedziana jest w nieco... pogodniejszych barwach? Myślę, że to, że większość czasu spędzamy w Zoo i to, jak dobrą i ciepłą osobą była Antonina Żabińska sprawił, że ten film o wojnie nie był taki pesymistyczny. Oczywiście nie można mu odjąć poruszania trudnych kwestii, jednak należy mu przyznać, że przy okazji ukazania wojennego cierpienia, pokazał też możliwość zrobienia czegoś dobrego... Bycia bohaterem, który może uratować życie setkom ludzi.


W Azylu historia dzieje się przez wiele lat - mamy czasy przedwojenne, mamy wybuch wojny, budowę getta, wreszcie: powstanie w getcie i warszawskie, czy to wszystko zostało dobrze zobrazowane? Hm, trudno mi ocenić, będąc w kinie, nie pogubiłam się w wydarzeniach, a wiele z nich sprawiło, że miałam łzy w oczach. Czy nie potraktowano niektórych wątków po macoszemu? Tu również mam lekką zagwozdkę, bo to nie jest produkcja, która ma pokazać, co działo się w Polsce w tamtym latach, to film, który opowiada o wojennych losach rodziny Żabińskich i ich gości, a te zostały bardzo dobrze przedstawione.

Myślę, że ta produkcja jest w stanie zadowolić miłośników kina wojennego, ale równocześnie tych, którzy szukają w filmach ciepła i miłości, bo miłość Antoniny i Jana też jest wyraźnie zarysowana w produkcji.
Niech Book będzie z Wami, 
Matylda


A gdybym powiedziała Ci, że naszym światem rządzą mroczni Bibliotekarze? Że schody powstały później niż winda? Że dinozaury wcale nie wyginęły? Że miecz jest lepszy od broni palnej? Że żyjemy w Ciszlandach - krajach kontrolowanych przez Bibliotekarzy? Że Piasek Raszida to nie jest wcale opowieść fantastyczna, ale autobiografia Alcatraza Smedry, który przybrał za pseudonim imię i nazwisko jednego z moich ulubionych autorów - Brandona Sandersona? Cóż... Po przygodach jakie zaserwowała mi Flawia de Luca, byłam ogromnie ciekawa innej powieści skierowanej do nieco młodszego czytelnika, Piasek Raszida był strzałem w dziesiątkę. 

Alcatraz Smedry nie jest typowym protagonistą, on posiada talent do psucia wszystkiego, czego się dotknie - dosłownie, urwane klamki, zniszczona kuchnia, to u niego codzienność. Przez nią jest odsyłany od jednej rodziny zastępczej do następnej, chociaż ma ledwie trzynaście lat, to trafił już do sporej ich liczby... Na swoje trzynaste urodziny otrzymuje prezent od nieżyjących rodziców - piasek, który niemal od razu zostaje mu skradziony. Dlaczego? Bo daje moc, której pragną mroczni Bibliotekarze, Alcatraz chcąc nie chcąc zostaje wplątany w spisek, który nie tylko może zaważyć na jego życiu, ale również odbić się na całym świecie. Czy uda mu się odzyskać spadek? Czy odnajdzie się w nowej rzeczywistości? 

Alcatraz to również narrator powieści, to dzięki niemu możemy obserwować poszczególne wydarzenia, jednak nie łudźcie się, że będzie to milutka lektura, Alcatraz to pisarz z krwi i kości - przeciąga swoje ironiczne wywody, przerywa akcje, nie odsłania od razu tajemnic i nieźle się przy tym bawi... Muszę przyznać, że bardzo spodobał mi się sposób, w jaki Brandon Sanderson wykreował postać Alcatraza - jest on poddawany próbom, zmienia się na przestrzeni książki, powoli otwiera przed nami swoje prawdziwe ja, dzięki temu, Alcatraz z jednej strony uchodzi za odważnego, przyjaznego i zagubionego chłopaka, tak z drugiej widać w nim trochę negatywów: podejmuje pochopne decyzje, rani ludzi i jest całkiem uszczypliwy... Mimo że próbował z całych sił, bym go jednak znielubiła, to zwyczajnie Ala nie można nie lubić, to chłopak, któremu czasem się współczuje, któremu się kibicuje i który opowiada o sobie bez wybielania. Sposób ukształtowania narracji najbardziej mnie urzekł, Al zwracał się do nas bardzo często - plastyczny język, świetne dialogi i niecodzienne postacie wpływają na pozytywny odbiór całej powieści. Niejednokrotnie uśmiechałam się szeroko do kolejnej strony książki, chociaż czasem bohaterom nie było do śmiechu tak jak mi... To właśnie wpływa na to, że chętnie dałabym do przeczytania te powieść dzieciom kuzynostwa - nie nudziliby się przy tej fantastycznej przygodówce ani nie musiałabym bać się, że przeczytają coś nieodpowiedniego dla ich wieku. To książka wręcz wymarzona dla młodego czytelnika! Ale nie będę jej szufladkować, bo i ja się świetnie przy niej bawiłam. 

Akcja zdołała zmieścić się w jednym dniu, działo się sporo, sporo dziwów wypełzłą na powierzchnie... Sanderson niejednokrotnie udowadniał, że jest pisarzem obdarzonym całkiem niezłą dozą kreatywności, w tej historii udowodnił, że nie tylko jest w stanie bazować na stworzonych przez siebie światach, ale również potrafi wykorzystać potencjał otaczającej nas rzeczywistości. Stworzył Bibliotekarzy - niecną organizację, którą trzyma władzę w Ciszlandach, stworzył Wolne Królewstwa, stworzył wreszcie oculatorów i rodzinę Smedrych, która próbuje przeciwstawić się tyranii Bibliotekarzy.  

No i wisienką na torcie są rysunki w książce - musiałam aż je pokazać mamie... Oddają klimat opowieści - nieco wesołe, trochę z przymrużeniem oka, świetnie wplatające się w fabułę - ujęły moje rysunkowe serduszko. Cóż, polecam tę książkę Waszym młodszym siostrom i braciom, polecam ją Wam, gdy będziecie chcieli poczuć się w klimatach Indiany Jonesa, ale troszkę odmłodzonego i nieco bardziej rozgarniętego... Kiedy będziecie potrzebować przygody, kiedy będziecie chcieli odkryć tajemnice otaczającego nas świata. To kawał dobrej literatury młodzieżowej, polecam!

Za książkę dziękuję wydawnictwu: 
Dodaj napis

Autor: Brandon Sanderson
Wydawnictwo IUVI
Seria: Alcatraz kontra Bibliotekarze
Rok wydania: 2017
Ilość stron: 312




Niech Book będzie z Wami, 
Matylda


Nie było jeszcze takiej serii na Leonie, ale stwierdziłam, że dzieląc się z Wami tytułami, których wyczekuję, odrobinę urozmaicę bloga, a przede wszystkim: nie zapomnę o tych, które chcę przeczytać... 



