Jest mi ogromnie miło, że jakoś trafiłeś na Leona. Jestem studentką kognitywistyki, pasjonatką książek i cappuccino. Może masz ochotę pozwiedzać Leona? Śmiało! Zapraszam! Z racji tego, że lubię zwiedzać blogosferę, proszę Cię o zostawienie linku do Twego zakątka internetu, o ile takowy posiadasz, w komentarzu :)

Dziś przychodzę do Was z pomysłami na świąteczne prezenty prost z chińskiego sklepu, który, notabene, uwielbiam, robię na nim stale zakupy - oczywiście, raz zdarzają się lepsze zakupy, raz gorsze, ale zazwyczaj jestem zadowolona, więc, do rzeczy!

Wybrałam dla Was kilka produktów, które - prócz darmowej przesyłki są również sprawdzone, sama je mam ;) I korzystam z radością! 

ZAKŁADKI

Marzyła mi się kiedyś taka właśnie zakładka, kiedy patrzyłam zazdrośnie na niektóre bookstagramy, Alie spełniło moje marzenie za dwa złote. 

Dodaj napis

Polecam Wam pakiety zakładek na Alie, sama mam kilka, a oto mój ulubiony: koty. Dla zakładkowych zbieraczy takie pakiety są świetnym pomysłem na prezent - ich nałóg zostanie z pewnością satysfakcjonująco utemperowany. 


Dodaj napis

Najpiękniejsza zakładka w mojej kolekcji - jest śliczna i świetnie się sprawdza! Korzystam z niej już od trzech miesięcy, jestem wciąż nią zachwycona. 


Dodaj napis

NOTES 

Notes jak z Harryego, trochę fantastyczny, na pewno klimatyczny. Polecam! 

Dodaj napis

LAMPKA

Coś do ułatwienia czytania, poręczne, dobrze świecące!
Dodaj napis

bonusik DLA BLOGERA KSIĄŻKOWEGO

Coś dla tych, którzy lubią zaznaczać cytaty w książkach - słodkie duszki. Korzystam, jednak musicie mieć na uwadze, że klej w nich czasem słabo trzyma, jednak... Są tak urocze i kosztują niecałe dwa złote! 
f
Mam jedną z planet, świetnie się sprawdza do zapisania cytatu albo jako memocard, gdy chcę pamiętać o jakimś poście na bloga. 

Dodaj napis

Z poniższymi zakładkami jest niestety podobny problem, jak z duszkami, klej jest dość słaby, jednak nieco lepszy niż w duszkach. Ale urokliwość jest 10/10. Sama mam pigwinki i jestem zachwycona. 

Dodaj napis


Matylda


Złotkowo – to mała (bądź nie, jak się potem przekonamy, ale nie wyprzedzajmy faktów) mieścina, w której żyje Michalina wraz z babcią Zosią i bratem-synem Bartkiem. Babcia Zosia prowadzi kawiarenkę – Cynamonowe Serca, dziewczyna jej w tym pomaga, jednak lokal przynosi coraz mniej zysków, a Miśka marzy, aby zacząć studia zaoczne. Kobiety decydują się założył pensjonat, do którego trafia czterech zupełnie różnych lokatorów, a każdy z nich skrywa jakieś traumatyczne przeżycie. Lena i Kaja – matka i córka, ta pierwsza wciąż nie pogodziła się z przeszłością. Artur – pracoholik dla którego święta, to idealna okazja, by nadrobić zaległości w pracy. I Wiktoria – staruszka, która wydaje się być opuszczona przez wszystkich. Ci bohaterowie sprawią, że na nowo poczujecie magię świąt! 

