Jest mi ogromnie miło, że jakoś trafiłeś na Leona. Jestem studentką kognitywistyki, pasjonatką książek i cappuccino. Może masz ochotę pozwiedzać Leona? Śmiało! Zapraszam! Z racji tego, że lubię zwiedzać blogosferę, proszę Cię o zostawienie linku do Twego zakątka internetu, o ile takowy posiadasz, w komentarzu :)


Nim zacznę wywód, pragnę poinformować, że poniższy tekst dostępny jest (wyłącznie w całości) do dowolnej niekomercyjnej publikacji. Wszelki kontakt w związku z tekstem (pytania, sugestie) pod adresem dawidwiktorski@gmail.com.

Nie będę koncentrował się na wszystkich możliwościach, jakie ma przyszły debiutant – skoncentruję się tylko na jednej, tej związanej z zapłaceniem za wydanie własnego tekstu. Na początek wyjaśnię, czym w ogóle jest „vanity publishing”, w skrócie „vanity” – usługa pośredniczenia w wydaniu książki. Czyli w teorii nic złego. Jednak już sama nazwa może wzbudzić podejrzenia, wszak angielskie „vanity” to „próżność” – i w istocie ten system wydawniczy ma na celu dosłownie łechtać ego autora, który pragnie ujrzeć swoje nazwisko na okładce. W końcu wielu z nas marzy o wydaniu książki, a realia rynku są bezlitosne (zwykłe prawo dżungli: przetrwają najsilniejsi).

Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie bardzo konkretna specyfika tych usług, polegająca na wmawianiu klientom (autorom) rzeczy, które nie mają nic wspólnego z rzeczywistością. Ot, zwykłe żerowanie na ludzkiej niewiedzy – nie wszyscy muszą znać realia rynku wydawniczego, podobnie jak nie każdy jest w stanie naprawić samochód i dlatego musi powierzyć to zadanie specjaliście. O ile jednak pracę mechanika ocenić łatwo (jedzie albo nie jedzie), o tyle ocena gotowego produktu, jakim jest książka, dla osoby bez odpowiedniej wiedzy będzie niełatwym zadaniem.
Jeśli zatem kiedykolwiek otrzymałeś propozycję wydania tekstu z własnym wkładem finansowym, rozważasz taką opcję lub – co gorsza – uważasz, że inaczej nie można zaistnieć na rynku, zapoznaj się z poniższym tekstem. Będzie długo, ale wyczerpująco.
                     
Pragnę uczulić też na jedną rzecz: w poniższym tekście rozpatruję wyłącznie model wydawniczy vanity, nie selfpublishing, w którym autor jest koordynatorem procesu wydawniczego i zleca kolejne etapy bezpośrednio. Jeśli uważasz, że system vanity jest idealny dla twoich potrzeb – nie musisz czytać dalej, prawdopodobnie znasz jego wady i zalety. Wcześniej zamieszczam jednak dłuższą wypowiedź Radosława Lewandowskiego, twórcy, który zadebiutował właśnie w systemie vanity, obecnie zaś odnosi kolejne sukcesy w wydawnictwach tradycyjnych:

„Zamarłem na kilka chwil po zapytaniu mnie o moje doświadczenia związane z wydaniem własnej książki w formule vanity. Mam mieszane odczucia, ale po kolei.
Moją pierwszą powieść wydałem za właśnie pieniądze, korzystając z pośrednictwa jednego z wydawców. Oczywiście szukałem wcześniej „normalnego” wydawnictwa, ale głową w mur. Przeprowadzili korektę i redakcję, ale na tak żenującym poziomie, że choć do dzisiaj mam kilka egzemplarzy, to trzymam je w ukryciu.
Później poprawiłem tekst pod okiem redaktora z prawdziwego zdarzenia i wydałem „bezkosztowo” w wydawnictwie RW2010. Na początek w formie ebooka, potem analogowej. Czy było warto? Dotknęły mnie tak zwane „plusy ujemne”, czyli kpiny niektórych recenzentów, wytykanie palcami, śmichy-chichy z jakości grafiki na okładce. Zdobyła nawet jakiś laur jako jedna z brzydszych w danym roku. :)
Nie jest tak, że autor nie bierze do siebie hejtu, czy uzasadnionej krytyki. Bolało jak diabli. Ale były też „plusy dodatnie” – kilka fajnych, budujących recenzji, pachnąca drukarską farbą książka. To przeważyło i zacząłem pracować nad własnym warsztatem. Bo nic głupszego, niż zadąć się i obrazić na cały świat, który nie rozumie rozterek pisarza. Dziś poza serią Yggdrasil, wydałem w Muzie trylogię o wikingach, która jest bestsellerem w Empiku. Jak wieści niosą, interesują się nią Amerykanie, może i Niemcy.
Jest dobrze.
Wracając więc do pytania: czy było warto? Odpowiem: TAK. Gdyby nie ten pierwszy krok, nie postawiłbym kolejnego i nie zaczął w końcu biec. Ale gdybym miał doradzać coś młodszym stażem adeptom pisarstwa, to próbujcie swoich sił w wydawnictwach, które to wam zapłacą za pracę. I sprawdzajcie, u kogo wydajecie – to ważne.”

Jak rozpoznać vanity?


To bardzo łatwe zadanie – z vanity mamy do czynienia w każdej sytuacji, w której oferuje się nam wydanie tekstu po pokryciu (rzekomej) części kosztów. To kwoty oscylujące w zakresie od kilku do nawet kilkudziesięciu tysięcy (sic!) złotych – w dalszej części tekstu pokażę, dlaczego tego typu wyliczenia nie mają żadnego sensu.
Możecie być też niemal pewni, że odpowiedź z firmy vanity zawsze będzie zawierała same pochwały. Jeżeli zaś recenzenci „widzą w niej potencjał” – tu powinna włączyć wam się pierwsza czerwona lampka. Jaki interes miałaby firma w odmawianiu wykonania usługi klientom, którzy posłusznie przynoszą im grubą kasę?
Żaden.
Dlatego zanim zlecicie suty przelew lub zaczniecie wkładać buty, by biec do najbliższego banku po kredyt, przeczytajcie cały tekst.

I. Wypromujemy cię w całym kraju!

Praktycznie zawsze w hasłach zapewniających o intratności przedsięwzięcia pojawiają się slogany dotyczące promocji. Kto nie chciałby zobaczyć swojej książki na bilbordach, tramwajach czy na wystawie w księgarni?
Jednak w praktyce nie jest tak różowo.
W internetowych dyskusjach na temat czytelnictwa bardzo często podnosi się larum, że skoro wydawcy w ogóle nie inwestują w marketing, to i sprzedaż jest kiepska. Jednak gros komentatorów nie zdaje sobie sprawy, ile tak naprawdę kosztuje skuteczne wypromowanie książki. Reklama w czasopiśmie? Kilka tysięcy, w tytułach o większym zasięgu nawet kilkadziesiąt. Lepsza ekspozycja w księgarni? Dobre kilkanaście tysięcy. Do tego pomniejsze koszty promocji (egzemplarze recenzenckie, spotkania autorskie, banery, patronaty). Niemniej hasło „ogólnopolska promocja” brzmi dumnie.
Gdzie jest haczyk?
Internet. Właśnie tu kryje się sedno problemu – ogólnopolska promocja to bardzo często wrzucenie informacji o książce na stronę wydawcy, ewentualnie wysłanie kilku egzemplarzy recenzenckich do blogerów (nie liczcie na recenzje w prasie, dziennikarze po prostu nie zapoznają się z takim tekstem, bo są świadomi, że w tego typu wydawnictwach wydać może każdy, a selekcja nawet jeśli istnieje, to w jej wyniku odrzuca się co najwyżej teksty, które nawet nie są napisane średnio poprawną polszczyzną. Miejsca na działy kulturalne jest bardzo mało i nikt nie poświęci go na dzieła wątpliwej jakości). Jest ogólnopolski zasięg? Ano jest, przecież stronę można otworzyć z każdego miejsca w kraju. Ba, jestem zdumiony faktem, że żadna z firm nie poszła dalej i nie mówi o zasięgu ogólnoświatowym.
Pamiętajcie też o jednym bardzo ważnym aspekcie – wielu czytelników nie zdaje sobie sprawy z tego, jak wygląda mechanizm vanity, jednak równie wielu doskonale go rozumie. Innymi słowy: dla znacznej grupy odbiorców jesteście po prostu spaleni przez samo logo wydawnictwa na okładce, które będzie krzyczeć „tekst tak słaby, że nie chcieli go w normalnej oficynie”. Napisaliście tekst DOBRY, ale z jakichś powodów wydaliście go w vanity? Istnieje spore ryzyko, że wielu czytelników najzwyczajniej w świecie nie zaryzykuje kupna książki z wydawnictwa, którego oferta jest kojarzona z grafomanią.