Pani Ciemnego Lasu

Na tle dzikiego lasu, imponujących zamków, ukrytych świątyń i pól bitewnych przygoda, która rozpoczęła się w "Cesarzu ośmiu wysp", zmierza ku pasjonującemu zakończeniu w "Panu Ciemnego Lasu", drugiej części "Opowieści o Shikanoko" Lian Hearn. 
Prawowity władca znika. Shikanoko zostaje skazany na życie wyrzutka w Ciemnym Lesie, pół człowieka, pół jelenia. Jednak potężni panowie, którzy teraz rządzą Ośmioma Wyspami, stają się ofiarami podejrzliwości i choroby, a królestwo pustoszą susze i głód. Jedynie Shikanoko może przynieść krajowi uzdrowienie, osadzając na Lotosowym Tronie prawdziwego cesarza. A tylko jedna osoba może sprowadzić go z Ciemnego Lasu...


Autor: Lian Hearn
Wydawca: MAG
DATA PREMIERY: 10.05.2017




Kwiat, który nie rozkwitnie

Dramatyczne, wstrząsające i poruszające do głębi wspomnienia chińskiej artystki, która dorastała w czasach Rewolucji Kulturalnej. Opowieść o utracie ojczyzny i niechcianej emigracji do Stanów Zjednoczonych, bez grosza w kieszeni i znajomości języka. Pełna wzlotów i upadków samotna podróż w poszukiwaniu swojego miejsca na ziemi, o której Anchee Min opowiada w sposób niezwykle przejmujący. Samodzielna nauka języka angielskiego, praca ponad siły, spanie w nieogrzewanych pomieszczeniach, ból związany z gwałtem, życie na skraju nędzy oraz nieudane małżeństwo zakończone rozwodem składają się na gorzką lekcję życia, która wstrząśnie niejednym czytelnikiem. Historia Anchee Min to jednak nie tylko cierpienie. To także opowieść o wytrwałości i wierze w lepsze jutro. Znalezienie miłości, narodziny córki i kariera pisarska to dowód na to, że zawsze warto mieć nadzieję.
Autor: Anchee Min
Wydawca: Albatros
Data premiery: 17.05.2017

Całe życie

Historia dwudziestego wieku wydestylowana na niecałych dwustu stronach. Triumf literackiego minimalizmu. 
Deutschlandradio Kultur
"Całe życie" to subtelna opowieść o odnajdywaniu sensu i piękna w samotności. Autor jak pod lupą ukazuje najdrobniejsze chwile i historyczne wydarzenia, które nas kształtują. 
jury Międzynarodowej Nagrody Bookera
Andreas Egger to prosty człowiek, który wiedzie spokojne, wypełnione fizyczną pracą życie w sercu austriackich Alp. Mężczyzna stara się nie odciskać piętna na otaczającej go naturze, ale ta nie zawsze okazuje mu swoją wdzięczność. Nic, nawet miłość, nie burzy ładu i monotonii jego codzienności. Gdy w dolinę wkracza cywilizacja, idylliczny świat nieodwracalnie się zmienia. Bo przecież jedyną pewną w życiu rzeczą jest zmiana.

Autor: Robert Seethaler
Wydawca: Otwarte
Data premiery: 24.05.2017

Zimowy władca

Pierwszy tom "Trylogii arturiańskiej". 
"Zimowy monarcha" Bernarda Cornwella mistrzowsko łączy klasyczną legendę i opowieść o nieustraszonym Arturze z emocjonującą historią walk o władzę rozgrywających się w tajemniczych, mrocznych czasach. 
Gdy król Brytanii Uther żegna się z życiem, państwo ogarnia anarchia i nastaje niebezpieczny czas wewnętrznych podziałów. Armie saskie szykują się do najazdu na pogrążającą się w chaosie Brytanię. 
Tylko Artur może powstrzymać saksońską furię i zapobiec upadkowi kraju. Jego dłoń dzierży wyjątkowy miecz – Excalibur, dar od czarownika Merlina, ale jego waleczne serce przepełnia miłość do Ginewry piękniejszej od wszystkich kwiatów. Czy przeznaczeniem Artura będzie zwycięstwo?

Autor: Bernard Cornwell
Wydawca: Otwarte
Data premiery: 24.05.2017

Tym razem sporo Azji u mnie i sporo historii, które podobno poruszają, w natłoku nowości jedynie te cztery pozycje do mnie trafiły - pierwsza, bo czytałam jej poprzednią część i bardzo mi się podobała, Kwiat, który nie rozkwitnie zainteresował mnie ciekawie osadzoną fabułą. Całe życie ma zwyczajnie... ciekawą historię i piękną, przyciągającą wzrok okładkę, z kolei wybór Zimowego monarchy jest podyktowany moją miłością do arturiańskich czasów... 

Niech Book będzie z Wami, 
Matylda


Trzy pierwsze odcinki Opowieści podręcznej obejrzałam niemal od razu po premierze, kiedy to dowiedziałam się, że ta bestsellerowa historia kolejny raz doczekała się ekranizacji. Miałam przyjemność oglądać produkcję z 1990 roku i muszę przyznać, że chociaż film zrobił na mnie ogromne wrażenie, to serial niestety bije go o głowę. Oczywiście, to zupełnie inne stylistyki, zupełne inne drogi narracyjne, serial jest odważniejszy, dosadniejszy, mam wrażenie, że wykorzystuje potencjał historii na wszystkie możliwe sposoby. Dzięki monologom głównej bohaterki możemy dowiedzieć się, co naprawdę siedzi w jej głowie, poznać jej rozpacz, bardziej ją polubić i jej współczuć. W serialu inaczej zostali przedstawieni i Komendant, i jego żona, do roli tego pierwszego wybrano energiczniejszego i młodszego aktora, co moim zdaniem działa na plus dla produkcji. Najnowsze przedstawienie Opowieści podręcznej od pierwszego odcinka, od pierwszych scen pokazuje okrucieństwo świata, w którym przyszło żyć Fredzie - protagonistce serialu. 