Sam pomysł przyjemny – idylliczne miasteczko w górach, gdzie każdy każdego zna, wszyscy o siebie dbają, dobroduszna główna bohaterka, która stanęła po śmierci matki na wysokości zadania i wychowuje dzielnie swojego młodszego brata. Zranione dusze szukające sensu życia… Świąteczna atmosfera, a wszystko okraszone magią miłości. Chcielibyście coś takiego przeczytać w zimowe wieczory? Cóż, chciejcie dalej! Bo „Wieczór taki jak ten” to… no, właśnie nie wiem co, harlequinem tego nie nazwę, bo tam wielokrotnie lepiej przedstawiony jest romans między bohaterami, obyczajówka to to też nie jest, może po prostu powieść o niczym? Wiem żaden to gatunek, ale inaczej nie da się tej książki zaklasyfikować. 

Mamy tutaj może trzysta stron, może nieco mniej, bo ostatnie poświęcone są na przepisy jak np. zrobić takiego anioła z masy solnej, trzysta stron, które nie mają ani składu ani ładu. Ta książka nie ma osi fabuły, mamy różne wydarzenia, różne scenki z życia bohaterów – przeszłość miesza się z teraźniejszością bez większego sensu – te wspomnienia nic nie wnoszą nowego do powieści, są jedynie wstawkami, by cokolwiek do niej upchnąć, by cokolwiek nowego się wydarzyło. A to znowu wracamy do wspomnień Miśki, a to do wspomnień Zosi, a to ktoś inny sobie wspomina i opowiada. Mamy czasowy misz-masz i wiecie, nic do tego nie miałabym, gdyby styl Gargaś był inny, a wydarzenia z przeszłości miały sens (wielokrotnie to opowieści, które można by zawrzeć w kilku zdaniach), ale autorka zamiast cokolwiek opisać, zamiast pomóc nam wczuć się w sytuację bohaterów tworzy dialogi na stronę, o, np. takie: 

„Kiedy Miśka weszła do kominkowego pokoju, bo tak nazywali salon, babcia ziewnęła.
— Idę do siebie — oznajmiła.
— Możesz zostać u nas.
Zosia roześmiała się.
— Faktycznie, mam daleko. Dwa kroki.
— Myślę, że dwadzieścia dwa.
Teraz śmiały się obie.
— Zanim pójdziesz, chcę ci oznajmić, że musimy udekorować „Cynamonowe Serca”.
— Do świąt jeszcze kilka tygodni.
— Za tydzień, dwa. [O co chodziło w tym dialogu? XD święta są za tydzień dwa, czy jak?]
— Tylko żebyś nie zamieniła kawiarenki w domek Świętego Mikołaja, jak rok temu.
— Czy coś ci się nie podobało w mojej dekoracji? — Miśka zaśmiała się.
— Girlandy bombek zwisały z żyrandoli i przy każdym otwarciu drzwi i podmuchu wiatru spadał z nich do talerzy gości srebrny pył.
— No i? — Miśka podparła się pod boki.
— Jedli dalej.
Parsknęły śmiechem. [Ja już się wcale nie dziwię, że traciły klientów ;)]
— W tym roku planuję poustawiać na parapetach choineczki z filcu, które uszyłam już latem. I nakleić na szyby płatki śniegu. Srebrne?
— A co z białymi jest nie tak?
— Białe były w zeszłym roku.
— No to właśnie mówię.
— Ale ja już wycięłam srebrne.
— Niech będą srebrne — zgodziła się Zosia.
— Zobaczysz, będzie pięknie.
— Zapewne.
Roześmiały się.”

Koń z rzędem dla tego, kto się chociaż raz roześmiał z bohaterkami! Styl w tej książce jest beznadziejny, co do tego nie mam żadnych wątpliwości. Gdyby autorka się bardziej postarała, ludzie zaczęliby może myśleć przy jej powieści – a przecież bestsellerem empiku nie zostają książki, przy których nie można napisać, że lekko się czytało. No, ale jak ciężko ma się czytać książkę, która jest po prostu scenariuszem? W której narrator to plotkara z targowiska, która próbuje nam wcisnąć historie z życia wszystkich sąsiadów? Narrator to kolejna opcja dialogowa, to kolejna część dialogu, nie jest on ani trochę różniący się od stylu wypowiadania bohaterów (bo wiecie trudno jest nadać poszczególnym postaciom unikatowe cechy) – no, może czasem są zdania bardziej rozbudowane. 