II. Ogólnopolska dystrybucja

Tutaj działa wspomniany wyżej mechanizm – książka zostaje wstawiona do internetowej księgarni wydawcy, czasami także do innych tego typu sklepów, jednak jej pojawienie się na półce może być raczej dziełem przypadku. Często takie pozycje kończą swój żywot jako dostępne w ofercie – czyli zamawiane na wyraźne życzenie kupującego, niedostępne stacjonarnie. Raczej zapomnijcie o dumnym pozowaniu na tle grzbietów waszej książki – szczególnie jeśli wydawca oferuje niewielką liczbę egzemplarzy, przykładowo 300. To bardzo mało w skali ogólnokrajowej i próba natrafienia na wasze dzieło może przypominać szukanie igły w stogu siana.
Cały proces opiera się o bardzo prostą ekonomię: księgarnia to nic innego jak sklep z książkami, który ma za zadanie generować zyski. Kto ma zatem większą szansę na pojawienie się na półce – znany autor z niezłą promocją czy debiutant, który nie zdołał wyrobić sobie jeszcze renomy? W tym drugim wypadku dobrze mieć też świadomość, że kanały promocyjne dla vanity są bardzo ograniczone, a poważna aktywność wybranego przez was wydawcy zapewne skończy się na wysłaniu notki prasowej do kilkuset redakcji, z czego większość odbiorców skasuje ją bez czytania, więc możliwości dotarcia do czytelników są jeszcze mniejsze.
Pamiętajcie też, że macie dużą konkurencję – walczycie o uwagę czytelnika z innymi autorami, a także tradycyjnymi wydawnictwami. By przekonać się o popularności vanity, najlepiej przejść się do najbliższych kilku księgarni i sprawdzić, jak wiele książek danej oficyny tam znajdziemy.


III. Miliony egzemplarzy!

Jedna z pionierskich na polskim rynku firm vanity (na szczęście już nieistniejąca) kusiła potencjalnych klientów bardzo górnolotnym hasłem: nakład 10 000, ale najpierw wydrukujemy 300 sztuk. Żeby było ciekawiej, jeśli w określonym czasie nakład się nie wyczerpał, autor był zobowiązany do wykupienia pozostałych książek (innymi słowy: płać za wydanie i jeszcze za niesprzedane egzemplarze). Miejmy jasność – dziesięć tysięcy sprzedanych egzemplarzy nie jest niczym niemożliwym do osiągnięcia (w tym miejscu warto nadmienić, że wydawcy bardzo różnie oceniają sprzedaż pozwalającą ocenić książkę jako bestseller – jedni wskazują mniej niż 10 000, inni są bardziej optymistyczni i zakładają sprzedaż nawet na poziomie 30 000). Oczywiście bardzo wiele zależy od gatunku i okładki (tak, to element mający całkiem spore przełożenie na sprzedaż), jednak przyjmijmy, że debiutant w beletrystyce ma naprawdę małe szanse na osiągnięcie pułapu nawet 5 000 egzemplarzy – przy dobrej promocji to około 1 500 do 2 000 sprzedanych książek.

IV. Płać i płacz

Warto wiedzieć jedno: książki drukuje się w offsecie (tekst jest nanoszony na papier „ciągiem” przez odpowiednie wałki) lub cyfrowo. Zdecydowana większość pozycji dostępnych w księgarni to offset – technologia zdecydowanie najkorzystniejsza finansowo przy większych nakładach (im większy nakład, tym mniejszy jednostkowy koszt egzemplarza). Druk cyfrowy jest raczej gorszej jakości, ale pozwala na drukowanie nawet pojedynczych egzemplarzy (przy druku offsetowym koszt wydruku jednej książki byłby dosłownie zabójczy ze względu na specyfikę procesu). Nakłady w wydawnictwach vanity nie przekraczają 1 000 egzemplarzy (najczęściej to wspomniane już wcześniej 300 egzemplarzy), więc z wiadomych względów przyjmujemy, że koszty oszacowano dla druku cyfrowego.
W sieci można znaleźć wiele kalkulatorów na stronach drukarni, dość łatwo więc sprawdzić ceny w kilku firmach i porównać je z poniższymi. Pierwsza specyfikacja to:
Format A5, 148 x 210 mm, pozioma
Nakład 300 egz.
Oprawa miękka, papier arktika-230, 230 g/m2
Liczba stron czarno-białych: 300, papier offset, 70 g/m2
Podatek: 5%
Koszt wydruku jednego egzemplarza: 5,81 złotego

Druga:
Format 125 x 176 mm, pozioma
Nakład: 220 egz.
Oprawa miękka, papier 230 g/m2, folia błysk
Liczba stron czarno-białych: 232, papier objętościowy Creamy 70 g/m2
Podatek: 5%
Koszt wydruku jednego egzemplarza: 3,49 złotego

Warto też pamiętać, że wydawcy vanity mogą uzyskać lepsze ceny niż osoba z ulicy, z racji częstotliwości zamówień – całościowy koszt będzie jeszcze mniejszy. Przyjmijmy zatem wariant droższy i zaokrąglijmy cenę w dół, do 5 złotych za egzemplarz. Przy nakładzie 300 egzemplarzy daje to koszt druku w wysokości 1 500 złotych. Okładka ze stocka to jakieś 100, w porywach 200 złotych. Przyjmijmy, że tekst liczy sobie około 10 arkuszy wydawniczych (40 000 znaków ze spacjami to 1 arkusz wydawniczy) i zestawmy to ze średnimi stawkami dla redaktora i korektora w firmach vanity (w środowisku edytorskim nie są one jakąś tajemnicą). Redakcję wyceńmy na 60 złotych za arkusz, korektę na 30 złotych (to mało, naprawdę mało), łącznie 900 złotych za opracowanie. Koszt składu (rynkowy, więc raczej zawyżony dla realiów vanity) to około 500 złotych.
Łącznie? Około 3 100 złotych (oczywiście to tylko koszt wydruku, nie wliczam kosztów funkcjonowania firmy, bo ich uwzględnienie tutaj byłoby niezwykle trudne).
Teraz szybki rzut oka na kwoty zbiórek crowfundingowych (gdzie to nie autor płaci za wydanie, tylko chętni czytelnicy), których celem jest uzbieranie kwoty niezbędnej do wydania książki: średnio 10 000 złotych (to i tak bardziej optymistyczna wersja¸ bo niektóre z firm żądają jeszcze więcej). Odejmijmy prowizję portalu i nagrody dla wspierających, zostanie pewnie jakieś 8 000 (pewnie przesadziłem z zaniżeniem kwoty, jednak uznajmy to za bezpieczną wartość). Po drodze znikło blisko pięć tysięcy. Gdzie się podziały?
Oczywiście w kieszeni wydawcy. Nawet uwzględniwszy koszty logistyki i przechowywania tych egzemplarzy, zarobek za sam fakt pośredniczenia w procesie wydawniczym jest horrendalny.
Właśnie dosłownie wcisnęliście firmie pieniądze za to, że będzie sprzedawać waszą książkę i pobierać z tego spory procent. Przypomina to sytuację, w której to wy płacicie swojej firmie za możliwość podjęcia pracy, a na dodatek z wypracowanych przez was zysków jest pobierana kolejna opłata.
Tradycyjny wydawca musi zadbać o sprzedaż waszej książki, jeśli chce odzyskać zainwestowane pieniądze – wydawca vanity zarobił już dzięki wam, nie poniósł też żadnych kosztów, skoro ponieśliście je wy. W takim modelu dbanie o sprzedaż nie ma żadnego sensu, a jest wręcz niewskazane ze względu na generowanie dodatkowych kosztów (logistyka, promocja, pracownicy).

V. Ale oni płacą więcej!

Firmy vanity często chwalą się, że u nich autor zyskuje znacznie większe honorarium za sprzedane egzemplarze (faktycznie, często to nawet 75% ceny sprzedaży). W końcu normalny wydawca oferuje średnio około 10% od ceny sprzedaży książki. Teoretycznie  bardzo niewiele, ale warto mieć na uwadze, że lwią część (około połowy, niekiedy nawet 60%) tej kwoty zabierają pośrednicy, czyli dystrybutor i księgarz, a trzeba przecież zapłacić jeszcze redaktorowi, korektorowi, składaczowi, grafikowi, marketingowcowi i pani sprzątaczce. Wydawca musi dbać o swoją opinię, więc zatrudnia specjalistów lepszych niż firma vanity (czyli droższych), co oczywiście generuje większe koszty procesu wydawniczego. Jeśli ktoś spodziewał się, że właściciele tradycyjnych oficyn leżą do góry brzuchami w bananowych republikach, to muszę go gorzko rozczarować – w tej branży trudno liczyć na kokosy, a sprzedażowe hity takie jak „Harry Potter” czy „Zmierzch” zdarzają się bardzo rzadko.
Skąd zatem bierze się te kilkadziesiąt procent więcej? Właśnie stąd, że opłaciliście cały proces wydawniczy (tak, po raz kolejny powtórzę: nie wierzcie w bzdury, że to „współfinansowanie”), wydawca nie poniesie kosztów promocji i dystrybucji, a i tak jest już na dużym plusie. Śmiało może wam oddać te kilka złotych więcej, tym bardziej, że jego przychody nie opierają się na środkach ze sprzedaży wydawanych tytułów. Pamiętajcie też, że w przypadku tradycyjnego modelu wydawniczego zaczynacie od zera lub nawet plusa (zaliczka, często nawet w wysokości kilku tysięcy złotych), w przypadku vanity najpierw musicie niemało zainwestować, by w ogóle mieć jakąkolwiek szansę na odzyskanie tej kwoty.
Szanse na to są małe.

