Jest mi ogromnie miło, że jakoś trafiłeś na Leona. Jestem studentką kognitywistyki, pasjonatką książek i cappuccino. Może masz ochotę pozwiedzać Leona? Śmiało! Zapraszam! Z racji tego, że lubię zwiedzać blogosferę, proszę Cię o zostawienie linku do Twego zakątka internetu, o ile takowy posiadasz, w komentarzu :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czwarta Strona. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czwarta Strona. Pokaż wszystkie posty




Londyn — deszczowy i skrywający wiele krwistych tajemnic. To na jego ulicach grasował Kuba Rozpruwacz. To tutaj Sherlock Holmes prowadzi swe śledztwa. Po ponurych ulicach stolicy Anglii przechadza się Marnie Rome — kobieta dręczona przez demony przeszłości. Inspektor musi poradzić sobie z niezwykłą traumą, jej rodzice zostali zamordowani przez młodszego, przybranego brata. Była jednak na tyle silna psychicznie, że potrafiła wrócić do policji, a teraz wraz ze swoim partnerem Noah Jakem będzie musiała rozwiązać sprawę z pozoru banalną… W ośrodku dla ofiar przemocy domowej dochodzi do dramatycznego zdarzenia, mąż jednej z jego mieszkanek zostaje znalezione z nożem wbitym w płuco. Co robił w ośrodku? Co kryje tajemnicze małżeństwo Leo i Hope Procter? Dlaczego Hope zdecydowała się na tak drastyczny krok? Sprawy komplikują się coraz bardziej, gdy kobieta znika… a wraz z nią jeszcze dwie inne pensjonariuszki. 

Znowu dałam się niepotrzebne skusić, tym razem tekstowi na okładce głoszącemu „Najlepszy kryminał 2015 roku w Wielkiej Brytanii”. Coś jednak poszło nie tak, a ja nie dowierzałam, dlaczego ta powieść była tak rozchwytywana na Wyspach. W obcej skórze nie jest złym kryminałem, czytało się go całkiem miło i przyjemnie, ale jest zwyczajnie przewidywalną książką. Pomysł na zagadkę był świetny, gdyby autorka nie dała nam tak wielu wskazówek. Byłam o krok przed komisarz Marnie Rome, wiedziałam, gdzie zaniesie ją akcja, w którym kierunku pójdzie, wiedziałam, że będzie krążyć, a ja… Siedziałam i czytałam, czekając na rozwój wydarzeń, który podpowiedziała chwilę wcześniej Sarah Hilary. Miałam wrażenie, że autorka chciała za bardzo ułatwić nam zadanie, zbyt szybko podała istotne wątki na tacy, sprawiając, że jej powieść niczym nie zaskakiwała. Działo się całkiem sporo, ale rozwiązania wykorzystane przez Hilary były dość sztampowe, jednak nie mogę zbyt wiele Wam o tym napomknąć, zdradziłabym co ważniejsze wątki... Zagadka nie była imponująca, ale za to część obyczajowa świetnie została przez autorkę obmyślona, nie był to łatwy do ukazania temat, jednak ona zrobiła to wręcz mistrzowsku. Przemoc w rodzinie jest zawsze trudną sytuacją, która czasem pozostaje zupełnym tabu, tutaj mamy idealny tego typu zachowań przykład. Historie kobiet przedstawione w tej książce wstrząsnęły mną, bo cóż... myślę, że mogłyby zdarzyć się naprawdę, a ludzka znieczulica nie zna granic. To właśnie warstwa obyczajowa sprawiła, że książkę spoglądam łaskawym okiem, bo kryminał niestety autorce ciut nie wyszedł. 