No, a jak przy postaciach już jesteśmy. Miśka – dziewczyna o złotym sercu, która irytuje na każdym kroku, o której wiemy, że nie chce by Bartek (jej brat) zwracał się do niej per mamo, bo autorka raczyła to zaznaczyć chyba cztery razy w powieści, kiedy chłopiec tak się do niej zwrócił… Czytelnik nie jest idiotą, naprawdę. Miśka ma 27 lat, jej matka Ilona umarła, kiedy dziewczyna miała lat 18. („Nie było mnie przy niej” — pomyślała z goryczą Miśka. Kiedy Ilona odchodziła z tego świata, córki przy niej nie było.”), zostawiając jej na wychowanie dziecko. Co ciekawe – nie wiem, gdzie był wtedy ojciec dziecka. Autorka raczyła wspomnieć, że on często gdzieś wybywał, że często znikał, ale… Nie rozumiałam, jak to się stało, że Ilona zaszła w ciążę, w dziesiątym tygodniu dowiedziała się, że ma raka, a ojca dziecka (Miśki również) ani widu ani słychu. Zresztą to tłumaczenie, dlaczego mężczyzna zniknął też nie ma sensu przy wydarzeniach z ostatniego rozdziału [spoiler: okazuje się, że facet jest czarnoskóry, więc był szykanowany i dlatego uciekał z Złotkowa, a przez całą powieść narrator wciska, że on potrzebował przestrzeni dla siebie – przy fakcie, w którym ojciec Miśki jest wyśmiewany przez społeczeństwo, jego żona o tym wie, a nie chce wyjechać z Złotkowa, to wcale nie świadczy o niej dobrze, o świętej Ilonie, jak ją próbuje nakreślać narrator – to świadczy tylko o jej egoizmie; mężczyzna nie zachował się dobrze, ale… cóż, postepowanie Ilony to zadra na jej idealnym charakterze]. Wracając do Miśki – to ją poznajemy najlepiej z całej gromadki bohaterów – nie jest ona jednak barwną postacią, bo tak naprawdę nie znamy Miśki. Wiemy o jej historii, ale nie wiemy, co dokładnie odczuwała, bo wszystkie informacje, jakie daje nam o niej autorka pochodzą z dialogów o niczym, albo retrospekcji z dialogami w roli głównej… Zresztą nie tylko tak z nią jest, tak jest też z pozostałymi bohaterami, którym można przepisać jedną cechę, a raczej przymiot: Artur – pracoholik, Lena – spoiler – wdowa, Wiktoria – zła teściowa, Babcia Zosia – babcia Miśki, Bartek i Kaja – dzieci. Dodatkowo są stereotypy! No, jak tak bez nich grafomania, prawda? Jak pracoholik to nie dba o dzieci, jak dobra babcia to tylko taka, która o siebie nie dba, jak zła babcia, to chodząca w szpilkach; jak łamacz serc to słodki, ale drań... W tej książce nie ma złych charakterów, nie ma nikogo, kto ciągnąłby fabułę. W pewnym momencie pojawia się romans, a wskazówka do niego to kilka opisów w dialogach, i może dwa spacery postaci, w którym nie ma pokazanej żadnej chemii między nimi. A postacie – nie tylko ta para – mówią do siebie „Pragniesz mnie, wiem to’’. I o, to tyle. To całe clue miłości tych bohaterów. 

A teraz dlaczego nie wiadomo w końcu jakie jest Złotkowo? 