VI. To przynajmniej mogę więcej?

Osoby zainteresowane wydaniem własnej twórczości bardzo często zadają jedno pytanie: czy będą miały jakikolwiek wpływ na ostateczny kształt publikacji. Prawdopodobnie wiąże się to z często powtarzanym mitem, jakoby wydawcy mieli (często bez wiedzy autora) dopuszczać się poważnych ingerencji w treść powieści, a nawet ją cenzurować. Jak wszyscy wiemy, w każdej legendzie jest ziarno prawdy, więc postaram się wytłumaczyć ( pokrótce, bo sam proces wydawniczy to temat na drugi tekst o podobnej objętości), jak to wygląda w rzeczywistości.
Po pierwsze sytuacja w której wydawca dokonuje samodzielnie poprawek w tekście, jest dla autora… całkiem pozytywna, bo odszkodowanie wywalczone od nieuczciwej firmy powinno przewyższać potencjalne honoraria. Ale raczej nie ma co liczyć na łatwy zarobek, nikt przy zdrowych zmysłach nie zdecyduje się na taki krok, w najgorszym razie po prostu podziękują wam w środku współpracy i tekst będziecie musieli wydać gdzie indziej.
Co do samej cenzury, to przypomina to pewien wiekowy już dowcip:
„Słuchacze pytają: Czy to prawda, że na Placu Czerwonym rozdają samochody? Radio Erewań odpowiada: tak, to prawda, ale nie na Placu Czerwonym, tylko w okolicach Dworca Warszawskiego, nie samochody, tylko rowery, i nie rozdają, tylko kradną.”
Jak zatem wygląda to w praktyce? Każdy tekst (przynajmniej w teorii) jest poprawiany przez redaktora, który może (a często nawet powinien) zasugerować poprawki: przykładowo rozbudowę jakiegoś dialogu, opisu, usunięcie konkretnej sceny czy nawet rozdziału. Co ważne, nigdy nie jest to nakaz – w myśl prawa autorskiego twórca ma ostatnie słowo i od niego zależy, czy poprawki przyjmie, czy nie. Dobrze też pamiętać o tym, że niewielu autorów jest w stanie skontrolować redakcję i korektę. W tekście Marcina Zwierzchowskiego, do którego link znajdziecie na samym końcu, możecie przeczytać nieco więcej o przypadku książki, która (według wydawcy vanity) przeszła trzykrotną korektę, a błędów ortograficznych było w niej więcej niż w przeciętnym wypracowaniu ucznia podstawówki. I mowa tu o błędach, które w znacznej mierze można by wyeliminować za sprawą starego, poczciwego wordowego F7. Innymi słowy: między bajki włóżcie zapewnienia o profesjonalnej redakcji i korekcie. By jednak być uczciwym, w tradycyjnych wydawnictwach też bywa z tym różnie, ale szansa na porządną współpracę jest zdecydowanie dużo większa.
W przypadku okładki sprawa jest trochę bardziej skomplikowana, bo tak naprawdę to jedno z najcięższych dział w marketingowej baterii artyleryjskiej (niektórzy powtarzają, że dobra okładka to już połowa sukcesu). Okładka ma przede wszystkim książkę sprzedać, i możecie śmiało założyć, że będą nad nią pracować osoby ze znacznie większym doświadczeniem. W tradycyjnym modelu wydawniczym jest zatem bardzo duża szansa, że wydawca przyjmie wasze sugestie, ale raczej nie ma co liczyć na bezpośredni wpływ na wygląd okładki. W vanity wygląda to oczywiście inaczej – jak wspominałem wcześniej, wydawca zdążył już zarobić, więc sprzedaż danego tytułu nie jest jego „być albo nie być”. Ostatecznie nic nie stoi na przeszkodzie, by zaakceptować nawet najgorszy bohomaz, który zaproponuje autor.

VII. A moja własność?

Wydawnictwa vanity często straszą autora, że wydawca tradycyjny zabierze mu prawa do książki. Brzmi przerażająco – jednym podpisem stracić często wielomiesięczną, a niekiedy kilkuletnią pracę? Pokrótce wyjaśnię dwie kwestie. .
Prawa do dzieła (tekstu) to prawa autorskie, dzielące się na osobiste i majątkowe. Te pierwsze w myśl polskiego prawa są niezbywalne, więc jeśli zdarzyłaby się sytuacja, że ktoś ukradnie nasz tekst i podpisze go swoim imieniem i nazwiskiem, to łamie prawo. Warto o tym pamiętać przy wysyłaniu tekstu do wydawców – wydanie go bez waszej zgody i pod cudzym nazwiskiem dla wydawcy oznaczałoby bardzo poważne problemy, a wy mielibyście odszkodowanie w kieszeni.
W przypadku podpisania umowy wydawniczej należy przenieść prawa majątkowe na wydawcę lub udzielić mu licencji – bez tego niemożliwe jest dystrybuowanie książki. Standardowy okres takiego przeniesienia to pięć lat, ale wszystko zależy od zapisów w umowie (może być to okres krótszy lub dłuższy). Dobrze mieć też na uwadze, że jeśli wydawnictwo vanity „wspaniałomyślnie” oferuje wam udzielenie niewyłącznej licencji, to tak naprawdę nie zyskacie na tym nic z bardzo prostego powodu: żaden wydawca nie zdecyduje się na wydanie książki, do której prawa posiada inna oficyna. Nie ma to po prostu żadnego sensu, szczególnie ekonomicznego. Wyobrażacie sobie kupno samochodu, który musicie dzielić z zupełnie obcym wam człowiekiem?

VIII. Świat stoi przede mną otworem!

Podobno wydanie pierwszej książki jest najtrudniejsze – to ona przeciera nam szlaki i zaczyna wyrabiać nazwisko, które w przyszłości może być silną kartą przetargową przy poszukiwaniu wydawcy (warto zwrócić uwagę, że wielu debiutantów nigdy nie wydaje drugiej książki). Jest jednak jeden mały problem…
Wydanie w vanity przykleja autorom łatkę grafomana, niezależnie od tego, jakiej jakości są wasze teksty. To siła stereotypów, czytelnicy widząc znajome logo wydawnictwa vanity, od razu zaczynają myśleć o waszej książce w kategoriach „na pewno nie chciał go żaden porządny wydawca, więc musiał zapłacić”. Oczywiście są liczne wyjątki (jak cytowany znacznie wyżej Radosław), ale to nadal tylko wyjątki.
Dobrze mieć na uwadze, że wydanie w trybie vanity może zmniejszyć w przyszłości wasze szanse na wydanie. Oczywiście jeśli napiszecie tekst dobry (czy nawet świetny), to wydawca nie będzie patrzył na waszą dotychczasową bibliografię, bo i po co? Biorąc pod uwagę niewielki zasięg vanity powieść wydana w tym trybie pewnie nawet nie zostanie zauważona bez pomocy wyszukiwarki. Propozycje wydawnicze są jednak oceniane przez ludzi, a ci mogą odebrać fakt debiutu w vanity negatywnie, tym samym decydując o odrzuceniu waszej propozycji.

IX. Ale szybko odpisali i byli mili

Wysłałeś tekst i teraz z niecierpliwością oczekujesz odpowiedzi – zna to każdy, kto kiedykolwiek podchodził do poszukiwań wydawcy dla swojego dzieła. Na początek trochę informacji na temat rynku.
Branża wydawnicza w Polsce nie jest ani intratna, ani rozbudowana, więc wydawców wcale nie ma zbyt wielu, na dodatek zdecydowana większość specjalizuje się w konkretnych gatunkach (dlatego wysyłanie książki kucharskiej do oficyny zajmującej się wydawaniem kryminałów nie jest najlepszym pomysłem – nawet jeśli otrzymalibyście pozytywną odpowiedź, to pamiętajcie, że wydawca nie ma żadnego doświadczenia i kanałów reklamy książek kucharskich). I tu wracamy do sedna: piszących jest więcej (zdecydowanie więcej!) niż wydawnictw, w efekcie czego ci ostatni są dosłownie zarzucani propozycjami (do tego, dla którego pracowałem, przychodziło nawet 50 dziennie). Nawet przy bardzo ambitnych planach wnikliwego zapoznania się z każdą z nich recenzowanie propozycji musi zająć jakiś czas – najczęściej kilka miesięcy, bo pracownicy wydawnictwa mają też masę innych obowiązków.
Firmy vanity często odpowiadają w jakieś trzy dni, rekordziści po kilku godzinach. Nie miejcie nawet cienia nadziei, że ktokolwiek zapoznał się z waszym tekstem poza rzuceniem okiem na kilka linijek – pozytywna odpowiedź na pewno będzie okraszona wspaniałymi epitetami, które mają połechtać wasze ego (a nuż zostaliście odrzuceni przez innego wydawcę i właśnie teraz poczujecie się docenieni?). Oczywiście tekst jest genialny, chcemy go w naszej ofercie, już przygotowujemy dla pana/pani kosztorys i wspaniałomyślnie zgadzamy się na pokrycie (rzekomej) połowy kosztów.
A guzik. Jeśli uwierzycie w te słowa, to jest szansa, że wyrządzicie sobie bardzo dużą krzywdę. Przez zaskakująco krótki czas trwania procesu wydawniczego nie będziecie tego świadomi – marzenie się spełniło, już lada dzień do waszego domu dotrą jeszcze pachnące farbą drukarską egzemplarze.
Nadchodzi jednak czas zderzenia się z brutalną rzeczywistością, gdy wasza książka dostanie się w ręce osoby znającej się na literaturze lub po prostu branżowca. Jeśli tekst nie był zły, to taki osobnik pewnie pomarudzi nad wyborem wydawcy, ale pochwali samo dzieło. Jednak znacznie bardziej prawdopodobna jest opcja, że zostaniecie zrównani z ziemią – wbrew pozorom autorowi bardzo trudno spojrzeć trzeźwo na swój tekst i zauważyć jego niedoskonałości, a jeśli dodatkowo uwierzymy w fałszywe zapewnienia ze strony firmy, to może okazać się, że zapoznanie się z konstruktywną krytyką będzie bolesnym zakończeniem bujania w obłokach, a wy wściekniecie się albo na krytyka, albo na siebie. Żadna z tych opcji nie jest szczególnie interesująca.

