Jest mi ogromnie miło, że jakoś trafiłeś na Leona. Jestem studentką kognitywistyki, pasjonatką książek i cappuccino. Może masz ochotę pozwiedzać Leona? Śmiało! Zapraszam! Z racji tego, że lubię zwiedzać blogosferę, proszę Cię o zostawienie linku do Twego zakątka internetu, o ile takowy posiadasz, w komentarzu :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zysk i S-ka Wydawnictwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zysk i S-ka Wydawnictwo. Pokaż wszystkie posty

Taniec to moje małe guilty pleasure, uwielbiam oglądać filmy z nim w roli głównej, więc mam za sobą wszelkie Dirty dancingi, Step upy czy ostatnio przeze mnie obejrzany High Strung. W Londynie byłam na musicalu, ogólnie: tańczyć nie umiem, ale oglądanie tańca uwielbiam. Więc, gdy napisała do mnie autorka Uwertury, byłam szczerze zaintrygowana powieścią, bo jeszcze nigdy nie czytałam książki z tanecznym wątkiem. Czy podróż przez powieść Adrianny Rozbickiej była przyjemna? Czy mogę powiedzieć, że spełniła moje oczekiwania? Co z tańcem? Wypadł dobrze czy raczej niekoniecznie? 

Alicja to dziewczyna z traumatyczną przeszłością, po śmierci jej brata opuścił ją ojciec, matka odwróciła się od córki w momencie, w którym najbardziej potrzebowała jej troski i miłości. Sensem życia Alicji stał się taniec, to mu poświęcała każde wolne godziny, aż wreszcie to on stał się jej pracą, jednak wypadek zakończył jej marzenia. Życie straciło dla dziewczyny cały sens, ale, Alicja nie poddała się. Nawet jej własne ciało nie może pogrzebać jej wieloletniego wysiłku: chce wystąpić w rewii. Ale czy będą ją tam chcieli? Czy jej talent będzie znaczył więcej niż papierek ze szkół tańca? Czy odnajdzie się wśród profesjonalnych artystek? Nie będzie miała łatwo, już pierwszego dnia na celownik bierze ją producentka rewii - Iza, która posunie się do wszystkiego, by osiągnąć sukces, a jej sukcesem jest sukces produkcji, nie widzi możliwości, by Alicja przyczyniła się do niego. Alicja to dla Izy problem, to szmaciana lalka w teatrzyku pełnym porcelanowych lalek - z niewyobrażalnym talentem, ale bez profesjonalnego przygotowania. Dziewczyna będzie musiała nie tylko pokonać wciąż odzywającą się starą kontuzję, ale również samą siebie, Izę, byłego chłopaka, matkę, która usilnie próbuje ustalić, co jest dobre dla córki, a co nie. Czar marzeń zawładnął życiem Alicji, czy będzie w stanie je zrealizować? Czy może odpuści? Czy podda się despotycznej Izie, a może matka ją wreszcie przekona, by się ustatkowała, a nie podążała za niemożliwymi do spełnienia mrzonkami... 

Muszę przyznać, że oczekiwałam czegoś innego, ubzdurałam sobie, że Uwertura z pewnością będzie romansem - nie wiem, skąd tak błędne przeświadczenie. Może dlatego, że polskie autorki kojarzę głównie z ckliwych historii, które nie porywają? Które gonią sztampę za sztampą? W których bohaterki na widok pierwszego lepszego mężczyzny, od razu się zakochują? Może. To nieważne. Ważne jest moje miłe zaskoczenie, że wątek miłosny pojawił się, co prawda w Uwerturze, ale był tylko tłem dla tanecznego... dramatu? Obyczajówki? Trudno to jednoznacznie stwierdzić, bo powieść jest wielowątkowa, fakt: miłość jest solistką w Uwerturze, ale jedynie ta do tańca. 