Kim jest podręczna? Co się stało z wolnością słowa? Gdzie podziały się prawa kobiet? Niedaleka przyszłość po USA pozostały niemal wyłącznie zgliszcza, Republika Gileadzka - stworzona przez organizację nazistowską i terrorystyczną o profilu religijnym - Bank Myśli Synów Jakuba. Władzę przejęli, wykorzystując niezadowolenie z powodu klęski ekologicznej i bezpłodności u kobiet. Są jednostką militarną, która ciągle pilnuje porządku w nowo powstałym państwie. Nic się przed nimi nie ukryje. Bank Myśli Synów Jakuba wprowadził zasady zgodne z tym, co głosi Stary Testament, a płodne kobiety stały się dobrej narodowym, największym skarbem państwa, ale również niewolnicami - podręcznymi. Mają rodzic dzieci dygnitarzom i ich bezpłodnym żonom. Publiczne egzekucje, pranie mózgów, obozy pracy, donosiciele wszędzie - to rzeczywistość Fredy. Freda należy do Komendanta i to od jego imienia jest jej imię, jej ciało i macica należy do niego. Podręczne to nic innego jak niewolnice seksualne i żywe inkubatory. Przed zmianą społeczeństwa kobietom stopniowo odbierano prawa, nie mogły mieć konta w banku, nie mogły pracować, ich protesty tłumiono siłą i krwawo, homoseksualizm stał się zabroniony prawnie i w najlepszym wypadku lesbijka mogła stać się podręczną, o ile była płodna, niektóre czekała śmierć, inne trafiały do obozu pracy... Nie były już kobietami w świetle prawa... Wiecie, jaka scena najmocniej na mnie wpłynęła? Ta, w której jedna z mieszkanek obozu dla podręcznych wypowiedziała się o gwałcie na niej... Nie było słów pocieszenia, obwinienia gwałciciela, to ona była winna całego zła, które to ją spotkało - czy skądś tego nie znamy? Czy to nie jest dość popularne i bardzo szkodliwe stwierdzenie, że skoro pijana, kuso ubrana, kokietująca to ponosi odpowiedzialność za gwałt na sobie? Ta wizja nie jest taka odległa, przecież teraz istnieją  osoby o podobnych, okropnych poglądach. Aborcja? Antykoncepcja? W świecie Podręcznej nie istnieją, a kobieta nie ma żadnego wyboru, musi być maszyną rozpłodową, rozkraczać się przed mężczyzna i modlić o zdrowe dziecko. 

Polecam Wam ten serial, czekam na kolejne jego odcinki, z pewnością podsumuję je na Leonie, to produkcja jak żadna inna jest godna polecenia, jest niezwykle barwna i brutalna, a jednocześnie tak bardzo bliska... Tak bardzo podobna do sytuacji, które nas otaczają, do naszego świata, kiedy w grę wchodzi nacjonalizm i religia - niczego nie można być pewnym, 

Polecam, 
Matylda


Tylko człowiek niegodny zaufania uważa, że nie można wierzyć innym.

Miłość do Japonii towarzyszy mi od późnej podstawówki, znam legendy z Kraju Kwitnącej Wiśni, znam jej historie, lubię oglądać dokumenty o Japonii i o niej czytać, więc gdy tylko dostrzegłam samuraja na okładce nowej książki wydawnictwa Mag, zapragnęłam mieć ją na półce. Czy było warto inwestować w nią pieniądze? Czy dzieło Lian Hearn przypadło mi do gustu? 

Ambitny władca zostawia swojego bratanka na pewną śmierć i przejmuje jego ziemie.
Uparty ojciec zmusza młodszego syna, żeby oddał swoją żonę starszemu bratu.
Tajemnicza kobieta szuka pięciu ojców dla swoich dzieci.
Potężny kapłan ingeruje w sprawy sukcesji Lotosowego Tronu.

To tylko jedne z licznych splątanych nici tych opowieści, które autorka umiejscowiła w mitycznej średniowiecznej Japonii, zamieszkałej przez wojowników i zabójców, opiekuńcze i złe duchy.

W pierwotnej wersji opowieści, które znajdują się w Cesarzu ośmiu wysp, były dwiema wydanymi odrębnie częściami, Mag w moim mniemaniu decydując się na połączenie Cesarza Ośmiu Wysp z Jesienną Księżniczką, Dziecko Smoka, bardzo dobrze zrobił. Pierwsza niemal od razu wrzuca czytelnika do ogromu dziwów świata przedstawionego, który to poznajemy niemal równolegle z głównym bohaterem, nie ukrywam jednak, że na początku miałam dość spore problemy z odnalezieniem się w historii. Hearn ma oszczędny styl, który chociaż w późniejszych etapach czytania umilał czas i napędzał akcje, tak pierwsze strony powieści były dość problematyczne w zrozumieniu tego, co właściwie się wydarzyło. Hearn nie sili się na pokazywanie nam i tłumaczenie wszystkiego po kolei, musiałam mocno skupić się na lekturze, bo wykreowany przez autora świat skrywa wiele tajemnic, a ja nie chciałam ominąć żadnej z wolna wychodzącej na jaw... Duchy, mistyczne postacie, czarnoksiężnicy, mędrcy i Dziecko Jelenia to tylko część mistycznych bohaterów Protagonista - Shikanoko, który nie dziwiąc się za bardzo, bierze wszystko, co zrzuci na niego kapryśny los, a zrzuca całkiem sporo: śmierć ojca, próba zabójstwa przez wuja, tajemnicze spotkania w lesie... Przypominał mi swoim brakiem zdziwienia na dziwy świata bohaterów Przemiany Kafki, którzy również brali wszystko, co im los zrzucił bez większego zająknięcia. Muszę przyznać, że Hearn w moim mniemaniu wkroczył swoją powieścią odrobinę w rewiry realizmu magicznego, niesamowita metamorfoza postaci i miejsc, dziwne zbiegi okoliczności, odwołania do mitów i legend, pokazanie rzeczywistość tak, jakby była magiczna i brak deformacji rzeczywistości oraz wytworzenie nadnaturalność bez odrywania od rzeczywistości... Myślę, że to wszystko było w tej historii, brakuje mi tych pięknych opisów, jak u Schulza, jednak u Hearna realizm i magia stawały się jednością. Czy to jednak już realizm magiczny a nie fantasy? Trudno mi to jednoznacznie stwierdzić. Shika, podobnie jak większość bohaterów Cesarza ośmiu wysp, wielokrotnie był bliski śmierci, wielokrotnie musiał pokonywać trudy życia. Hearn nie oszczędza postaci: umierają - bohaterską śmiercią lub nieco mniej epicką, chorują, są obiektami zemsty, zostają porwane, tracą miłość i sens życia, a wszystko okraszone jest mistycyzmem, fantastycznymi elementami, które Hearn wplata w każdą sferę. Fabuła Cesarza ośmiu wysp przesycona jest nierealnością, ale również akcją - w tej powieści dużo się dzieje, na czterystu stronach Hearn zawarł ogrom wątków, które niezwykle się ze sobą zazębiają. 

Świat mitycznej średniowiecznej Japonii wykreowany został wręcz brawurowo, podobało mi się to przesycenie mistycyzmem, który wręcz wylewał się z kart powieści, to on dominuje, on sprawia, że mamy wrażenie, że kolejne etapy podróży Shiki są jedynie jego snami. Muszę przyznać, że trudno cokolwiek napisać więcej o tej książce, by nie popsuć Wam magii czytania jej, mnie ona porwała i zabrała na niesamowicie klimatyczną podróż. 