X. Dają ISBN

Wiele firm wydających ze współfinansowaniem sugeruje, że ISBN jest dostępny głównie dla wybranych, a jego uzyskanie przypomina odnalezienie formuły na kamień filozoficzny. Rzeczywistość okazuje się jednak mniej skomplikowana.
Pozyskanie puli numerów ISBN (minimum dziesięć, maksymalnie tysiąc) to zajęcie na jakieś trzy minuty pracy, przy założeniu, że dopiero rejestrujemy się w serwisie http://e-isbn.pl. Nie potrzebujemy nawet własnej działalności gospodarczej – przy zakładaniu konta możemy podać swój numer PESEL i pozostałe wymagane dane. Jedyną drobną niedogodnością może być fakt, że pobrany wniosek musimy wydrukować, podpisać i wgrać jego skan do serwisu. Dlatego nie wierzcie, że wydawca vanity robi wam niesamowitą przysługę pozyskaniem numeru ISBN – po prostu pobiera kolejny numer z przyznanej puli. I na pewno nie płaci za to nawet złamanego grosza.
A skoro o tym mowa… Niekiedy firmy vanity jako zaletę wydania książki u nich wskazują także przesłanie egzemplarzy do Biblioteki Narodowej i do kilkunastu bibliotek w całej Polsce (ich lista dostępna jest na stronie BN). Oznacza to oczywiście zapisanie się na kartach literackiej historii. Zapominają jednak wspomnieć, że to obowiązek narzucony wszystkim wydawcom przez ustawodawcę (ustawa z dnia 7 listopada 1996 r. o obowiązkowych egzemplarzach bibliotecznych).

XI. Im się udało

Inny częsty argument to powołanie się na kilku (bardzo nielicznych) autorów, którzy sławę zdobyli właśnie po publikacji w systemie vanity – nie wspomnę tu tytułów i nazwisk, by nie robić nikomu kryptoreklamy. Jeśli okaże się, że wydawca w ten sposób zechce zachęcić was do zostawienia u niego pieniędzy, spróbujcie szybko policzyć wzmiankowanych autorów a potem zapoznajcie się z aktualną ofertą wydawcy – będzie ona liczyć przynajmniej kilkanaście tytułów, w przypadku większych firm vanity liczba będzie szła w setki. Wybierzcie losowo kilka, kilkanaście nazwisk i odpowiedzcie sobie na jedno pytanie: czy kiedykolwiek słyszeliście o tych ludziach?
Nawet jeśli odpowiedzieliście twierdząco, wybierzcie kolejne kilka nazwisk z listy i poszukajcie na ich temat informacji w sieci: czy wydanie w vanity stało się początkiem ich kariery, czy wydali kolejne powieści? Oczywiście, istnieje szansa, że tak było, ale… jaka to szansa? Z dużym prawdopodobieństwem mogę założyć, że nie uda wam się wytypować takich twórców. Nie oszukujmy się, że tradycyjni wydawcy z każdego debiutanta stworzą poczytnego pisarza, bo zaskakująco wielu kończy karierę właśnie po wydaniu pierwszego dzieła, wciąż jednak szansa na zaistnienie w świadomości czytelników jest zdecydowanie większa (pamiętajcie, że debiutant w dobrej oficynie może liczyć nawet na jakieś 2 000 sprzedanych egzemplarzy. Autorzy vanity często poirytowani donoszą, że po uwzględnieniu znajomych i rodziny ta sprzedaż zamykała się w mniej niż… 50 egzemplarzach, przy odrobinie szczęścia zbliżała się do 100). Zwróćcie też uwagę, że oficyny vanity nie specjalizują się w konkretnych gatunkach, wydają naprawdę wszystko i bardzo dużo – bo na tym zarabiają, nie ponosząc przy tym żadnego ryzyka finansowego. W zwykłym wydawnictwie selekcja jest niezbędna, by móc wybrać teksty najlepiej rokujące finansowo.

Przy wyborze drogi wydawniczej warto zastanowić się nad tym, komu bardziej będzie zależało na skutecznym wypromowaniu dopracowanego produktu: wydawcy, który poniósł koszty związane z procesem wydawniczym (przy rynkowym nakładzie i normalnej wycenie usług to dobre kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt tysięcy złotych), czy firmie, która pokryje wszystkie wydatki z waszej wpłaty i zainkasuje jeszcze niemałą część tej kwoty wyłącznie za pośredniczenie. Odpowiedź jest oczywiście bardzo prosta.
A stąd już szybka droga do stwierdzenia, że rynek wydawniczy to jedno wielkie oszustwo.

Osoby zainteresowane tematem mogą znaleźć charakterystykę konkretnych przypadków w tekście Pawła Pollaka:
Oraz w artykule Marcina Zwierzchowskiego:

Dawid „Fenrir” Wiktorski


Od Matyldy: Jeśli chcecie podobnie jak ja opublikować ten tekst u siebie, to znajdziecie go pod tym adresem: https://www.dropbox.com/sh/t1ytx75htm5wvov/AAB62qilv9QTh0GdnHrn6zeca?dl=0




NIE ZNAM SIĘ, TO SIĘ WYPOWIEM

Uwaga, tak sobie czytam opinie przeciw raportowi, który ostatnio opublikowała Biblioteka Narodowa, co roku pojawiają się właściwie te same: "Olaboga, mała próba, 3000 osób, co to w ogóle jest?! Wioska jakaś! Nawet nie procent populacji!" to robi mi się przykro, że ludzie mają tak małą statystyczną wiedzę...

Moi drodzy czytelnicy, nie idźcie tą drogą, nie znacie się, to się nie wypowiadajcie, a jak chcecie, to poczytajcie o tym w internecie, zróbcie research... Zresztą pisałam już o tym rok temu, no, ale, pozwólcie, że się jednak powtórzę, bo opinii o tym, że badanie Biblioteki Narodowej jest niewiarygodne, pojawiło się całe mnóstwo. To jest statystycznie, jak najbardziej wiarygodne badanie! Już 1000 osób byłoby liczbą dobrą! Nie wnikam, jakie pytania dostali respondenci, nie jest to dla mnie w tej chwili istotne, istotna dla mnie jest liczba, a liczba jest okrągła i piękna statystycznie. 

PRÓBA LOSOWA I INNE STATYSTYCZNE CZARY-MARY

"Rodzaj wyboru elementów z populacji, które mają zostać poddane szczegółowym badaniom. Charakteryzuje się losowością w doborze – osoba realizująca badanie nie ma wpływu na to, jakie elementu znajdą się w próbie. Decydują o tym prawdopodobieństwa inkluzji, zdefiniowane dla każdego elementu populacji."

Próba wykorzystana w badaniu Biblioteki Narodowej to PRÓBA LOSOWA i to ona umożliwia nam przeniesienie danych na całą populację, jeśli badacze pojechali, by do małej miejscowości liczącej 3000 osób, to i owszem, można by badania się czepiać, można by na nim wieszać psy, ale tak... No, niestety, ten argument jest zwyczajnie słabiuteńki, wystarczy wpisać w google dobór populacji/dobór próby/badania na populacji Polaków. Wyskoczą nam linki do ukochanej cioci Wikipedii, choćby taka Populacja statystyczna, w której czytamy:

"Przykład: Badaną cechą statystyczną jest wzrost Polaków. Populacją jest, jak już mówiliśmy, cała ludność Polski. Badanie statystyczne całej populacji jest nieuzasadnione z ekonomicznego punktu widzenia, dlatego wybieramy losowo próbę 1000 Polaków i notujemy wartości przyjmowane przez cechę: wzrost. Na podstawie wyników próby możemy obliczyć parametry rozkładu empirycznego cechy: średnią, odchylenie standardowe z próby itd. Dzięki tym wynikom oraz zasadom wnioskowania statystycznego możemy wnioskować o tym, jak wygląda rozkład cechy w całej populacji."