Autorka skupiła się na sferze obyczajowej, na tym by pokazać na czym polega produkcja tanecznego show, na kreowaniu Alicji. Bohaterka na początku była dla mnie zbyt idealna - pięknie tańczy, ma talent, zbyt niepowtarzalna - niezwykły kolor oczu, kręciła nosem, ale w miarę rozwoju akcji zaczęło do mnie docierać, że ta dziewczyna to kłębek nieszczęść, który oprócz własnej siły i właśnie tego talentu nie ma nic więcej. Zaczęłam doceniać jej upór, podziwiać jej starania, by wrócić do tańca. Zaczęłam jej wreszcie kibicować! Alicji nie można było nie lubić, to bohaterka, która łatwo się nie poddaje, która chociaż czasem płacze po nocach i miejscami użala się nad swym losem, to jednak: ma powody. To nie jest płacz, który wynika z niczego, autorka przysporzyła naszej bohaterce od groma problemów, a największym była Iza, która na każdym kroku próbowała udowodnić swoją wyższość nad całym światem i Alicją... Była to niestety... Scary Sue - przeciwieństwo Mery Sue, czyli postać tak złowieszcza, że gorszej nie ma, w Izie brakowało mi jedynie szaleńczego śmiechu do kompletu. Chociaż jej działania były usprawiedliwione egoistycznymi pobudkami, to moim zdaniem, zbyt dużo trupów pojawiło się na jej drodze do celu. Była aż za bardzo zła, żaden promyk nie rozjaśniał jej wizerunku - nie lubię takich za mocno zarysowanych antagonistów. Jak Iza zwracała się do Alicji, to niemal zawsze z niej drwiła, jak Iza wykorzystywała innych, to na całego - nie oszczędzała nikogo, nawet najbliższej rodziny. Ten promyk, ta jedna dobra cecha mogłaby uratować w moich oczach kreacje bohaterki, niestety była ona zbyt... zła. Zbyt jednoznaczna. Cóż - Iza jest jedyną zadrą w Uwerturze, właściwie jej jedynym mankamentem, który dostrzegłam podczas kartkowania powieści. Czytając, zastanawiałam się, czy felerem nie będą zbiegi okoliczności, których w powieści jest całkiem sporo, jednak zamykając debiut Rozbickiej i po rozmowie z koleżanką, stwierdziłam, że działają im plus, nie im minus. Dlaczego? Bo takie jest właśnie życie! Nie zrozumcie mnie źle, nie były to zbiegi okoliczności pokroju: spotkała go na ulicy, okazało się, że on też kocha jazz, razem zaczęli tańczyć, bo uwielbiają tego samego choreografa. Raz były subtelne, innym razem mniej, ale służyły kolejnym elementom fabuły, które w końcowych scenach ułożyły się w piękną całość.

Fabuła, którą starałam się opisać jak najlepiej mogłam, by nie spoilerować w drugim akapicie jest jednym z silniejszych elementów powieści: zaskakuje i trzyma w nieustannym napięciu, chciałam wiedzieć czy Alicji się uda, chciałam poznać jej losy i ludzi z nią związanych. Historia porusza wiele wątków: od wspierania najbliższych w każdej sytuacji, po alkoholizm, rodzicielską miłość, aż wreszcie po spełnianie marzeń, po dążenie do celu, po pasję i miłość. Jest to historia różnorodna. Taniec spaja wszystkie te wątki. Uwertura pokazuje życie tancerza: wzloty, upadki, trudy i... toksyczność. Taniec dla wielu postaci jest jak narkotyk, od którym łatwo się uzależnić, ale ciężko go odrzucić. Rozbicka najlepiej właśnie opisuje sceny tańca, miałam wrażenie, że go oglądam, nie o nim czytam, autorka nie sili się na ogromne opisy miejsc, idzie w emocje, gra na nich dzięki słowom, ale popisowe numery to wspomniane już taneczne sceny. Po tekście się płynie, nie ma zgrzytów np. w postaci sztucznych dialogów, bo takich tutaj nie uświadczycie, niemal każda z postaci mówi własnymi niemożliwymi do podrobienia głosami. Autorka nie skupia się w narracji na Alicji, dzieli ją na wielu bohaterów, dzięki temu mamy dość dobry ogląd na sytuacje. 