Lektura W obcej skórze zajęła mi ledwie dwa krótkie wieczory, nie było bardzo źle, bo miejscami sceny przedstawiane przez Sarah Hilary były niepokojące. To, co stworzyła to stadium ludzkiego upadku, właściwie każdą postać w książce dotknęła jakaś tragedia, jakaś strata, jakaś społeczna degradacja. Czułam się odrobinę przytłoczona przez tę całą lawinę negatywnych emocji, która z każdą kolejną stroną gnała coraz szybciej, miażdżąc po drodze niemal wszelkie moje pozytywne myśli. Nie znajdziecie w tej książce zbyt wielu promyczków nadziei, rzadko się do niej uśmiechniecie, to nie tego typu literatura. Więc jeśli lubicie czasem popaść w melancholie, a drastyczne i krwiste sceny Wam nie przeszkadzają, to myślę, że możecie sięgnąć po W obcej skórze. Pamiętajcie brutalność w dużej mierze gra w tej historii pierwsze skrzypce.

W obcej skórze Sarah Hilary
Cykl: Inspektor Mar­nie Rome (tom 1)
Wydawnictwo: Czwarta Strona
tłumaczenie: Agnieszka Brodzik
tytuł oryginału: Someone Else's Skin
data wydania: 27 kwietnia 2016
ISBN: 9788379763658
liczba stron: 544

Niech Book będzie z Wami, 
Matylda





Musimy działać, Zordon. Bez uderzenia wyprzedzającego padniemy jeszcze przed pierwszą rundą. 

Remigiusz Mróz, postać w blogosferze książkowej na tyle rozpoznawalna, że chyba nie trzeba tego autora nikomu przedstawiać. Co mnie skłoniło, by sięgnąć po drugą część serii z Chyłką w roli głównej? Chęć dania szansy autorowi. Chęć poznania jego fenomenu. Czy mi się to udało? Sprawdźcie!

Minęło sporo czasu od sprawy, z którą mieliśmy do czynienia w Kasacji, aplikant Kordian Oryński i jego patronka Joanna Chyłka znowu działają razem, a zadanie czeka ich niełatwe. Stają w obronie bogatego małżeństwa, które oskarżane jest o zabójstwo swojej trzyletniej córeczki. Czy są sprawcami zarzucanych ich czynów? Nie ma ciała, nie ma dowodów zbrodni, są tylko domysły i poszlaki. Czy Chyłka z Zordonem dadzą radę? Czy ich dobra passa się skończy? 

Z Kasacji pamiętam niewiele, właściwie tliło mi się w pamięci jedynie wspomnienie idiotycznego zakończenia, nic ponadto, żadna sytuacja, żadna charakterystyka postaci, nic a nic, czy Zaginiecie wypadło lepiej od swojej poprzedniczki? Zagniecie wypadło tragicznie. O ile w pierwszej części serii, jak pisałam w recenzji, Chyłka uchodziła w moich oczach za całkiem przyzwoitą postać, tak w drugiej zmieniła się w podłą kreaturę, którą irytowała mnie do tego stopnia, że miałam ochotę rzucić książkę w cholerę. Prawniczka jest wulgarna, nieodpowiedzialna, egocentryczna, jej grubiańskie zachowanie nie czynią z niej ostrej, pewniej siebie babki, tylko rozwydrzoną nastolatkę, która w nawet w najpoważniejszej sytuacji nie potrafi trzymać języka za zębami. Ona ma przymus obrażania każdej napotkanej na swojej drodze osoby. Zresztą Chyłka patrzy na wszystkich z góry, każdy jest dla niej niegodny uwagi. Dalej mamy Zordona, postać tak płytką, że nie potrafię zbyt wiele o nim napisać, czasem ma przebłyski odwagi i intelektu, ale większą część powieści Kordian udaje gimnazjalistę przystawiającego się do koleżanki z wyższej klasy. Relacja adwokatki z aplikantem nie była pikantna, nie przepełniała ją chemia, ich dialogi przypominały gadki zakochanych w sobie młodocianych, a nie dorosłych, wykształconych ludzi. Zresztą na czym miało zostać zbudowane napięcie? O Chyłce nie wiemy nic, sam Zordon stwierdza w pewnym momencie, że wie o niej tyle, że lubi mięcho, metal i przepada za Harrym Potterem. On jej nie zna. To obca osoba, z którą pracuje, ale cóż, to jak romans głównych bohaterów 450 stron Patrycji Gryciuk, zbudowany na ten młody, ambitny i piękny, ona doświadczona, bogata i sławna w branży. Miłość na bogato, tak rodzą się głębokie uczucia i relacje. Na kompletnej niewiedzy. Okej, Chyłka nie dopuszcza do siebie ludzi, ale... To tylko działa na niekorzyść Zordona, z którego czyni płytszego niż myślałam.   