Autor: Hearn Lian
Wydawnictwo MAG
Oprawa: Twarda
Rok wydania: 2017
Ilość stron: 398







Niech Book będzie z Wami, 
Matylda
http://www.dziennik-literacki.pl/pareslowo/41,Pare-slow-o-realizmie-magicznym

A może dzisiaj książka na podstawie gry? Może coś ze świata Blizzarda i Warcraft? Albo wprost ze świata Assasynów?

Matylda

W tym tygodniu w Poznaniu zagości Pyrkon! To niepowtarzalna okazja, by spróbować swoich sił w cosplayu, jakoś się w nim nigdy nie widziałam, ale skoro stawiam przed sobą kolejne wyzwania, to czemu by nie spróbować sił w cosplayu? Przebiorę się za postać z książki... Za Harmionę! Spróbuję odtworzyć jej zachowanie, co pewnie będzie dość trudnym zadaniem, ale do odważnych świat należy!

Niech Book będzie z Wami, 
Matylda


Nim zacznę wywód, pragnę poinformować, że poniższy tekst dostępny jest (wyłącznie w całości) do dowolnej niekomercyjnej publikacji. Wszelki kontakt w związku z tekstem (pytania, sugestie) pod adresem dawidwiktorski@gmail.com.

Nie będę koncentrował się na wszystkich możliwościach, jakie ma przyszły debiutant – skoncentruję się tylko na jednej, tej związanej z zapłaceniem za wydanie własnego tekstu. Na początek wyjaśnię, czym w ogóle jest „vanity publishing”, w skrócie „vanity” – usługa pośredniczenia w wydaniu książki. Czyli w teorii nic złego. Jednak już sama nazwa może wzbudzić podejrzenia, wszak angielskie „vanity” to „próżność” – i w istocie ten system wydawniczy ma na celu dosłownie łechtać ego autora, który pragnie ujrzeć swoje nazwisko na okładce. W końcu wielu z nas marzy o wydaniu książki, a realia rynku są bezlitosne (zwykłe prawo dżungli: przetrwają najsilniejsi).

Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie bardzo konkretna specyfika tych usług, polegająca na wmawianiu klientom (autorom) rzeczy, które nie mają nic wspólnego z rzeczywistością. Ot, zwykłe żerowanie na ludzkiej niewiedzy – nie wszyscy muszą znać realia rynku wydawniczego, podobnie jak nie każdy jest w stanie naprawić samochód i dlatego musi powierzyć to zadanie specjaliście. O ile jednak pracę mechanika ocenić łatwo (jedzie albo nie jedzie), o tyle ocena gotowego produktu, jakim jest książka, dla osoby bez odpowiedniej wiedzy będzie niełatwym zadaniem.
Jeśli zatem kiedykolwiek otrzymałeś propozycję wydania tekstu z własnym wkładem finansowym, rozważasz taką opcję lub – co gorsza – uważasz, że inaczej nie można zaistnieć na rynku, zapoznaj się z poniższym tekstem. Będzie długo, ale wyczerpująco.
                     
Pragnę uczulić też na jedną rzecz: w poniższym tekście rozpatruję wyłącznie model wydawniczy vanity, nie selfpublishing, w którym autor jest koordynatorem procesu wydawniczego i zleca kolejne etapy bezpośrednio. Jeśli uważasz, że system vanity jest idealny dla twoich potrzeb – nie musisz czytać dalej, prawdopodobnie znasz jego wady i zalety. Wcześniej zamieszczam jednak dłuższą wypowiedź Radosława Lewandowskiego, twórcy, który zadebiutował właśnie w systemie vanity, obecnie zaś odnosi kolejne sukcesy w wydawnictwach tradycyjnych:

„Zamarłem na kilka chwil po zapytaniu mnie o moje doświadczenia związane z wydaniem własnej książki w formule vanity. Mam mieszane odczucia, ale po kolei.
Moją pierwszą powieść wydałem za właśnie pieniądze, korzystając z pośrednictwa jednego z wydawców. Oczywiście szukałem wcześniej „normalnego” wydawnictwa, ale głową w mur. Przeprowadzili korektę i redakcję, ale na tak żenującym poziomie, że choć do dzisiaj mam kilka egzemplarzy, to trzymam je w ukryciu.
Później poprawiłem tekst pod okiem redaktora z prawdziwego zdarzenia i wydałem „bezkosztowo” w wydawnictwie RW2010. Na początek w formie ebooka, potem analogowej. Czy było warto? Dotknęły mnie tak zwane „plusy ujemne”, czyli kpiny niektórych recenzentów, wytykanie palcami, śmichy-chichy z jakości grafiki na okładce. Zdobyła nawet jakiś laur jako jedna z brzydszych w danym roku. :)
Nie jest tak, że autor nie bierze do siebie hejtu, czy uzasadnionej krytyki. Bolało jak diabli. Ale były też „plusy dodatnie” – kilka fajnych, budujących recenzji, pachnąca drukarską farbą książka. To przeważyło i zacząłem pracować nad własnym warsztatem. Bo nic głupszego, niż zadąć się i obrazić na cały świat, który nie rozumie rozterek pisarza. Dziś poza serią Yggdrasil, wydałem w Muzie trylogię o wikingach, która jest bestsellerem w Empiku. Jak wieści niosą, interesują się nią Amerykanie, może i Niemcy.
Jest dobrze.
Wracając więc do pytania: czy było warto? Odpowiem: TAK. Gdyby nie ten pierwszy krok, nie postawiłbym kolejnego i nie zaczął w końcu biec. Ale gdybym miał doradzać coś młodszym stażem adeptom pisarstwa, to próbujcie swoich sił w wydawnictwach, które to wam zapłacą za pracę. I sprawdzajcie, u kogo wydajecie – to ważne.”

Jak rozpoznać vanity?


To bardzo łatwe zadanie – z vanity mamy do czynienia w każdej sytuacji, w której oferuje się nam wydanie tekstu po pokryciu (rzekomej) części kosztów. To kwoty oscylujące w zakresie od kilku do nawet kilkudziesięciu tysięcy (sic!) złotych – w dalszej części tekstu pokażę, dlaczego tego typu wyliczenia nie mają żadnego sensu.
Możecie być też niemal pewni, że odpowiedź z firmy vanity zawsze będzie zawierała same pochwały. Jeżeli zaś recenzenci „widzą w niej potencjał” – tu powinna włączyć wam się pierwsza czerwona lampka. Jaki interes miałaby firma w odmawianiu wykonania usługi klientom, którzy posłusznie przynoszą im grubą kasę?
Żaden.
Dlatego zanim zlecicie suty przelew lub zaczniecie wkładać buty, by biec do najbliższego banku po kredyt, przeczytajcie cały tekst.