Możemy jeszcze skorzystać z pomocy tekstu dla studentów geologii Uniwersytetu Warszawskiego, który szeroko tłumaczy pojęcie próby losowej:

"Próba losowa – wybrane losowo elementy populacji. Np. my na zajęciach. Nie wszystkie populacje muszą istnieć w rzeczywistości, niektóre z nich mają charakter wyłącznie hipotetyczny. Elementy populacji statystycznej nazywamy jednostkami statystycznymi, zaś badana cecha to cecha statystyczna. Ze względu na liczebność zbioru, populacje można podzielić na: populacje skończone - np. populacja studentów Geologii populacje nieskończone - np. czas Ponieważ często badanie statystyczne całej populacji jest nieuzasadnione lub niemożliwe (przyczyny: patrz badanie statystyczne), dlatego zwykle bada się jedynie wybrane losowo elementy populacji, czyli próbę losową, a następnie wnioskuje na podstawie obserwacji cechy w próbie o możliwych wartościach cechy w populacji. Dlatego właśnie niektóre pojęcia statystyczne mogą odnosić się zarówno do populacji, jak i do próby (są to tzw. wielkości empiryczne)."

Cytat prosto z raportu: 

"Badanie zrealizowano na ogólnopolskiej reprezentatywnej próbie 3149 respondentów w wieku co najmniej 15 lat dobranej metodą random route. Wywiady przeprowadzono metodą CAPI (Computer Assisted Personal Interview – wspomaganego komputerowo wywiadu kwestionariuszowego) w domach respondentów. Kwestionariusz wywiadu składał się przede wszystkim z pytań, które wystąpiły w poprzednich edycjach badania, przy czym zachowana została ich kolejność, tak aby wyniki były porównywalne z rezultatami uzyskanymi w ubiegłych latach."

Metoda random route - czyli losowanie.

Przy doborze próby stosowano technikę „random route”, która polegała na wylosowaniu punktów startowych (adresowych) i przeprowadzaniu ankiet z osobami, które zostały zastane w domu i spełniły określone wymagania odnośnie charakterystyk (np. płci, wieku, miejsca (rejonu) zamieszkania). Ta metoda została zastosowana m. in. w badaniach przeprowadzanych w Gdyni. Wadą tej techniki jest jednak fakt, że w domach ankieter ma większą szansę zastania osób, które z dużym prawdopodobieństwem mniej podróżują, a więcej przebywają w domu, co może mieć negatywny wpływ na uzyskane wyniki. 

W tekście Szarej Kawiarenki  z zeszłego roku, ale dzisiaj udostępnionego, przeczytałam:
"38 mln, co daje nie daje nawet procenta przebadanej populacji. 3000 osób to po prostu wioska. Jedna, dość duża, albo kilka mniejszych. To mogli być też odwiedzający centrum handlowe, a z doświadczenia wiem, że tu ankiety wypełniają zwykle osoby w wieku 50+. "

Spójrzcie teraz wyżej, do cytatu z raportu, czytamy tam: wspomaganego komputerowo wywiadu kwestionariuszowego) w domach respondentów, więc nie byli to ludzie z ulicy, z centrum handlowego... Dalej mamy, że zazwyczaj na ankiety zgadzają się ludzie 50+, nie wiem, nie wnikam, badań nie robiłam, ale wiecie, co? Ten argument nijak nie pasuje do naszego raportu BN, wiecie, dlaczego? Bo mamy tam istotne wyniki w grupach wiekowych... Choćby mamy takie oto słupeczki po prawej stronie... Uwaga: Wasze mniemanie, Wasze uczucia, Wasze doświadczenia czasem nijak mają się do rzeczywistości, czasem w ogóle nie można ich do niej przyłożyć, czy to złe? Nie, oczywiście, że nie, ale to znaczy, że mając takie czy inne doświadczenie, nie możecie tego doświadczenia przenieść na ogół, bo nie jest ono reprezentatywne i wiarygodne.  

W tekście Aleksandry czytamy dalej: "Ale na przykład badania Virtualo o rynkach e-book (trochę stare, ale wciąż dobre) mają już inne wyniki. Tu liczby osób kupujących i posiadających książki lub deklarujących czytanie są olbrzymie i mam wrażenie, że rosną, a nie spadają." To nie jest porównanie trafne, bo badanie było prowadzone wśród osób, które w ciągu ostatnich 12 miesięcy przeczytały co najmniej 3 książki w dowolnej formie (drukowanej, ebook, audiobook). Innymi słowy te badanie było wśród czytelników i nijak ma się do badania Biblioteki Narodowej, a więc i ci ludzie czytają książki, i je kupują, i w ogóle z książkami mają cokolwiek do czynienia, a więc... Nie jest to próba porównywalna do próby, na której bazuje raport BN.


Kalkulator wielkości próby - proszę. Badacze wzięli trzy razy większą ilość potrzebnych osób. To, że utarł się slogan, że statystyki kłamią, bo jak weźmiemy mojego psa i mnie, to średnio będziemy mieli po 3 nogi, nie znaczy, że tak własnie jest. Statystyki nie kłamią, jeśli badania, na których bazują są zrobione dobrze, zgodnie z duchem statystyki, a obliczenia zostają wykonane zgodnie ze standardami. Nie jest trudno, mając reprezentatywną grupę osób nacisnąć kilka przycisków w programach do statystki, choćby w SPSSie i policzyć średnią... To nie są liczby brane z kosmosu, nie liczy się ich na piechotę na kartkach, nie liczy się (chociaż czasem się zdarza) w Excelu, wiecie, że są programy specjalnie dla statystyków? Choćby wspomniany przeze mnie SPSS.

Nawet jeśli próba liczyłaby 30 000 osób, to wyniki różniłyby się nieznacznie.

"Standardowa próba omnibusa dla całej populacji Polaków to próba 1,000 osobowa." [źródło]

Komentarze z jednej książkowych grup:
"3000 z hakiem respondentów to mało reprezentatywna grupa. Istotne jest też nie tylko to, jak dobrano badanych, ale też gdzie i kiedy ich "złapano". Jeśli zimą lub obecną mroźną wiosną, to prawdziwi czytacze siedzą sobie w swoich książkoświatkach i nie mają bladego pojęcia o badaniach, podobnie jak badania są kompletnie "nieświadome" istnienia tych readmasterów. I wychodzimy jako naród na ignorantów, analfabetów etc."

O tym, gdzie tych ludzi łapano jest na jednym z pierwszych stron raportu, łapano ich w domach...

"Kogo oni pytali?"i "Niewiele ponad 3 tys. ankietowanych, nie ma podane gdzie: miasto, wieś, dlaczego akurat bibliteka w Legionowie."

Uwaga, pokazuję i objaśniam, klikamy w raport, suwakiem do strony 87 i tam od tej strony, aż po sam dół mamy odpowiedzi, kim są nasi badani, N= druga rubryczka, po pytaniu to liczba respondentów w danej grupie.


Wiek, płeć, stan cywilny, wykształcenie, dochody, miejsce zamieszkania... Wszystko jest.

Dla tych którzy chcą poszerzyć swoją statystyczną wiedzę dotyczącą doboru próby, polecam przeczytać ten artykuł. 

MOJA (SKRÓCONA) OPINIA O STANIE CZYTELNICTWA

Niech ludzie czytają lub nie czytają, co im się podoba, czy to słabe, czy dobre książki, nie róbmy z książek świętych Grali i zmieniaczy świata. Może to i smutne, że po lekturach szkolnych ludzie nie sięgają już po żadne inne książki - ja po niektórych z nich też pewnie zrezygnowałabym z czytelnictwa w ogóle, gdybym nie wiedziała, że książki mogą też bawić, nie tylko nudzić. Jeśli nie ma wartościowych powieści w domu, ba! jeśli w ogóle nie ma książek w domu i dodatkowo w środowiskach czytelniczych kreuje się książki jako "poszerzanie horyzontów", "nauka", "intelektualne", a nie jako dobrą rozrywkę... to potem ludzie od czytania odchodzą po szkołach średnich - to jest dla mnie smutne i smutne jest dla mnie też bycie czytelnikiem, który "jestem lepszy od nieczytających, bo czytam książki", cóż... nie widzę korelacji. Myślę, że gdy telewizja/internet zaczną pokazywać książki jako formę zabawy, formę odstresowania, może wówczas wynik czytelnictwa będzie lepszy. Ludzie muszą zmienić podejście do książek z "o, wielkie booki, dają wiedzę i nudzą" na "o, wielkie booki, zrelaksują mnie". Więcej ode mnie na ten temat, tutaj. 

Dziękuję za uwagę!
Niech Book będzie z Wami,
Matylda

Źródła: 
https://pl.wikipedia.org/wiki/Populacja_statystyczna
http://coffee-kafes.blogspot.com/2016/03/badania-czytelnictwa.html
http://www.statystyka.az.pl/ewaluacje/proba-losowa-a-proba-celowa.php
http://www.geo.uw.edu.pl/tl_files/KOSiZN/podranie/statystyka%20opisowa.pdf
http://www.marketside.pl/?know-how/Czy-proba-1000-jest-lepsza-niz-100?.html
http://stat.gov.pl/files/gfx/portalinformacyjny/pl/defaultstronaopisowa/5851/1/1/raport_zasady_metodologiczne-mobilnosc.pdf

Kiedyś pisałam Wam o moim podejściu do powtórnego czytania książek, ale nie chwaliłam się Wam, jakie dokładnie książki przeczytałam w swoim życiu parokrotnie. Lubię powracać do powieści, które mi się podobały, z tego względu, że wiem, że gdy do nich wrócę ie zawiodę się. To jest mój czytelniczy strach. Boję się nowości, o czym zresztą wiecie...