„Miśka też nie rozumiała, dlaczego tato opuścił Złotkowo, maleńkie miasteczko w Bieszczadach. W Złotkowie mieszkali przecież dobrzy ludzie, którzy może czasami za dużo plotkowali, ale tak to już jest w małych miasteczkach. Przy głównej ulicy mieściły się babcina kawiarnia, poczta, sklep wielobranżowy i ciucholand. W bocznej uliczce piekarnia i sklep „Wszystko za 5 złotych”, a także przychodnia lekarska, a na wzgórzu — szkoła podstawowa. Czyli wszystko, co człowiekowi potrzeba, było pod nosem. Nie potrzebował do szczęścia wielkich miast.”

„Po maturze chciała iść na studia, ale jakoś brakło czasu. Pomagała babci prowadzić kawiarenkę, z której nie czerpały już takich zysków jak kiedyś. Turystyczne górskie miasteczko rozbudowało się, a dookoła jak grzyby po deszczu pootwierały się sieciówki, costy i starbucksy. Oczywiście do „Cynamonowych Serc” nadal zaglądali miejscowi i turyści, ale było ich mniej niż jeszcze trzy, cztery lata temu.”

Swoją drogą Sandomierz nie ma starbucksa, ale takie Złotkowo będzie miało! Ja wiem, wiem, Gargaśversum w każdym małym miasteczku jest! A potem znowu mamy o małej społeczności, w której plotki się szybko roznoszą… No, więc? Jak to jest? Dlaczego plajtowały? Hm?
Kilka dodatków: 

„W codziennych trudach wspiera ją jej babcia Zosia, właścicielka cukierni „Cynamonowe serca”. To za jej radą, by podreperować budżet, wnuczka postanawia na okres Bożego Narodzenia wynająć pokoje dla gości.”

Ktoś kto pisał ten blurb chyba nie czytał książki. Tylko spójrzcie na ten cytat: 

„Życie drożało, a pieniądze uciekały. Miśka nosiła się z zamiarem wynajmu pokoi dla turystów. Pomysł taty był naprawdę dobry.
— No nie wiem — powiedziała babcia, kiedy Miśka oznajmiła jej, co zamierza zrobić.
— Nadal będę ci pomagać w kawiarni. A wynajem przyniósłby dodatkowy dochód. Poza tym mogłybyśmy raczyć naszych gośćmi twoimi wypiekami. I chciałabym jeszcze... — urwała.
— Co byś chciała? — Zosia podniosła wzrok na wnuczkę.
— Robić coś, o czym od dawna marzę. Szyć i sprzedawać w naszej kawiarence rzeczy handmade. I lepić moje anioły. Wiesz, jak kocham anioły.
— Wiem. Masz artystyczną duszę. Tylko... Misia, tak wszystko naraz? Nie za dużo tych srok za ogon chcesz ciągnąć?
— A czemu nie? Bartek jest już dużym chłopakiem. A ja chciałabym w końcu iść na studia, może zaocznie? To wszystko kosztuje. Jego ubrania, wycieczki szkolne, moja przyszła nauka. Tato wyremontował poddasze, trzeba tylko kupić łóżka, odświeżyć ściany.
— Mam trochę oszczędności na czarną godzinę — powiedziała babcia.
— Ja też bym coś pokombinowała... — Miśka potarła skroń. — Dla chcącego nic trudnego.
— Właściwie czemu nie?
— No właśnie, czemu nie? Dzisiaj w nocy ulepię anioły. Gdybym tak każdego anioła sprzedała za jakieś 35 złotych, a ulepiłabym ich z dwieście... Zawsze coś.”

„Gdy dzień przed Wigilią do drzwi domu Michaliny zapuka jeszcze jeden gość, życie kobiety wywróci się do góry nogami.”

Nie, to nie będzie clue historii, to nie będzie też miało wielkiego znaczenia dla niej – to będzie na ostatnich stronach. Ale życie czytelnika się przewróci do góry nogami, spoiler, dziewczyna okaże się mulatką. Przez cała powieść nie jest to wspominanie, a nagle okazuje się, że miała problemy z tym w szkole, ogólnie to taki zabieg, by zaskoczyć czytelnika, bo wcześniej nic takiego się nie pojawiło, nic zaskakującego, żaden zwrot akcji, nic. 