I. Wypromujemy cię w całym kraju!

Praktycznie zawsze w hasłach zapewniających o intratności przedsięwzięcia pojawiają się slogany dotyczące promocji. Kto nie chciałby zobaczyć swojej książki na bilbordach, tramwajach czy na wystawie w księgarni?
Jednak w praktyce nie jest tak różowo.
W internetowych dyskusjach na temat czytelnictwa bardzo często podnosi się larum, że skoro wydawcy w ogóle nie inwestują w marketing, to i sprzedaż jest kiepska. Jednak gros komentatorów nie zdaje sobie sprawy, ile tak naprawdę kosztuje skuteczne wypromowanie książki. Reklama w czasopiśmie? Kilka tysięcy, w tytułach o większym zasięgu nawet kilkadziesiąt. Lepsza ekspozycja w księgarni? Dobre kilkanaście tysięcy. Do tego pomniejsze koszty promocji (egzemplarze recenzenckie, spotkania autorskie, banery, patronaty). Niemniej hasło „ogólnopolska promocja” brzmi dumnie.
Gdzie jest haczyk?
Internet. Właśnie tu kryje się sedno problemu – ogólnopolska promocja to bardzo często wrzucenie informacji o książce na stronę wydawcy, ewentualnie wysłanie kilku egzemplarzy recenzenckich do blogerów (nie liczcie na recenzje w prasie, dziennikarze po prostu nie zapoznają się z takim tekstem, bo są świadomi, że w tego typu wydawnictwach wydać może każdy, a selekcja nawet jeśli istnieje, to w jej wyniku odrzuca się co najwyżej teksty, które nawet nie są napisane średnio poprawną polszczyzną. Miejsca na działy kulturalne jest bardzo mało i nikt nie poświęci go na dzieła wątpliwej jakości). Jest ogólnopolski zasięg? Ano jest, przecież stronę można otworzyć z każdego miejsca w kraju. Ba, jestem zdumiony faktem, że żadna z firm nie poszła dalej i nie mówi o zasięgu ogólnoświatowym.
Pamiętajcie też o jednym bardzo ważnym aspekcie – wielu czytelników nie zdaje sobie sprawy z tego, jak wygląda mechanizm vanity, jednak równie wielu doskonale go rozumie. Innymi słowy: dla znacznej grupy odbiorców jesteście po prostu spaleni przez samo logo wydawnictwa na okładce, które będzie krzyczeć „tekst tak słaby, że nie chcieli go w normalnej oficynie”. Napisaliście tekst DOBRY, ale z jakichś powodów wydaliście go w vanity? Istnieje spore ryzyko, że wielu czytelników najzwyczajniej w świecie nie zaryzykuje kupna książki z wydawnictwa, którego oferta jest kojarzona z grafomanią.

II. Ogólnopolska dystrybucja

Tutaj działa wspomniany wyżej mechanizm – książka zostaje wstawiona do internetowej księgarni wydawcy, czasami także do innych tego typu sklepów, jednak jej pojawienie się na półce może być raczej dziełem przypadku. Często takie pozycje kończą swój żywot jako dostępne w ofercie – czyli zamawiane na wyraźne życzenie kupującego, niedostępne stacjonarnie. Raczej zapomnijcie o dumnym pozowaniu na tle grzbietów waszej książki – szczególnie jeśli wydawca oferuje niewielką liczbę egzemplarzy, przykładowo 300. To bardzo mało w skali ogólnokrajowej i próba natrafienia na wasze dzieło może przypominać szukanie igły w stogu siana.
Cały proces opiera się o bardzo prostą ekonomię: księgarnia to nic innego jak sklep z książkami, który ma za zadanie generować zyski. Kto ma zatem większą szansę na pojawienie się na półce – znany autor z niezłą promocją czy debiutant, który nie zdołał wyrobić sobie jeszcze renomy? W tym drugim wypadku dobrze mieć też świadomość, że kanały promocyjne dla vanity są bardzo ograniczone, a poważna aktywność wybranego przez was wydawcy zapewne skończy się na wysłaniu notki prasowej do kilkuset redakcji, z czego większość odbiorców skasuje ją bez czytania, więc możliwości dotarcia do czytelników są jeszcze mniejsze.
Pamiętajcie też, że macie dużą konkurencję – walczycie o uwagę czytelnika z innymi autorami, a także tradycyjnymi wydawnictwami. By przekonać się o popularności vanity, najlepiej przejść się do najbliższych kilku księgarni i sprawdzić, jak wiele książek danej oficyny tam znajdziemy.


III. Miliony egzemplarzy!

Jedna z pionierskich na polskim rynku firm vanity (na szczęście już nieistniejąca) kusiła potencjalnych klientów bardzo górnolotnym hasłem: nakład 10 000, ale najpierw wydrukujemy 300 sztuk. Żeby było ciekawiej, jeśli w określonym czasie nakład się nie wyczerpał, autor był zobowiązany do wykupienia pozostałych książek (innymi słowy: płać za wydanie i jeszcze za niesprzedane egzemplarze). Miejmy jasność – dziesięć tysięcy sprzedanych egzemplarzy nie jest niczym niemożliwym do osiągnięcia (w tym miejscu warto nadmienić, że wydawcy bardzo różnie oceniają sprzedaż pozwalającą ocenić książkę jako bestseller – jedni wskazują mniej niż 10 000, inni są bardziej optymistyczni i zakładają sprzedaż nawet na poziomie 30 000). Oczywiście bardzo wiele zależy od gatunku i okładki (tak, to element mający całkiem spore przełożenie na sprzedaż), jednak przyjmijmy, że debiutant w beletrystyce ma naprawdę małe szanse na osiągnięcie pułapu nawet 5 000 egzemplarzy – przy dobrej promocji to około 1 500 do 2 000 sprzedanych książek.

IV. Płać i płacz

Warto wiedzieć jedno: książki drukuje się w offsecie (tekst jest nanoszony na papier „ciągiem” przez odpowiednie wałki) lub cyfrowo. Zdecydowana większość pozycji dostępnych w księgarni to offset – technologia zdecydowanie najkorzystniejsza finansowo przy większych nakładach (im większy nakład, tym mniejszy jednostkowy koszt egzemplarza). Druk cyfrowy jest raczej gorszej jakości, ale pozwala na drukowanie nawet pojedynczych egzemplarzy (przy druku offsetowym koszt wydruku jednej książki byłby dosłownie zabójczy ze względu na specyfikę procesu). Nakłady w wydawnictwach vanity nie przekraczają 1 000 egzemplarzy (najczęściej to wspomniane już wcześniej 300 egzemplarzy), więc z wiadomych względów przyjmujemy, że koszty oszacowano dla druku cyfrowego.
W sieci można znaleźć wiele kalkulatorów na stronach drukarni, dość łatwo więc sprawdzić ceny w kilku firmach i porównać je z poniższymi. Pierwsza specyfikacja to:
Format A5, 148 x 210 mm, pozioma
Nakład 300 egz.
Oprawa miękka, papier arktika-230, 230 g/m2
Liczba stron czarno-białych: 300, papier offset, 70 g/m2
Podatek: 5%
Koszt wydruku jednego egzemplarza: 5,81 złotego