Władca Pierścieni J.R.RTolkiena
Pisząc o tej książce, chciałabym przy okazji rozwiać wszystkie mylne opinie jakoby Władca był trylogią, niet, to nie jest trylogia, to jest książka podzielona przez wydawce na części, bo była zbyt obszerna... Wracam do niej dość nieregularnie, a ostatni raz miałam przyjemność czytać ją chyba w liceum. Jednak często powracam do fragmentów, które mnie w niej urzekły. Już nawet nie pamiętam dokładnie, kiedy pierwszy raz miałam tę powieść w rączkach...

Silmarillion  J.R.RTolkiena
Moja ulubiona pozycja wśród dzieł Tolkiena. Wracałam do niej już trzy razy, zawsze znajdując coś interesującego, uwielbiam mitologie świata, a tutaj dostaliśmy historię powstawania Ardy, początek świata Tolkiena, Śródziemia... Dużo elfów, dużo wojen, dużo niedokończonych wątków i opowieści. Moja fantastyczna dusza zawsze jest zaspokajana, dzięki tej pozycji.




Kłamstwa Locke'a Lamory Scott Lynch
Wspomniałam Wam o tej powieści na łamach mojego bloga dziesiątki razy, bo i czytałam tę powieść chyba z sześć razy w ciągu ostatnich kilku lat. Nie jest to może wybitnie dzieło, ale jednak jest coś w Kłamstwach takiego, że chcę do nich wracać i wracać. Nie miałam bowiem jeszcze okazji przeczytać innej tak dobrej łotrzykowatej fantastyki. 
Jak zostałem głupcem Page
W wakacje miałam okazję ponownie przeczytać tę książkę, nie była ona tak dobra jak ją wspominałam... Trochę żałuję tego powrotu, bo moje wspomnienia o tej pozycji były jak najbardziej pozytywne, no, ale co poradzić? Kiedy byłam młodsza mnie zauroczyła, teraz już nie była niestety w stanie...



Sklepy cynamonowe Bruno Schulz
Najpierw w liceum, a potem na studiach miałam okazje zapoznać się z niezwykłym piórem Schulza, bardzo żałuję, że zostawił po sobie tak niewielki dorobek, ale to dzięki jego dziełom pokochałam i poznałam czar realizmu magicznego.






Mistrz i Małgorzata Michaił Bułhakov
To jedna z tych powieści, do której powroty są zawsze udane. Uwielbiam jej absurd, uwielbiam diabły, trochę nie darzę sympatią Małgorzaty i Mistrza, ale klimat jaki jest w tej powieści nadrabia moją małą niechęć do tych postaci...






Kordian Juliusz Słowacki
Może będzie to dla niektórych zaskoczenie, ale ja naprawdę lubię powracać do tej szkolnej lektury. Lubię Kordiana na chmurze i we Włoszech, chyba jedyna romantyczna pozycja, na którą szczególnie zwracam uwagę...







Jakie książki Was inspirują? 
Do jakich wracacie? 
Dajcie znać! 
Niech Book bedzie z Wami, 
Matylda

Taniec to moje małe guilty pleasure, uwielbiam oglądać filmy z nim w roli głównej, więc mam za sobą wszelkie Dirty dancingi, Step upy czy ostatnio przeze mnie obejrzany High Strung. W Londynie byłam na musicalu, ogólnie: tańczyć nie umiem, ale oglądanie tańca uwielbiam. Więc, gdy napisała do mnie autorka Uwertury, byłam szczerze zaintrygowana powieścią, bo jeszcze nigdy nie czytałam książki z tanecznym wątkiem. Czy podróż przez powieść Adrianny Rozbickiej była przyjemna? Czy mogę powiedzieć, że spełniła moje oczekiwania? Co z tańcem? Wypadł dobrze czy raczej niekoniecznie? 

Alicja to dziewczyna z traumatyczną przeszłością, po śmierci jej brata opuścił ją ojciec, matka odwróciła się od córki w momencie, w którym najbardziej potrzebowała jej troski i miłości. Sensem życia Alicji stał się taniec, to mu poświęcała każde wolne godziny, aż wreszcie to on stał się jej pracą, jednak wypadek zakończył jej marzenia. Życie straciło dla dziewczyny cały sens, ale, Alicja nie poddała się. Nawet jej własne ciało nie może pogrzebać jej wieloletniego wysiłku: chce wystąpić w rewii. Ale czy będą ją tam chcieli? Czy jej talent będzie znaczył więcej niż papierek ze szkół tańca? Czy odnajdzie się wśród profesjonalnych artystek? Nie będzie miała łatwo, już pierwszego dnia na celownik bierze ją producentka rewii - Iza, która posunie się do wszystkiego, by osiągnąć sukces, a jej sukcesem jest sukces produkcji, nie widzi możliwości, by Alicja przyczyniła się do niego. Alicja to dla Izy problem, to szmaciana lalka w teatrzyku pełnym porcelanowych lalek - z niewyobrażalnym talentem, ale bez profesjonalnego przygotowania. Dziewczyna będzie musiała nie tylko pokonać wciąż odzywającą się starą kontuzję, ale również samą siebie, Izę, byłego chłopaka, matkę, która usilnie próbuje ustalić, co jest dobre dla córki, a co nie. Czar marzeń zawładnął życiem Alicji, czy będzie w stanie je zrealizować? Czy może odpuści? Czy podda się despotycznej Izie, a może matka ją wreszcie przekona, by się ustatkowała, a nie podążała za niemożliwymi do spełnienia mrzonkami... 

Muszę przyznać, że oczekiwałam czegoś innego, ubzdurałam sobie, że Uwertura z pewnością będzie romansem - nie wiem, skąd tak błędne przeświadczenie. Może dlatego, że polskie autorki kojarzę głównie z ckliwych historii, które nie porywają? Które gonią sztampę za sztampą? W których bohaterki na widok pierwszego lepszego mężczyzny, od razu się zakochują? Może. To nieważne. Ważne jest moje miłe zaskoczenie, że wątek miłosny pojawił się, co prawda w Uwerturze, ale był tylko tłem dla tanecznego... dramatu? Obyczajówki? Trudno to jednoznacznie stwierdzić, bo powieść jest wielowątkowa, fakt: miłość jest solistką w Uwerturze, ale jedynie ta do tańca. 

Autorka skupiła się na sferze obyczajowej, na tym by pokazać na czym polega produkcja tanecznego show, na kreowaniu Alicji. Bohaterka na początku była dla mnie zbyt idealna - pięknie tańczy, ma talent, zbyt niepowtarzalna - niezwykły kolor oczu, kręciła nosem, ale w miarę rozwoju akcji zaczęło do mnie docierać, że ta dziewczyna to kłębek nieszczęść, który oprócz własnej siły i właśnie tego talentu nie ma nic więcej. Zaczęłam doceniać jej upór, podziwiać jej starania, by wrócić do tańca. Zaczęłam jej wreszcie kibicować! Alicji nie można było nie lubić, to bohaterka, która łatwo się nie poddaje, która chociaż czasem płacze po nocach i miejscami użala się nad swym losem, to jednak: ma powody. To nie jest płacz, który wynika z niczego, autorka przysporzyła naszej bohaterce od groma problemów, a największym była Iza, która na każdym kroku próbowała udowodnić swoją wyższość nad całym światem i Alicją... Była to niestety... Scary Sue - przeciwieństwo Mery Sue, czyli postać tak złowieszcza, że gorszej nie ma, w Izie brakowało mi jedynie szaleńczego śmiechu do kompletu. Chociaż jej działania były usprawiedliwione egoistycznymi pobudkami, to moim zdaniem, zbyt dużo trupów pojawiło się na jej drodze do celu. Była aż za bardzo zła, żaden promyk nie rozjaśniał jej wizerunku - nie lubię takich za mocno zarysowanych antagonistów. Jak Iza zwracała się do Alicji, to niemal zawsze z niej drwiła, jak Iza wykorzystywała innych, to na całego - nie oszczędzała nikogo, nawet najbliższej rodziny. Ten promyk, ta jedna dobra cecha mogłaby uratować w moich oczach kreacje bohaterki, niestety była ona zbyt... zła. Zbyt jednoznaczna. Cóż - Iza jest jedyną zadrą w Uwerturze, właściwie jej jedynym mankamentem, który dostrzegłam podczas kartkowania powieści. Czytając, zastanawiałam się, czy felerem nie będą zbiegi okoliczności, których w powieści jest całkiem sporo, jednak zamykając debiut Rozbickiej i po rozmowie z koleżanką, stwierdziłam, że działają im plus, nie im minus. Dlaczego? Bo takie jest właśnie życie! Nie zrozumcie mnie źle, nie były to zbiegi okoliczności pokroju: spotkała go na ulicy, okazało się, że on też kocha jazz, razem zaczęli tańczyć, bo uwielbiają tego samego choreografa. Raz były subtelne, innym razem mniej, ale służyły kolejnym elementom fabuły, które w końcowych scenach ułożyły się w piękną całość.