Autorka poradziła sobie również z kreacjami postaci (oprócz wspomnianej Izy). Najbardziej polubiłam Muzyka, z którym z pewnością złapałabym wspólne fale, jednak nie odgrywał on aż tak istotnej roli w powieści, pojawiał się w ważnych momentach, by potem gdzieś się ulotnić. Bohaterowie, którzy dostali swoje pięć minut zazwyczaj byli przydatni do dalszej części historii, ciągnęli ją, nie pojawiali się bez powodu. Mati, przyjaciel, o którym wiele osób marzy - wysłucha i wesprze, zażartuje, gdy potrzeba, pomoże, jedna z najmilszych postaci w całej książce. Kaśka - nie polubiłam się z nią, jednak nie można ją uznać za antagonistkę, była raczej postacią dość irytującą. Aż wreszcie Pierre - bohater wielowarstwowy, jak cebula, genialny choreograf, który dostrzega talenty i potrafi poprowadzić ludzi do celu. Nie chce o żadnym bohaterze się rozpisywać, by przypadkiem nie ukraść Wam zabawy odkrywania ich celów, ale... nie są to bezwolne marionetki, to ludzie z krwi i kości, bowiem mają tajemnice, obrywają od losu, wreszcie: nie są bez skazy. 

Recenzja historii Alicji nie jest łatwa do napisania, by nie zdradzić Wam istotnych szczegółów. Jednak muszę podzielić się z Wami pewną myślą: upór i pewna doza egoizmu w Ali sprawiły, że zamykając powieść, zastanawiałam się czy kiedyś nie stanie się tak rozgoryczonym człowiekiem, jakim była Iza, że krok mógłby ją dzielić od współdzielenia cech charakteru z producentką rewii... Debiut Rozbickiej jest wart uwagi, powiem więcej: jeśli lubicie powieści przepełnione potem ciężkich ćwiczeń, dążeniem do celu, emocjami, które wylewają się z każdej strony powieści, to chwyćcie po Uwerturę. Nie musicie dawać Rozbickiej taryfy ulgowej, traktować ją jako nieopierzoną debiutantkę, której mogło coś nie wyjść, Uwertura to powieść, którą przemierza się tanecznym krokiem... Wielki finał czeka, może się skusisz na taneczną przygodę?

Tytuł: Uwertura
Autor: Adrianna Rozbicka
Wydawnictwo Zysk i S-ka
Oprawa: Miękka
Rok wydania: 2017
Ilość stron: 448






Niech Book będzie z Wami, 
Matylda

fff

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Autorce i wydawnictwu 


Diana – ukrywa tajemnicę, która nie pozwala jej żyć normalnie. Pięć lat temu przez jej nieuwagę wydarzyła się tragedia. Odtrącona przez rodziców wyjechała na studia do innego miasta, nie potrafi jednak zapomnieć o przeszłości. Kiedyś najbardziej pragnęła przebaczenia. Teraz nie pragnie już niczego.


Karol – z wyglądu niegrzeczny chłopiec, wychowany „na złej ulicy”, student ekonomii i bokser. Kiedyś, w innym życiu, Diana i Karol spotykali się. Nie traktowali tego poważnie, ale to, co ich rozdzieliło, było śmiertelnie poważne. Pięć lat później wpadają na siebie na studenckiej imprezie. Przypadek? Żadne z nich nie wierzy w przypadki. Szybko okazuje się, że stają się dla siebie bardzo ważni. Czy razem uda im się zbudować wspólną przyszłość? Bez względu na wszystko…[opis z lubimyczytać]


Gdy już udało mi się podejść do romansu bez żadnych uprzedzeń, bez napompowanego balonika oczekiwań, spotkało mnie gorzkie rozczarowanie. Wszystko, co zawierali Urodzeni, by przegrać mogłabym określić mianem: sztampa. Sztuczni bohaterowie, ona - Diana - idealna pod niemal każdym względem: mądra, inteligentna, piękna i z tajemną tajemnicą, on piękny i każda, powtarzam KAŻDA kobieta z marszu się do niego ślini (zostało to kilkakrotnie podkreślone w książce, jaki to Karol nie jest przystojny, jakie z niego to umięśnione ciacho...) plus jego nieciekawa przeszłość, której można domyślić się niemal od pierwszych stron, ponadto uganiał się kiedyś za spódniczkami, ale Diana zawsze była dla niego istotna i nigdy o niej nie zapomniał. Gdyby oni mieli jeszcze jakiekolwiek charaktery, jakieś głębsze uczucia, gdyby zostali jakoś szczególniej zarysowani, nie, no, bo po co? Dostajemy dwa kartony o uroku wałka do mięsa, które lubują się w sobie, bo tak, bo inaczej być nie może, ona niby się waha, ale to nic, zaraz jej przechodzi, bo on taki dobry, taki miły... Zgrzytom zębów nie było końca! 