Wszystko, co robiła poza murami kancelarii, zachowywała dla siebie. Kiedy któregoś dnia siedział przy jej łóżku, myślał o tym, ile naprawdę o niej wie. Słuchała Iron Maiden, niespecjalnie lubiła książki J.K. Rowling, gdy Brytyjka nie pisała o Harrym Potterze, a oprócz tego pochłaniała mięso, jakby nic innego na świecie nie było godne spożycia. To mniej więcej wszystko.

Na domiar złego w Zaginięciu mamy niemal same kalki, ładna to głupia, jak biznesmen to szorstki i niedostępny, jak zaściankowi funkcjonariusze to nierozgarnięci. Jak Chyłka patrzy na ludzi, to z wyższością... Fabuła? Przewidywalna. Styl? Książkę czytało mi się źle i błyskawicznie, bo i nie była wymagająca, ale czego oczekiwać po powieści, która składa się niemal z samych dialogów? W której wygląd postaci i miejsc jest nieistotny, o uczuciach i przemyśleniach już nie wspominając. Opisów w tej książce, jest jak na lekarstwo, więc i klimat powieści żaden. Dodatkowo zbyt wiele mamy w tej książce szczęśliwych zbiegów okoliczności, zbyt dużo epickich zdań na zakończenia podrozdziałów, a jak ktoś czegoś chce się napić, to zazwyczaj sięga po cudze, a alkohol się w Zagnięciu leje niemal, co stronę, zbyt często Chyłka staje się wulgarna, a w książce jakichkolwiek większych, mniejszych wyjaśnień trudno szukać. Fabuła powieści oparta jest na nic niewnoszących dialogach. To jak czytanie scenariusza kiepskiego filmu. Nie wiemy, co się dzieje. Bohaterowie to kukiełki, którym czasem buzia się otwiera, często się pojawiają, ale i tak zazwyczaj nie mówią niczego mądrego. Jak wyjaśnienie całej zagadki, to najlepiej w dialogach, w półsówkach, cóż, jak iść na łatwiznę w narracji to na całego...

Czy chwycę po Rewizję, czyli kolejny tom przygód rozkapryszonej pani adwokat? Pewnie tak, a dlaczego? Bo jestem ciekawa czy wreszcie romans oparty na niewiedzy o potencjalnym łóżkowym partnerze dopełni się pod kołdrą, ot, cała filozofia. Zaginięcie, choć tak chwalone, okazało się słabą powieścią sensacyjną, w której niemal nic się nie dzieje, a zwroty akcji są wyczuwalne niczym wędzona kiełbasa w pkp wieziona przez studentów wracających do akademickich miast. A jeśli szukacie prawników bawiących się w detektywów, to dobry adres, ale nie łudźcie się, że oni rozwiążą jakąkolwiek zagadkę, one same się rozwiązują, w dialogach.

Autor: Remigiusz Mróz
Ilość stron: 512
Wydawnictwo: Czwarta Strona


Niech Book będzie z Wami, 
Matylda




Na tę książkę czekałam, czytałam każdą recenzję, a wraz z kolejnymi przechylnymi opiniami moja fascynacja lekturą rosła, śledziłam wywiady z autorką, z wytęsknieniem wpatrywałam się w piękną okładkę, która tak bardzo zachęciła mnie do sięgnięcia po powieść. A Mama Chłopaka mówiła: "Trzy kroki w bok od polskich kryminałów", a dziecko i tak swoje, uparte, to teraz musi przeżyć żałobę po utraconej nadziei na dobrą polską powieść z trupami w tle. Czy w książce są błędy? Ależ cała masa, przynajmniej w moim ebooku kupionym na woblink za całe 15 złotych* (mogłam poczekać, aż książka trafi do Biblioteki Raczyńskich, głupia ja).