Fabuła, którą starałam się opisać jak najlepiej mogłam, by nie spoilerować w drugim akapicie jest jednym z silniejszych elementów powieści: zaskakuje i trzyma w nieustannym napięciu, chciałam wiedzieć czy Alicji się uda, chciałam poznać jej losy i ludzi z nią związanych. Historia porusza wiele wątków: od wspierania najbliższych w każdej sytuacji, po alkoholizm, rodzicielską miłość, aż wreszcie po spełnianie marzeń, po dążenie do celu, po pasję i miłość. Jest to historia różnorodna. Taniec spaja wszystkie te wątki. Uwertura pokazuje życie tancerza: wzloty, upadki, trudy i... toksyczność. Taniec dla wielu postaci jest jak narkotyk, od którym łatwo się uzależnić, ale ciężko go odrzucić. Rozbicka najlepiej właśnie opisuje sceny tańca, miałam wrażenie, że go oglądam, nie o nim czytam, autorka nie sili się na ogromne opisy miejsc, idzie w emocje, gra na nich dzięki słowom, ale popisowe numery to wspomniane już taneczne sceny. Po tekście się płynie, nie ma zgrzytów np. w postaci sztucznych dialogów, bo takich tutaj nie uświadczycie, niemal każda z postaci mówi własnymi niemożliwymi do podrobienia głosami. Autorka nie skupia się w narracji na Alicji, dzieli ją na wielu bohaterów, dzięki temu mamy dość dobry ogląd na sytuacje. 

Autorka poradziła sobie również z kreacjami postaci (oprócz wspomnianej Izy). Najbardziej polubiłam Muzyka, z którym z pewnością złapałabym wspólne fale, jednak nie odgrywał on aż tak istotnej roli w powieści, pojawiał się w ważnych momentach, by potem gdzieś się ulotnić. Bohaterowie, którzy dostali swoje pięć minut zazwyczaj byli przydatni do dalszej części historii, ciągnęli ją, nie pojawiali się bez powodu. Mati, przyjaciel, o którym wiele osób marzy - wysłucha i wesprze, zażartuje, gdy potrzeba, pomoże, jedna z najmilszych postaci w całej książce. Kaśka - nie polubiłam się z nią, jednak nie można ją uznać za antagonistkę, była raczej postacią dość irytującą. Aż wreszcie Pierre - bohater wielowarstwowy, jak cebula, genialny choreograf, który dostrzega talenty i potrafi poprowadzić ludzi do celu. Nie chce o żadnym bohaterze się rozpisywać, by przypadkiem nie ukraść Wam zabawy odkrywania ich celów, ale... nie są to bezwolne marionetki, to ludzie z krwi i kości, bowiem mają tajemnice, obrywają od losu, wreszcie: nie są bez skazy. 

Recenzja historii Alicji nie jest łatwa do napisania, by nie zdradzić Wam istotnych szczegółów. Jednak muszę podzielić się z Wami pewną myślą: upór i pewna doza egoizmu w Ali sprawiły, że zamykając powieść, zastanawiałam się czy kiedyś nie stanie się tak rozgoryczonym człowiekiem, jakim była Iza, że krok mógłby ją dzielić od współdzielenia cech charakteru z producentką rewii... Debiut Rozbickiej jest wart uwagi, powiem więcej: jeśli lubicie powieści przepełnione potem ciężkich ćwiczeń, dążeniem do celu, emocjami, które wylewają się z każdej strony powieści, to chwyćcie po Uwerturę. Nie musicie dawać Rozbickiej taryfy ulgowej, traktować ją jako nieopierzoną debiutantkę, której mogło coś nie wyjść, Uwertura to powieść, którą przemierza się tanecznym krokiem... Wielki finał czeka, może się skusisz na taneczną przygodę?

Tytuł: Uwertura
Autor: Adrianna Rozbicka
Wydawnictwo Zysk i S-ka
Oprawa: Miękka
Rok wydania: 2017
Ilość stron: 448






Niech Book będzie z Wami, 
Matylda

fff

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Autorce i wydawnictwu 

Cześć!
Święta zbliżają się ku końcowi, może 
Nich Book będzie z Wami, 
Matylda

Za słownikiem: 

hejt 

«obraźliwy lub agresywny komentarz zamieszczony w Internecie»



krytyka

1. «surowa lub negatywna ocena kogoś lub czegoś»
2. «analiza i ocena książki, filmu lub czyichś dokonań»
3. «tekst lub wypowiedź zawierające taką ocenę»

W zasadzie mogłabym na tym poprzestać, ale... Wiecie, że nie byłabym sobą, prawda?

Krew mnie zalewa

W ostatnich kilku dniach w blogosferze niemal codziennie wpadałam na komentarze, które adresaci brali za hejt... Miałam wówczas ochotę wyjść z siebie i stanąć obok, bo wszelkie te opinie były krytyką, o której swoją drogą, sama po cichu marzę. Nikt nie pisał Jesteś głupia jak but, Twoje teksty śmierdzą, Po co ty w ogóle czytasz te książki? Inteligencji od tego ci nie przybędzie. Null, nada - nie było tego. Może i ton wypowiedzi tych osób nie należał do najłagodniejszych, to nie można od razu brać ich za hejt. Krytyka nie musi brzmieć w następujący sposób Oj, przepraszam, masz błąd tu i tu, nie obraz się, że zawracam Ci tym głowę, ale w Twoim tekście piszesz, że autor... a tak naprawdę..., nie, może być to suchy tekst Popraw to i tamto. Krytyka może być ironiczna. Może być zabawna, uwaga: może czasem brzmieć dla adresata niemiło. Jeśli merytorycznie odnosi się do tekstu, to wciąż krytyka. 

Tak się złożyło, że również ostatnio miałam spotkanie z tekstem Segritty. Nie jest on zły, ale konkluzja, w której pojawiło się stwierdzenie, że hejt to:

Komentarze wytykające błędy ortograficzne.  Trochę mnie zatkało... Tak. Serio. Jeśli zależy ci, żeby ktoś poprawił błąd ortograficzny w swoim tekście, piszesz mu to na priw, on poprawia, dziękuje, ty mówisz, że nie ma za co i cel osiągnięty. Pisząc o błędzie w komentarzu – chcesz się pochwalić swoją wiedzą i ośmieszyć autora w oczach innych. Ergo, chcesz komuś zrobić przykrość. Nie rób tego.

Priv? A może na mejla? A może listem poleconym wysłać komentarz? Na privie... po pierwsze: komentarz może zniknąć w spamie, po drugie... Po co jest okienko dla komentarzy? No, po co? Tak szczerze się pytam. Bo rozumiem, że zawsze trzeba pisać Piękny bezbłędny tekst, zero potknięć językowych i w ogóle mega się czytało? Kiedy w poście roi się od baboli? Kto ma czas, by wysyłać do danej osoby wiadomość prywatną, kiedy np. pisze komentarz odnoszący się do całego tekstu, wchodzi w dyskusje - bo zazwyczaj właśnie tak jest, ale mimochodem wspomni o jakimś błędzie? Dla mnie wytykanie błędów to po pierwsze: oznaka, że ktoś przeczytał tekst, a po drugie, że chce nam pomóc. Pisałam kiedyś opowiadania i publikowałam je w blogosferze, świętem był dla mnie komentarz zawierający moje potknięcia - zdarzał się rzadko, ale dawał wielką radość, nawet większą niż wszelkie pochwały. 

Nie głaskajmy się po główkach, nawet jeśli to wygodn

Blogerzy nauczyli się, że nie warto krytykować, że krytyka w jakiejkolwiek formie, nawet tej najmilszej, jest mało warta. Negatywne wyrażanie się o czymkolwiek od razu może kogoś zranić, albo sprawić, że stracimy czytelników. Cóż - zdarza się i tak. Nie twierdzę, że wszyscy podchodzą do swoich tekstów na luzie, ba! ja tak nigdy nie podchodzę, zawsze się boję, że coś pokręciłam, ale... po cichu wówczas liczę, że ktoś wyprowadzi mnie z błędu. Krytyka to nauka. Krytyka pozwala nam się rozwijać, bo najlepiej rozwijać się na własnych błędach. Apeluję: piszcie, jeśli coś Wam zgrzyta, jeśli wiecie, że autor popełnił merytoryczny błąd, że myli fantastykę z science-fiction, że nie traktuje sf jako podgrupy fantastyki, że pomylił daty, że zmienił narodowość autora, że wreszcie napisał coś, co nijak ma się do treści książki. 