Wydarzeń w tej powieści jest tyle, co kot na płakał. A w wyścigu o najbardziej mdły i cukierkowy początek Urodzeni, by przegrać zostawia konkurencję daleko w tyle. Na koniec zostałam uraczona zalążkiem jakieś akcji... Niby zaczyna się szczególnego dziać, ale te wszystkie zawirowania fabularne są na tyle niepoważnie przedstawione, że miałam ochotę rozstać się raz na zawsze z tą powieścią. No i to zakończenie! Z czym do ludzi! Niby miało być słodko-gorzkie, a wyszła jakaś telenowela. O, to jest bardzo dobre słowo do określenia Urodzonych, by przegrać, zwłaszcza, że przez większą część powieści dostajemy same dialogi, należy tutaj nadmienić, że niezwykle bezsensowne (bo ileż to można rozmawiać o imprezach, psach, studiowaniu etc.) raz po raz przerywane jakimiś mniejszymi czy większymi didaskaliami. Gdybym chciała tylko je czytać, to bym sobie jakiś dramat kupiła, a czekajcie... tragedię już dostałam. Wiecie co się stanie jeśli podrzucicie piłkę? Spadnie. Oczywiste, prawda? Tak samo jak większość nagłych zwrotów akcji w tej powieści. Ogólnie miało być wielu momentach smutno i miałam przez tę książkę dostać emocjonalnego kopa, ale przez drętwość narracji nie mogłam wczuć się w wydarzenia, Bohaterowie (bo to oni na zmianę prowadzili narrację) w ogóle nie różnili się sposobem wysławiania, gdyby nie odmienne końcówki osobowe nie zorientowałabym się, że właśnie nastąpiła jakakolwiek zmiana perspektywy! Postacie drugoplanowe też nie grzeszą charakterami, dostajemy głupiutkiego studenta socjologii Haribo, który występuje chyba tylko po to, by rzucać nieśmiesznymi uwagami i szukać okazji do zdobycia dziewczyny. Jest też Marta przyjaciółka Diany, która jest najbardziej papierową postacią ze wszystkich, jest bo jest, po co drążyć temat, nie wiemy o niej niemal nic, tylko to, że uczy się do matury i miała niedawno dość mocno traumatyczne przeżycia, jednak zostało to tak bezpłciowo przedstawione, że w ogóle mną nie zatrząsnęło, a ilość zła, które ją spotkała jest dość spora... Statysta. Tło. Papier.    

Mogliście zauważyć w moich poprzednich recenzjach, że nie cytuję opisów wydawców, próbuję za to przybliżyć Wam fabułę za pomocą własnych słów, tutaj jednak pokusiłam się o opis fabuły zapożyczony ze strony lubimyczytać, dlaczego? Aby oszczędzić Wam czytania tej powieści, tam jest niemal wszystko zawarte! No, może bez ostatnich stu stron, ale więcej się tam nie dzieje... Dochodzi do dramatycznych zdarzeń, ale book mi świadkiem, są tak absurdalne, że nie należy ich wspominać. Plus: na końcu miałam wrażenie, ze Karol to jeden wielki buc, któremu ktoś powinien coś przetrącić, bo co jak co, ale jego zachowanie do najmądrzejszych nie należało. 

Werdykt? Owszem, da się przeczytać, ale można najspokojniej w świecie sobie odpuścić, istnieją lepsze romanse, które podobnie jak ten czyta się łatwo i bezboleśnie, ale czy to czyni tę lekturę naprawdę wartą czasu? Wątpię. 