Spoilerowy dodatek: 

"— Nie jestem jedną z wielu.
— Tak. Popytam o pracę dla ciebie.
Miśka mu się podobała. Intrygowała go i dlatego postanowił sobie, że ją zdobędzie.
— Mogę zostać? — zapytał.
— Jak to zostać?
— Chciałbym spędzić z tobą ten weekend.
— Nie musisz wracać do pracy?
Pokręcił głową.
— Zadzwonię i powiem, że już nie wrócę.
Został.

Od tej pory byli nierozłączni.

— Uważaj, Miśka. — Anastazja w kółko jej to powtarzała.
— On się przy mnie zmienił.
Nastka uśmiechała się pod nosem.
— Co ty o nim wiesz?
— Spędzamy ze sobą mnóstwo czasu.
— Znasz jego rodzinę?
— Nie.
— To może czas poznać.
Nastka po raz kolejny zasiała w sercu Miśki ziarno niepewności."

Widzicie, jaki piękny styl? Jaki dialog? Jak nie wiadomo, co kto mówi? Przeczytajcie na głos, będzie jeszcze śmieszniej. 

Nie polecam Wam tej lektury. Z całego serca ją odradzam. To najgorsza książka jaka przeczytałam w 2017 roku. Książka, która nie ma fabuły, a jest zlepkiem wydarzeń, w której bohaterowie zmieniają się, jak za sprawą magicznego zaklęcia. Ta powieść to smutna opowieść o tym, jak marketing może sprawić, że grafomania stanie się czytana.
Jestem naprawdę pod głębokim wrażeniem kunsztu literackiego pewnej pisarki. Już dawno nie obcowałam z takim słowem....
Opublikowany przez Leon Zabookowiec na 4 grudnia 2017


Poczuliście kiedyś ukłucie w sercu, gdy zamiast lodów w pudełku znajduje się mrożony koperek? Straszne uczucie, prawda? Rozczarowanie... No, ja tak właśnie miałam, jak zamknęłam "Zranionych" Ward. Ja i New Adult, ja i wszystkie te romansy, nie jesteśmy ze sobą na "ty", raczej per "i po co to sobie znowu robisz?" i "podchodzę do Ciebie tylko z kijem". Teraz było jednak inaczej, patrzyłam na okładkę i powiedziałam sobie "no, stara, kiedyś musi być ten pierwszy raz". I tak czytam i czytam, i czytam i czekam na rozwinięcie historii, kiedyś ten wstęp musi się przecież skończyć, a wtedy nagle książka się zamyka, jak drzwi w tramwaju, na który człowiek musiał zdążyć, ale jednak się nie udało. I siedzę tak zaskoczona, patrzę na okładkę, jak na uciekający transport. Nie psioczę, ale jestem po prostu zszokowana. Dwieście stron to chyba dla Ward zdecydowanie za mało, by zawrzeć jakąś pełniejszą historię - taką z głębią, jak w Rowie Mariańskim, w Zranionych dostaniemy Żuławy Wiślane. Ona ma potencjał, ale nie potrafi go rozwinąć. 

Sidney i Peter to dwie zranione dusze. Ona i on skrywają ciemne tajemnice, którymi bardzo rzadko dzielą się z postronnymi. Połączyła ich seria pomyłek - ale bez happy endu. Jednak coś wciąż ich do siebie ciągnie, są jak dwa magnesy, które będą się wzajemnie przyciągać, ale czy mają szansę? On jest nauczycielem akademickim, ona jego studentką, taki układ nie wchodzi w grę... Cienie przeszłości przecież czyhają, a przyszłość nie wydaje się kolorowa. 