Druga:
Format 125 x 176 mm, pozioma
Nakład: 220 egz.
Oprawa miękka, papier 230 g/m2, folia błysk
Liczba stron czarno-białych: 232, papier objętościowy Creamy 70 g/m2
Podatek: 5%
Koszt wydruku jednego egzemplarza: 3,49 złotego

Warto też pamiętać, że wydawcy vanity mogą uzyskać lepsze ceny niż osoba z ulicy, z racji częstotliwości zamówień – całościowy koszt będzie jeszcze mniejszy. Przyjmijmy zatem wariant droższy i zaokrąglijmy cenę w dół, do 5 złotych za egzemplarz. Przy nakładzie 300 egzemplarzy daje to koszt druku w wysokości 1 500 złotych. Okładka ze stocka to jakieś 100, w porywach 200 złotych. Przyjmijmy, że tekst liczy sobie około 10 arkuszy wydawniczych (40 000 znaków ze spacjami to 1 arkusz wydawniczy) i zestawmy to ze średnimi stawkami dla redaktora i korektora w firmach vanity (w środowisku edytorskim nie są one jakąś tajemnicą). Redakcję wyceńmy na 60 złotych za arkusz, korektę na 30 złotych (to mało, naprawdę mało), łącznie 900 złotych za opracowanie. Koszt składu (rynkowy, więc raczej zawyżony dla realiów vanity) to około 500 złotych.
Łącznie? Około 3 100 złotych (oczywiście to tylko koszt wydruku, nie wliczam kosztów funkcjonowania firmy, bo ich uwzględnienie tutaj byłoby niezwykle trudne).
Teraz szybki rzut oka na kwoty zbiórek crowfundingowych (gdzie to nie autor płaci za wydanie, tylko chętni czytelnicy), których celem jest uzbieranie kwoty niezbędnej do wydania książki: średnio 10 000 złotych (to i tak bardziej optymistyczna wersja¸ bo niektóre z firm żądają jeszcze więcej). Odejmijmy prowizję portalu i nagrody dla wspierających, zostanie pewnie jakieś 8 000 (pewnie przesadziłem z zaniżeniem kwoty, jednak uznajmy to za bezpieczną wartość). Po drodze znikło blisko pięć tysięcy. Gdzie się podziały?
Oczywiście w kieszeni wydawcy. Nawet uwzględniwszy koszty logistyki i przechowywania tych egzemplarzy, zarobek za sam fakt pośredniczenia w procesie wydawniczym jest horrendalny.
Właśnie dosłownie wcisnęliście firmie pieniądze za to, że będzie sprzedawać waszą książkę i pobierać z tego spory procent. Przypomina to sytuację, w której to wy płacicie swojej firmie za możliwość podjęcia pracy, a na dodatek z wypracowanych przez was zysków jest pobierana kolejna opłata.
Tradycyjny wydawca musi zadbać o sprzedaż waszej książki, jeśli chce odzyskać zainwestowane pieniądze – wydawca vanity zarobił już dzięki wam, nie poniósł też żadnych kosztów, skoro ponieśliście je wy. W takim modelu dbanie o sprzedaż nie ma żadnego sensu, a jest wręcz niewskazane ze względu na generowanie dodatkowych kosztów (logistyka, promocja, pracownicy).

V. Ale oni płacą więcej!

Firmy vanity często chwalą się, że u nich autor zyskuje znacznie większe honorarium za sprzedane egzemplarze (faktycznie, często to nawet 75% ceny sprzedaży). W końcu normalny wydawca oferuje średnio około 10% od ceny sprzedaży książki. Teoretycznie  bardzo niewiele, ale warto mieć na uwadze, że lwią część (około połowy, niekiedy nawet 60%) tej kwoty zabierają pośrednicy, czyli dystrybutor i księgarz, a trzeba przecież zapłacić jeszcze redaktorowi, korektorowi, składaczowi, grafikowi, marketingowcowi i pani sprzątaczce. Wydawca musi dbać o swoją opinię, więc zatrudnia specjalistów lepszych niż firma vanity (czyli droższych), co oczywiście generuje większe koszty procesu wydawniczego. Jeśli ktoś spodziewał się, że właściciele tradycyjnych oficyn leżą do góry brzuchami w bananowych republikach, to muszę go gorzko rozczarować – w tej branży trudno liczyć na kokosy, a sprzedażowe hity takie jak „Harry Potter” czy „Zmierzch” zdarzają się bardzo rzadko.
Skąd zatem bierze się te kilkadziesiąt procent więcej? Właśnie stąd, że opłaciliście cały proces wydawniczy (tak, po raz kolejny powtórzę: nie wierzcie w bzdury, że to „współfinansowanie”), wydawca nie poniesie kosztów promocji i dystrybucji, a i tak jest już na dużym plusie. Śmiało może wam oddać te kilka złotych więcej, tym bardziej, że jego przychody nie opierają się na środkach ze sprzedaży wydawanych tytułów. Pamiętajcie też, że w przypadku tradycyjnego modelu wydawniczego zaczynacie od zera lub nawet plusa (zaliczka, często nawet w wysokości kilku tysięcy złotych), w przypadku vanity najpierw musicie niemało zainwestować, by w ogóle mieć jakąkolwiek szansę na odzyskanie tej kwoty.
Szanse na to są małe.