Urodzeni, by przegrać Iga Wiśniewska
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
data wydania: 12 września 2016
ISBN: 9788365521002
liczba stron: 300

Book z Wami, 
Matylda

Ostatnio mogliście zauważyć, że zauroczyła mnie proza Sandersona, przeczytałam już wszystkie dostępne u nas tomy należące do serii Ostatnie Imperium, więc gdy dowiedziałam się o Mścicielach, czyli najnowszym wydanym w Polsce cyklu autora, popędziłam do księgarni... Powieść Stalowe Serce toczy się w post-apokaliptycznym świecie, w którym zwykli ludzie nabywają nadprzyrodzonych zdolności, stają się Epikami, jednak nie ma w nich ani odrobinę pokładów empatii i chęci czynienia dobra, Epicy to mordercy, to tyranii, to wreszcie przeciwieństwa superbohaterów. Stalowe Serce należy do osób posiadające nadprzyrodzone zdolności, niepodzielnie włada Newcago - miastem pogrążonym w wiecznych ciemnościach, którego budynki... zmieniono w stal. W tym brutalnym pełnym śmierci świecie egzystuje David, jego marzeniem, nie, to złe słowo, jego celem jest dołączeniem do Mścicieli - ostatnich ludzi, którzy podejmują się walki z Epicami. David widział coś ważnego. Coś, co może pomóc obalić tyrana. Zobaczył, jak Stalowe Serce krwawi. 

Zawiodłam się. Męczyłam tę książkę dwa tygodnie! Czytałam ją partiami, zgrzytając zębami. Nie podejrzewałam, że kiedykolwiek będę narzekać na powieść, którą wyjdzie spod pióra Sandersona, a tu proszę. Zabrakło mi akcji. Zabrakło mi wyraźniej zarysowanych postaci. Miałam za to przesyt Davida robiącego maślane oczy do jednej z członkiń Mścicieli. Zdaje sobie sprawę, że mogło to być spowodowane jego fascynacją samą organizacją, ale z drugiej strony... Wątku romansowego było zdecydowanie za dużo. Główna oś fabularna, czyli planowanie zamachów na Epików, szukanie wskazówek dotyczących ich słabości, poznawanie historii grupy, historii świata, wszystko zostało zepchnięte na drugi tor. David nawet w momencie zagrożenia rozmyśla o Megan, o tym co do niej powiedział, jak to brzmiało, za co się na niego gniewa, czemu patrzy tak groźnie... Nie tego szukałam. Niby było napisane fantasy for young adult, ale nie spodziewałam się, że to pójdzie aż w tym kierunku. Sytuacji nie ratują postacie poboczne, których jest całkiem sporo, ale są tak tajemnicze, tak słabo omówione, że robi mi się przykro. Na ostatnich czterdziestu stronach akcja przyspiesza, ale wcześniej jest taka... powolna? Atmosfera też powieści nie ratuje, na początku była świetna (kiedy nie było Megan), a potem robi się taka rozlazła, aż wreszcie wcale nie czuje się przygniatającej rzeczywistości. David to chłopak, który całe życie spędził na gromadzeniu informacji o Epikach, jest odważny, doskonale improwizuje, właściwie... cóż, on niemal zawsze robił coś nieprzewidywalnego. Gdyby nie te jego podrygi do Megan nawet mogłabym go polubić... Kolejnym aspektem jest tłumaczenie, niektóre imiona Epików były tłumaczone inne już nie, mamy więc Stalowe Serce, ale z drugiej strony mamy Confluxa... Nie podobała mi się ta niekonsekwencja. 

Z racji zakończenia pewnie sięgnę po drugą część Mścicieli, ale już nie będę podchodzić do lektury oczekując czegoś ambitniejszego, do Pożaru podejdę raczej z dystansem, nie spodziewając się fajerwerków. Sanderson mnie zwyczajnie zawiódł.