Historia opowiedziana jest z perspektywy pierwszoosobowej, przez opowieść prowadzi nas Sidney, którą od pierwszej strony polubiłam, co mi się mimo wszystko rzadko zdarza, chociaż z rozdziału na rozdział moja sympatia do niej stawała się sinusoidą. Raz dziewczyna mi pasowała, innym razem nie, ale w ogólnym rozrachunku nie jest to postać irytująca, a jej zachowania można uargumentować sytuacją, w jakiej się w przeszłości znalazła. Nie jest trudno odgadnąć, co spotkało bohaterkę, smuciło mnie też to, że Sidney swój sekret dość szybko wyjawiła. Ta szybkość to właśnie jedna z głównych wad powieści. Sidney i Peter dla mnie mają za mało czasu, by się lepiej poznać, a chociaż Sidney w narracji dodaje raz po raz coś od siebie, to mimo wszystko czytelnik ma wrażenie, że ona nie do końca ma pojęcie, o czym właściwie mówi, komentując dane dialogi... Że nie jest w stanie na podstawie krótkiej wymiany zdań wysunąć swoje wnioski. Muszę jednak przyznać, że zakazana relacja Sidney i Petera mnie ujęła. Ich historia jest (mimo tego, że należy do gatunku New Adult, więc jej bohaterowie są dość mocno skopani przez życie) urocza i przypomina mi komedię romantyczną - pełną pomyłek i zawirowań losu. To jest atut powieści, to i przekomarzanie Petera i Sydney. Można przy tej powieści zdecydowanie odpocząć - postacie nie irytują (przesadnie), wydarzenia mają logiczny ciąg (chociaż wielokrotnie są sztampowe), język nie jest wymagający, więc fani pięknych metafor z pewnością nie znajdą tu nic dla siebie. Przeczytałam tę powieść w ciągu dwóch godzin, czy się dobrze bawiłam? Mogę przyznać, że niejednokrotnie tak. Bierzcie pod uwagę to, że raczej Zranieni Wami nie wstrząsną, nie sprawią, że zmienicie patrzenie na świat, że będziecie mieli książkowego kaca - to nie ta literacka liga. 

Oprócz Sidney i Petera w książce pojawia się cała paleta postaci, jednak jest bardzo bladziutka, w tej chwili nie jestem w stanie przypomnieć sobie choćby jednego imienia postaci drugoplanowej. Zostały bardzo słabo zarysowane, nie znamy ich historii, nic o nich właściwie nie wiemy, mają kilka cech, a raczej ról do odegrania: "palant", "czaruś", "przyjaciółka I", "przyjaciółka II", "demon przeszłości" i to raczej tyle. 

Ta historia nie jest wielowarstwowa, nie jest emocjonalnym rollercoasterem, jest po prostu romansem, który ma w sobie potencjał na coś więcej, bo liczę na to, że ostatnie strony powieści zapowiadają coś o wiele ciekawszego od tego, co dostałam w pierwszej części. A Ward ma szansę pokazać, że potrafi nie tylko tworzyć pełnokrwiste główne postacie, ale również te w tle. Ogólnie, co mogę powiedzieć? Historia dla tych, którzy dopiero zaczynają przygodę z romansami, starzy wyjadacze nie znajdą tu raczej nic dla siebie, zwłaszcza, że ja jako czytelnik raczej stroniący od miłości w książkach przewidziałam większość wątków... Historia dla młodszego czytelnika i tego planującego podróż pociągiem. 

Niech Book będzie z Wami, 
Matylda

Za książkę dziękuję wydawnictwu Editio Red.


Zdaję sobie sprawę, że nie każdemu ta sfera internetów jest znana, wiem również, że nie wszyscy lubią analizatornie, ale ja należę do grupy osób, która je uwielbiają, więc postanowiłam podzielić się z Wami kilkoma linkami. Nosiłam się z napisaniem tego postu od powstania bloga, więc z wielką przyjemnością sklecę parę słów o tych stronach, by zachęcić Was do ich odwiedzenia. Post o analizach książek rozpocznie serie Rzecz gustu, zawierać w niej będę informacje o tematach, które niekoniecznie muszą się wszystkim przypodobać.