VI. To przynajmniej mogę więcej?

Osoby zainteresowane wydaniem własnej twórczości bardzo często zadają jedno pytanie: czy będą miały jakikolwiek wpływ na ostateczny kształt publikacji. Prawdopodobnie wiąże się to z często powtarzanym mitem, jakoby wydawcy mieli (często bez wiedzy autora) dopuszczać się poważnych ingerencji w treść powieści, a nawet ją cenzurować. Jak wszyscy wiemy, w każdej legendzie jest ziarno prawdy, więc postaram się wytłumaczyć ( pokrótce, bo sam proces wydawniczy to temat na drugi tekst o podobnej objętości), jak to wygląda w rzeczywistości.
Po pierwsze sytuacja w której wydawca dokonuje samodzielnie poprawek w tekście, jest dla autora… całkiem pozytywna, bo odszkodowanie wywalczone od nieuczciwej firmy powinno przewyższać potencjalne honoraria. Ale raczej nie ma co liczyć na łatwy zarobek, nikt przy zdrowych zmysłach nie zdecyduje się na taki krok, w najgorszym razie po prostu podziękują wam w środku współpracy i tekst będziecie musieli wydać gdzie indziej.
Co do samej cenzury, to przypomina to pewien wiekowy już dowcip:
„Słuchacze pytają: Czy to prawda, że na Placu Czerwonym rozdają samochody? Radio Erewań odpowiada: tak, to prawda, ale nie na Placu Czerwonym, tylko w okolicach Dworca Warszawskiego, nie samochody, tylko rowery, i nie rozdają, tylko kradną.”
Jak zatem wygląda to w praktyce? Każdy tekst (przynajmniej w teorii) jest poprawiany przez redaktora, który może (a często nawet powinien) zasugerować poprawki: przykładowo rozbudowę jakiegoś dialogu, opisu, usunięcie konkretnej sceny czy nawet rozdziału. Co ważne, nigdy nie jest to nakaz – w myśl prawa autorskiego twórca ma ostatnie słowo i od niego zależy, czy poprawki przyjmie, czy nie. Dobrze też pamiętać o tym, że niewielu autorów jest w stanie skontrolować redakcję i korektę. W tekście Marcina Zwierzchowskiego, do którego link znajdziecie na samym końcu, możecie przeczytać nieco więcej o przypadku książki, która (według wydawcy vanity) przeszła trzykrotną korektę, a błędów ortograficznych było w niej więcej niż w przeciętnym wypracowaniu ucznia podstawówki. I mowa tu o błędach, które w znacznej mierze można by wyeliminować za sprawą starego, poczciwego wordowego F7. Innymi słowy: między bajki włóżcie zapewnienia o profesjonalnej redakcji i korekcie. By jednak być uczciwym, w tradycyjnych wydawnictwach też bywa z tym różnie, ale szansa na porządną współpracę jest zdecydowanie dużo większa.
W przypadku okładki sprawa jest trochę bardziej skomplikowana, bo tak naprawdę to jedno z najcięższych dział w marketingowej baterii artyleryjskiej (niektórzy powtarzają, że dobra okładka to już połowa sukcesu). Okładka ma przede wszystkim książkę sprzedać, i możecie śmiało założyć, że będą nad nią pracować osoby ze znacznie większym doświadczeniem. W tradycyjnym modelu wydawniczym jest zatem bardzo duża szansa, że wydawca przyjmie wasze sugestie, ale raczej nie ma co liczyć na bezpośredni wpływ na wygląd okładki. W vanity wygląda to oczywiście inaczej – jak wspominałem wcześniej, wydawca zdążył już zarobić, więc sprzedaż danego tytułu nie jest jego „być albo nie być”. Ostatecznie nic nie stoi na przeszkodzie, by zaakceptować nawet najgorszy bohomaz, który zaproponuje autor.

VII. A moja własność?

Wydawnictwa vanity często straszą autora, że wydawca tradycyjny zabierze mu prawa do książki. Brzmi przerażająco – jednym podpisem stracić często wielomiesięczną, a niekiedy kilkuletnią pracę? Pokrótce wyjaśnię dwie kwestie. .
Prawa do dzieła (tekstu) to prawa autorskie, dzielące się na osobiste i majątkowe. Te pierwsze w myśl polskiego prawa są niezbywalne, więc jeśli zdarzyłaby się sytuacja, że ktoś ukradnie nasz tekst i podpisze go swoim imieniem i nazwiskiem, to łamie prawo. Warto o tym pamiętać przy wysyłaniu tekstu do wydawców – wydanie go bez waszej zgody i pod cudzym nazwiskiem dla wydawcy oznaczałoby bardzo poważne problemy, a wy mielibyście odszkodowanie w kieszeni.
W przypadku podpisania umowy wydawniczej należy przenieść prawa majątkowe na wydawcę lub udzielić mu licencji – bez tego niemożliwe jest dystrybuowanie książki. Standardowy okres takiego przeniesienia to pięć lat, ale wszystko zależy od zapisów w umowie (może być to okres krótszy lub dłuższy). Dobrze mieć też na uwadze, że jeśli wydawnictwo vanity „wspaniałomyślnie” oferuje wam udzielenie niewyłącznej licencji, to tak naprawdę nie zyskacie na tym nic z bardzo prostego powodu: żaden wydawca nie zdecyduje się na wydanie książki, do której prawa posiada inna oficyna. Nie ma to po prostu żadnego sensu, szczególnie ekonomicznego. Wyobrażacie sobie kupno samochodu, który musicie dzielić z zupełnie obcym wam człowiekiem?

VIII. Świat stoi przede mną otworem!

Podobno wydanie pierwszej książki jest najtrudniejsze – to ona przeciera nam szlaki i zaczyna wyrabiać nazwisko, które w przyszłości może być silną kartą przetargową przy poszukiwaniu wydawcy (warto zwrócić uwagę, że wielu debiutantów nigdy nie wydaje drugiej książki). Jest jednak jeden mały problem…
Wydanie w vanity przykleja autorom łatkę grafomana, niezależnie od tego, jakiej jakości są wasze teksty. To siła stereotypów, czytelnicy widząc znajome logo wydawnictwa vanity, od razu zaczynają myśleć o waszej książce w kategoriach „na pewno nie chciał go żaden porządny wydawca, więc musiał zapłacić”. Oczywiście są liczne wyjątki (jak cytowany znacznie wyżej Radosław), ale to nadal tylko wyjątki.
Dobrze mieć na uwadze, że wydanie w trybie vanity może zmniejszyć w przyszłości wasze szanse na wydanie. Oczywiście jeśli napiszecie tekst dobry (czy nawet świetny), to wydawca nie będzie patrzył na waszą dotychczasową bibliografię, bo i po co? Biorąc pod uwagę niewielki zasięg vanity powieść wydana w tym trybie pewnie nawet nie zostanie zauważona bez pomocy wyszukiwarki. Propozycje wydawnicze są jednak oceniane przez ludzi, a ci mogą odebrać fakt debiutu w vanity negatywnie, tym samym decydując o odrzuceniu waszej propozycji.