Naucz się przyjmować krytykę
Ale wiecie, co jest najgorsze? Co ostatnio dostrzegłam? Ba! Dzisiaj na kanale booktuberki - Przyczajonego Hasacza pojawił się negatywny komentarz, nie był on obraźliwy, ot zwyczajnie komentatorka napisała o możliwych cięciach... Wiecie jaka była reakcja Hasacza? Tak, bo po co słuchać co mówię, tylko pierdolić coś co mam w dupie... Ja pierdole. Hasacz ma spore zasięgi, a postawa, którą prezentuje jest zwalczaniem krytyki, a to nie jest jedyna sytuacja u niej na story - ostatnio notorycznie pojawiają się tego typu docinki. Wiecie... Niektórzy mogą się przestraszyć i mówię to z całkowitym przekonaniem, bo Hasacz to znana persona w blogosferze książkowej, a takie... piętnowanie na forum? Chyba tak to mogę nazwać, to wprowadzanie niezdrowej atmosfery pomiędzy komentujący-autor, odbiorcy mogą bać się zwrócić Hasaczowi uwagę, bo zostaną zbluzgani na jej wielotysięcznym bookstagramie. Tekst jest pełen wulgaryzmów i nie przyjmuję tutaj tłumaczenia, że taki jest jej styl, szacunek do widza i czytelnika powinien być. Ten screen dotarł zapewne do setek ludzi - z których część pewnie bierze przykład z Hasacza Krytyka? Zaraz powyzywam. Dla mnie to uciszanie widzów i przede wszystkim brak kultury, skoro Hasacz się tym nie przejmuje, tymi komentarzami, to dlaczego w stosunku do danych osób wyraża się w taki sposób? To nie jest szczerość, to chamstwo, wreszcie: to jest hejt i to jego najlepszy przykład, jeśli tego typu komentarz pojawiłby się u Was na blogu, od razu kasujcie... Czarny kot pierdoli? Czarny kot napisał ledwie Hasaczu istnieje takie coś jak cięcia :) i [...] można przyjąć krytykę i poprawić błędy..., żadnych głupich odniesień do Hasacza, żadnych ad personam, nic, null, nada. To właśnie postawa, w której dany bloger nie umie poradzić sobie z krytyką - gdyby było inaczej, nie byłoby takich zachowań, ba! nie byłoby tego screena. W odpowiedzi znalazł się potem tekst o tym, że Hasacz wielokrotnie wspominała o swoim słabym komputerze do montowania filmów - też mnie to nie satysfakcjonuje, bo nie każdy komentujący musi o tym wiedzieć. Lepiej jest przemilczeć, nie udostępniać tego typu screenów niż kogoś wulgarnie obrażać. 

Ostatnio modnym staje się skarżenie na blogu, na grupach fejsubukowych, na instastory (choćby robienie screena profili osób, które dają unfollow i pisanie DLACZEGO?). Szukanie obrońców w grupach znajomych/osób mających wspólne poglądy - moim zdaniem nie jest wskazane, bo czasem brakuje u nich rzeczowości np. Może nie powinnam tego pisać ale te komentarze zwlaszcza od pana Tomasza są cudowne xD W sensie cudownie żałosne, ale on to pisze z taką pasją, takim przekonaniem...A Ty się nie przejmuj, jesteś cudownaa. Gdzie tu meteorytyka? Dla mnie ten komentarz to przejaw zwykłego hejtu, w ogóle nie odnosi się do treści, jest tym, co miałby krytykować. Nawet nie jest prześmiewczy... A swoją drogą komentarz Pana Tomasza hejtem w ogóle nie był.

Nie dalej jak chyba tydzień temu pojawiła się mała drama pod postami (a zwłaszcza pod jednym) Kasi, tutaj sprawa ma się o wiele lepiej niż w wypadku Hasacza. Ale od początku: weszłam na jedną z fejsbukowych grup dla recenzentów, patrzę Miał ktoś kiedyś problem z hejterami? Jak sobie radzicie? W jednym z komentarzy podlinkowany tekst z hejterskimi atakami, wchodzę, by bronić koleżankę po fachu, czytam post a potem komentarze... I myślę, gdzie są hejterzy? Fakt: nielicznym komentarzom daleko było do miłego tonu, ale tu pojawia się problem - ten miły ton, oczywiście jest wskazany w komunikacji, ale... gdy jest go brak, to merytoryczne komentarze nie tracą na treści. Nie są hejtem. Nazwałabym krytykę (ale nie całą!), którą dostała Kasia, zwyczajnie... zgryźliwą, ironiczną. Na konstruktywnych opiniach ostatecznie się nie skończyło, bo co jak co, w komentarzach znajdziemy również idealny przykład hejtu: [...]To co piszesz jest po prostu głupie!!!. Ale jedne z pierwszych opinii są jak najbardziej najlepszym pokazem jak ma wyglądać konstruktywna krytyka, a Kasia jest przykładem, że nie trzeba nikogo nie obrażać. fakt: miejscami widać, że może trochę poniosły ją emocje, ale, mówiąc szczerze: nie dziwię się, bo, cóż, nagle zalała ją fala krytyki, merytorycznej krytyki, ale jednak fala, a negatywne komentarze w postaci wszelakiej rzadko zdarzają się na blogach. Ba! One niemal w ogóle nie mają na nich miejsca... nie jesteśmy do nich przyzwyczajeni - ale to nas nie usprawiedliwia, bo reakcja agresją nigdy nie jest wskazana. Kasia natomiast poprawiła błędy, napisała, że cytuję: Postaram się :) na krytyczny, ale dość w w łagodnym tonie komentarz zakończony: [...]Czytaj dużo i czytaj różne rzeczy - tylko na tym zyskasz. Może ten zysk nie będzie wyrażał się egzemplarzem ksiązki, która pewnie będzie dostępna tylko w bibliotece, ale będzie to zysk dla twojej wyobraźni i umysłu...

I, uwaga, nie twierdzę, że nie można odpowiadać na komentarze, że nie należy polemizować z krytyką, oczywiście: brońcie własnego zdania, ale... jeśli jesteście stuprocentowo pewni swoich racji, jeśli zastanowiliście się nad swoimi tekstami i jesteście przekonani o tym, że Wasi adwersarze się mylą. Nikt nie jest alfą i omegą - ani Ty, ani ja, ani komentujący, więc pozwól sobie pomóc, pozwól na to, by krytyka Ci pomogła.

Wszelkie docinki typu: Nie masz, co robić w czasie wolnym? Brakuje ci przecinka przed że. Lansujesz się? Zazdrościcie autorce? Czerwony krzyżyk - nie musisz czytać mojego bloga jak Ci się nie podoba. Nie są merytoryczne, nie bronią Waszych racji. Gorzej: pokazują, że Wasi oponenci mają słuszność w swoich ocenach. Czas wolny - powinniście się cieszyć, że ktoś chce go na Was poświęcić, że wskazał Wam braki w warsztacie recenzenckim, że zaprzeczacie w swoim tekście sami sobie. Nie podoba ci się, to po co czytasz? - logiczne, jak cholera, bym rzekła, jeśli nie przeczytam Twojego tekstu, to jak mogę go ocenić? Jak mogę się do niego odnieść? No, właśnie, nijak. Nie jestem profesjonalistą - i nikt od Was tego nie oczekuję, ale... wiecie, że Google istnieje? Czasem wrzucenie jakiejś frazy do niego wystarczy, by uniknąć błędów, by merytorycznie Wasz tekst był dobrze przygotowany. Lansujesz się - jeden z moich faworytów, jak ktoś ma się lansować na krytyce, skoro dany komentarz będzie żył raptem kilka godzin? Może kilka dni? Nie zakładajcie z góry, że ludzie krytykujący mają złe intencje, nawet jeśli brzmią zgryźliwie, moim zdaniem pomagają Wam w rozwoju. Również To tylko Twoja opinia/To moja opinia jako teksty mające ucinać wszelkie polemiki nie sprawdzają się, bo im bardziej powołujecie się jedynie na swoje odczucia, tym... gorzej. Pamiętajcie, nie chodzi mi o to, że książka nie może Wam się nie podoba, że nie możecie oceniać negatywnie, chodzi mi o stosowanie tych argumentów, kiedy odpowiadacie na komentarz, który nie odnosi się w ogóle do tego, jaki macie gust.  

Na zakończenie

Apeluję: nie obrażajmy siebie na wzajem i nie obrażajmy się na siebie. Nie próbujmy głaskać się pięknymi słowami, które często są puste, są bez pokrycia - wskazujmy na błędy, pokazujmy potknięcia, jeśli wiemy coś lepiej: pomóżmy. Nie nazywajmy wszystkich negatywnych komentarzy hejtem, wreszcie: nie bądźmy wulgarni w stosunku nawet do najbardziej zgryźliwej krytyki, bo nie świadczy to o nas najlepiej...  Zatrzymajcie się, przemyślcie negatywne komentarze, a potem wróćcie do nich na chłodno: albo odpowiedzcie, albo nie.

Podsumowuję to słowami Grzegorza Pacewicza o hejcie: 

 Słowo to samo w sobie – oznaczając nienawiść – w praktyce bywa używane do naznaczenia wszelkiej krytyki osób, instytucji, wydarzeń, procesów, zjawisk, praw itp., które są niewygodne. Choć pierwotnie miało odnosić się do krytyki nieuzasadnionej i opartej na stwierdzeniach niemerytorycznych i na ogół emocjonalnych, to w praktyce bywa odnoszone do wszelkiej krytyki – także tej popartej argumentacją, nieraz bardzo mocną i rozbudowaną. Wystarczy proste naznaczenie – „hejt” – i cała argumentacja przestaje mieć znaczenie. Słowa, które znaczą dużo, w praktyce nie znaczą nic. I tak wcześniej czy później będzie też z tym słowem.

Wasza 
Matylda