Dla laików ABC analizatorni.

Niezatapialną Armadę Kolonasa Waazona odwiedzam stosunkowo często i chyba to właśnie ona była pierwszą stroną tego typu, na którą natrafiłam. Lubię teksty oferowane przez twórców NAKWY, można się przy nich i odstresować, i złapać za głowę, czytając o niektórych pomysłach autorek. NAKWA skupia się na analizach internetowych opowiadań, ale czasem załoga Kolonasa Waazona robi abordaż na książki. Wśród analizowanych na blogu powieści są: dwa tytuły spod pióra Katarzyny Michalak Bezdomna oraz Nie oddam dzieci, dzieło Ilony Felicjańskiej Wszystkie odcieni czerni oraz Andrzeja Ziemiańskiego Achaja, sądzę, że ta ostatnia wypadła najlepiej, ale to tylko moja zupełnie subiektywna opinia. Pozostałe też są świetne, w każdym tekście znajdziecie: zabawne podsumowania, ciekawe wnioski i profesjonalizm, jeszcze nigdy nie znalazłam w analizach NAKWY choćby próby obrażenia autora, czy to wydanego czy blogaskowego, jednak pisaniny o błędach wszelakich jest tam od groma.

Przyczajona logika, ukryty słownik może poszczycić już niemal siedmioletnim stażem w blogosferze. PLUS, podobnie jak NAKWA skupia się na analizie opowiadań, ale nie tylko ich można szukać w tym zakątku internetu, mamy tu również kilka książek:  Michalak Grę o Ferrin, Leanna Renee Hieber Dziwna i piękna opowieść o Percy Parker, Stephanie Mayer Przed Świtem. Jeśli ktokolwiek z fanów fantastyki, jeszcze o  Grze o Ferrin nie słyszał, to PLUS jest idealnym miejscem, by nadrobić zaległości ;)

Beige i Maryboo: Zmierzch
Dziewczyny zanalizowały całą sagę, ale to właśnie ta część mnie najbardziej urzekła. Na Brzask, czyli Zmierzch oczami anty trafiłam przed maturą, niedługo miną trzy lata od tego momentu. Jak ten czas gna! Szczerze mówiąc, na tej stronie najbardziej urzekł mnie system przyznawania punktów poszczególnym bohaterom/zdarzeniom/przejawom głupoty. Polecam wszystkim serdecznie! Dziewczyny uwielbiam za ich ciężką robotę, która nie raz i nie dwa poprawiała mi nastrój, chociaż lubię wszystkie ekipy analizatorskie, to jednak Beige i Maryboo wspięły się u mnie na pierwsze miejsce. Ich cięty humor, znajdowanie błędów, wyjaśnianie patologii, jest po prostu cudowne.

Ich dorobek zawiera: 
Selekcję, ta seria właśnie jest omawiana, na Księciu do wzięcia znajdują się już trzy tomy trylogii/kwadrologii(?): Rywalki, Elita, Jedyna teraz prym na blogu wiedzie Następczyni. 

Czarne owce literatury
Niestety Czarne owce wstrzymały swoją działalność, jednak ich teksty wciąż wiszą na blogu, a można znaleźć tam takie tytuły jak Eragon Paoliniego, Dziewiątego Maga oraz Grę o Ferrin Michalak. Sądzę, że ta pisarka (nie dziwię się), cieszy się niezwykłym powodzeniem wśród analizatorskiej gawiedzi, niemal wszędzie można spotkać którą z jej powieści. Polecam analizę Gry na Czarnych owcach, jest warta uwagi ;)

A Wy, co sądzicie o analizach? Czytacie? Lubicie? Nie znosicie? Dajcie znać w komentarzach!


Niech Book będzie z Wami, 


źródła: grafiki wykorzystane w poście to screenshoty omawianych blogów, te w nagłówku również:)