autor: Brandon Sanderson
data wydania: 8 czerwca 2015
liczba stron: 444 


Jak to jest być nietoperzem? Jak to jest widzieć uszami? Możemy jedynie to sobie wyobrazić, ale nigdy nie będziemy wiedzieli, w jaki sposób on odczuwa, poznaje świat i doświadcza go… Podobnie jest z ludźmi dotkniętymi różnego rodzaju zaburzeniami w funkcjonowaniu mózgu, które sprawiają, że nie jesteśmy w stanie wczuć się w sytuację drugiej osoby — bo jak to jest potrafić pisać, ale nie czytać? Jak to jest mylić przedmioty, które kiedyś znało się bardzo dobrze, znać nazwy, ale stracić umiejętność nazywania? Jak to jest nie rozpoznawać twarzy najukochańszych osób i mylić je z kapeluszami? Jak to jest pamiętać każdy dzień życia? Wreszcie, jak to jest pamiętać jedynie kilka ostatnich sekund, nie wiedzieć, kim się jest, ani gdzie i dlaczego? W „Mężczyznę, który pomylił swoją żonę z kapeluszem” Sacks nie próbuje odpowiedzieć na pytanie „jak”, ale „dlaczego”, a robi to w błyskotliwy i przystępny sposób. Daje zwykłemu czytelnikowi dostęp do dwudziestu czterech niesamowitych historii, które opowiadają o ludziach, których umysłów nie jesteśmy w stanie rozszyfrować, czasem nawet nie jesteśmy w stanie określić, jaka choroba im dolega…

Na tym mogłabym już skończyć swoją recenzję, bo myślę, że powiedziałam już wystarczająco dużo, by zachęcić do lektury. Może i nie jest ona płytką opowieścią o miłości, która odgrzewa kolejne kotlety, może i nie jest pełna zamków i uwięzionych w nich księżniczek, ale jest tekstem, który opowiada o niezwykłych ludziach, który w wyniku wypadku, w wyniku zmian rozwojowych, nie są normalni. Ich historie są niesamowite i pouczające, to co ich spotkało przecież może zdarzyć się każdemu.

Każdy z nas ma swoją historię życia, wewnętrzne opowiadanie - którego ciągłość, sens, jest naszym życiem. Można powiedzieć, że każdy z nas konstruuje i żyje swoje "opowiadanie", a to opowiadanie jest naszą tożsamością.
Czy zastanawiałaś/eś się kiedyś czym jest dla ciebie wewnętrzne widzenie ciała, czym jest spostrzeganie twarzy, czym jest rozpoznawanie słów, czym jest wreszcie świadomość, że ta prawa noga i lewa ręka są Twoje? Takie pytania pojawiły się mimochodem, gdy skończyłam lekturę „Mężczyzny, który pomylił swoją żonę z kapeluszem”. Tekst Sacksa zmusza czytelnika do refleksji, chociaż autor nie robi tego nachalnie, ba! nie nakłania do tego, po prostu te kwestie pojawiają się samoistnie i pozostawiają w umyśle na długi czas. Książka angielskiego neurologa, przyjaciela twórcy neuropsychologii Aleksandra Łurii, nie jest trudna, wręcz przeciwnie jest zrozumiała i nie można się przy niej nudzić, chociaż to tekst stricte naukowy. W „Mężczyźnie…” poznajemy ludzi, nie numery, nie przypadki, ale osoby z krwi i kości — ich trudności z powrotem do normalnego życia, które w takiej formie jak wcześniej znali, jest już nierealne, ale oni walczą, próbują poznać swoje ograniczenia i nowe perspektywy. Czasem jednak powrót jest niemożliwy i muszą pozostać w nowym świecie, jak staruszek, którego umysł cofnął się do jego młodzieńczych czasów i uważa, że wciąż jest żwawym dziewiętnastolatkiem. Ich choroby bywają niebywałe i przerażające, uświadamiają, że człowiek jest, a za chwilę może go nie być, nawet jeśli jego ciało jest wciąż doskonałym stanie, ale umysł już nie.

Zapraszam do tej niezwykłej lektury, obiecuję, że się nie zawiedziecie. Nie chcę dawać jej punktów, bo sądzę, że to bezcelowe, takie książki są poza oceną.

Tutaj znajdziecie stronę Doktora Sacksa (to właśnie ona jest źródłem zdjęcia) już niedługo jego postać powinna pojawić się w "Booku dzięki", dlaczego jeszcze nie teraz? Bo pozostała mi lektura dwóch książek jego autorstwa.
                                                                                                           Niech Book będzie z Wami,
                                                                                                                                    Matylda.


źródła: tu, tu,