IX. Ale szybko odpisali i byli mili

Wysłałeś tekst i teraz z niecierpliwością oczekujesz odpowiedzi – zna to każdy, kto kiedykolwiek podchodził do poszukiwań wydawcy dla swojego dzieła. Na początek trochę informacji na temat rynku.
Branża wydawnicza w Polsce nie jest ani intratna, ani rozbudowana, więc wydawców wcale nie ma zbyt wielu, na dodatek zdecydowana większość specjalizuje się w konkretnych gatunkach (dlatego wysyłanie książki kucharskiej do oficyny zajmującej się wydawaniem kryminałów nie jest najlepszym pomysłem – nawet jeśli otrzymalibyście pozytywną odpowiedź, to pamiętajcie, że wydawca nie ma żadnego doświadczenia i kanałów reklamy książek kucharskich). I tu wracamy do sedna: piszących jest więcej (zdecydowanie więcej!) niż wydawnictw, w efekcie czego ci ostatni są dosłownie zarzucani propozycjami (do tego, dla którego pracowałem, przychodziło nawet 50 dziennie). Nawet przy bardzo ambitnych planach wnikliwego zapoznania się z każdą z nich recenzowanie propozycji musi zająć jakiś czas – najczęściej kilka miesięcy, bo pracownicy wydawnictwa mają też masę innych obowiązków.
Firmy vanity często odpowiadają w jakieś trzy dni, rekordziści po kilku godzinach. Nie miejcie nawet cienia nadziei, że ktokolwiek zapoznał się z waszym tekstem poza rzuceniem okiem na kilka linijek – pozytywna odpowiedź na pewno będzie okraszona wspaniałymi epitetami, które mają połechtać wasze ego (a nuż zostaliście odrzuceni przez innego wydawcę i właśnie teraz poczujecie się docenieni?). Oczywiście tekst jest genialny, chcemy go w naszej ofercie, już przygotowujemy dla pana/pani kosztorys i wspaniałomyślnie zgadzamy się na pokrycie (rzekomej) połowy kosztów.
A guzik. Jeśli uwierzycie w te słowa, to jest szansa, że wyrządzicie sobie bardzo dużą krzywdę. Przez zaskakująco krótki czas trwania procesu wydawniczego nie będziecie tego świadomi – marzenie się spełniło, już lada dzień do waszego domu dotrą jeszcze pachnące farbą drukarską egzemplarze.
Nadchodzi jednak czas zderzenia się z brutalną rzeczywistością, gdy wasza książka dostanie się w ręce osoby znającej się na literaturze lub po prostu branżowca. Jeśli tekst nie był zły, to taki osobnik pewnie pomarudzi nad wyborem wydawcy, ale pochwali samo dzieło. Jednak znacznie bardziej prawdopodobna jest opcja, że zostaniecie zrównani z ziemią – wbrew pozorom autorowi bardzo trudno spojrzeć trzeźwo na swój tekst i zauważyć jego niedoskonałości, a jeśli dodatkowo uwierzymy w fałszywe zapewnienia ze strony firmy, to może okazać się, że zapoznanie się z konstruktywną krytyką będzie bolesnym zakończeniem bujania w obłokach, a wy wściekniecie się albo na krytyka, albo na siebie. Żadna z tych opcji nie jest szczególnie interesująca.

X. Dają ISBN

Wiele firm wydających ze współfinansowaniem sugeruje, że ISBN jest dostępny głównie dla wybranych, a jego uzyskanie przypomina odnalezienie formuły na kamień filozoficzny. Rzeczywistość okazuje się jednak mniej skomplikowana.
Pozyskanie puli numerów ISBN (minimum dziesięć, maksymalnie tysiąc) to zajęcie na jakieś trzy minuty pracy, przy założeniu, że dopiero rejestrujemy się w serwisie http://e-isbn.pl. Nie potrzebujemy nawet własnej działalności gospodarczej – przy zakładaniu konta możemy podać swój numer PESEL i pozostałe wymagane dane. Jedyną drobną niedogodnością może być fakt, że pobrany wniosek musimy wydrukować, podpisać i wgrać jego skan do serwisu. Dlatego nie wierzcie, że wydawca vanity robi wam niesamowitą przysługę pozyskaniem numeru ISBN – po prostu pobiera kolejny numer z przyznanej puli. I na pewno nie płaci za to nawet złamanego grosza.
A skoro o tym mowa… Niekiedy firmy vanity jako zaletę wydania książki u nich wskazują także przesłanie egzemplarzy do Biblioteki Narodowej i do kilkunastu bibliotek w całej Polsce (ich lista dostępna jest na stronie BN). Oznacza to oczywiście zapisanie się na kartach literackiej historii. Zapominają jednak wspomnieć, że to obowiązek narzucony wszystkim wydawcom przez ustawodawcę (ustawa z dnia 7 listopada 1996 r. o obowiązkowych egzemplarzach bibliotecznych).

XI. Im się udało

Inny częsty argument to powołanie się na kilku (bardzo nielicznych) autorów, którzy sławę zdobyli właśnie po publikacji w systemie vanity – nie wspomnę tu tytułów i nazwisk, by nie robić nikomu kryptoreklamy. Jeśli okaże się, że wydawca w ten sposób zechce zachęcić was do zostawienia u niego pieniędzy, spróbujcie szybko policzyć wzmiankowanych autorów a potem zapoznajcie się z aktualną ofertą wydawcy – będzie ona liczyć przynajmniej kilkanaście tytułów, w przypadku większych firm vanity liczba będzie szła w setki. Wybierzcie losowo kilka, kilkanaście nazwisk i odpowiedzcie sobie na jedno pytanie: czy kiedykolwiek słyszeliście o tych ludziach?
Nawet jeśli odpowiedzieliście twierdząco, wybierzcie kolejne kilka nazwisk z listy i poszukajcie na ich temat informacji w sieci: czy wydanie w vanity stało się początkiem ich kariery, czy wydali kolejne powieści? Oczywiście, istnieje szansa, że tak było, ale… jaka to szansa? Z dużym prawdopodobieństwem mogę założyć, że nie uda wam się wytypować takich twórców. Nie oszukujmy się, że tradycyjni wydawcy z każdego debiutanta stworzą poczytnego pisarza, bo zaskakująco wielu kończy karierę właśnie po wydaniu pierwszego dzieła, wciąż jednak szansa na zaistnienie w świadomości czytelników jest zdecydowanie większa (pamiętajcie, że debiutant w dobrej oficynie może liczyć nawet na jakieś 2 000 sprzedanych egzemplarzy. Autorzy vanity często poirytowani donoszą, że po uwzględnieniu znajomych i rodziny ta sprzedaż zamykała się w mniej niż… 50 egzemplarzach, przy odrobinie szczęścia zbliżała się do 100). Zwróćcie też uwagę, że oficyny vanity nie specjalizują się w konkretnych gatunkach, wydają naprawdę wszystko i bardzo dużo – bo na tym zarabiają, nie ponosząc przy tym żadnego ryzyka finansowego. W zwykłym wydawnictwie selekcja jest niezbędna, by móc wybrać teksty najlepiej rokujące finansowo.

Przy wyborze drogi wydawniczej warto zastanowić się nad tym, komu bardziej będzie zależało na skutecznym wypromowaniu dopracowanego produktu: wydawcy, który poniósł koszty związane z procesem wydawniczym (przy rynkowym nakładzie i normalnej wycenie usług to dobre kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt tysięcy złotych), czy firmie, która pokryje wszystkie wydatki z waszej wpłaty i zainkasuje jeszcze niemałą część tej kwoty wyłącznie za pośredniczenie. Odpowiedź jest oczywiście bardzo prosta.
A stąd już szybka droga do stwierdzenia, że rynek wydawniczy to jedno wielkie oszustwo.

Osoby zainteresowane tematem mogą znaleźć charakterystykę konkretnych przypadków w tekście Pawła Pollaka:
Oraz w artykule Marcina Zwierzchowskiego:

Dawid „Fenrir” Wiktorski


Od Matyldy: Jeśli chcecie podobnie jak ja opublikować ten tekst u siebie, to znajdziecie go pod tym adresem: https://www.dropbox.com/sh/t1ytx75htm5wvov/AAB62qilv9QTh0GdnHrn6zeca?dl=0