Powieść w założeniu ma opowiadać o sławnej pisarce, która wpada w zabójcze tarapaty przez jeszcze niewydaną powieść, oskarżana jest o zniesławienie. W między czasie ktoś zabija według schematu z powieści niedoścignionego mistrza kryminału... Wiecie, że taki motyw często się pojawia w popkulturze? Mamy z nim do czynienia w odcinku piątego sezonu Bones  The Bodies in the Book albo w epizodzie The Corpse at the Convention, a serial The Following jest na nim niemal oparty. Samo powielanie inspiracji nie jest czymś negatywnym, gdy zrobi się to umiejętnie i nietuzinkowo, tutaj tak nie było, tutaj była prosta droga od A do B, od morderstwa do motywu, do zabójcy...

Pamiętacie, jak mówiłam, że Remigiusz Mróz w Kasacji nadużywał zaimków? Cofam to, u Niego było ich niewiele w porównaniu z ilością, jaka została zaserwowana w 450 stronach: 

Historia i jej postaci powoli stawały się częścią jej życia i chwilami nie widziała, co jest prawdą, a co wytworem jej wyobraźni. 

Mój osobisty mistrz procesem.  rzekł... Dlaczego ta książka tak bardzo warsztatowo kuleje? Po co wszędzie zaimki, które nie ułatwiają czytania, ba! one je utrudniają, są zbędnymi powtórzeniami! Uśmiechnął się jej ulubionym uśmiechem, albo Wóz lub przewóz w słowniku frazeologicznym jest Wóz albo przewóz, swym fotelu kierowcy,  jej biurku, jego biurku, oznajmiła swoim tonem szefa (ktoś mi wyjaśni?), swoim krześle, swoim fotelu... Ją, jej, jego, swoje, swój, swym, w powyższe sformułowania nie zostały wycięte z kontekstu, tylko ze zdań, w których podmiot/miejsce się nie zmieniało. Czytelnik nie jest dzieckiem, które trzeba prowadzić przez powieść za rączkę, my naprawdę wiemy, co jest czyje... Pleonazm: Uniósł ręce do góry** „Nagle Wiktoria  ten cudzysłów to tak ma stać? Dlaczego czepiam się poprawności? Bo zgrzytałam zębami na każdy błąd i na każdy niepotrzebny zaimek. Radość z czytania? Znikoma. I najważniejsze pytanie: Dlaczego obiecano mi trzymający w napięciu kryminał, a dostałam romansową papkę, która nie trzyma się niczego? Wątek miłosny w tej opowieści wziął się z rzyci ale o tym zaraz, przy bohaterach nadmienię kilka słów o tym wielkim kulfonie.   

Książka 450 stron Patrycji Gryciuk reklamowana jest jako kryminał kobiecy, dla mnie jest to harlequin z elementem detektywistycznym. Lektura jest do bólu przewidywalna, albo ja się naoglądałam za dużo Criminal Minds, może i nie zgadłam tożsamości sprawcy morderstwa, ale jego motyw od razu był dla mnie klarowny, inny ważny wątek również przewidziałam na początku, gdy tylko pojawiły się ku temu przesłanki. Jedynie cztery kwestie na przestrzeni wielostronicowej powieści mnie zaskoczyły! Dwie (w sumie ledwie wspominane) z nich nasunęły też pytanie: czy nie za wiele w tej książce było zbiegów okoliczności? Gubiłam się również w imionach i nazwiskach, bohaterów nie było dużo, ale mi Stewart/Stanford utrudniali czytanie, a Washa i Washingtona rozróżniałam dlatego, że jeden miał stolice USA za nazwisko, dlaczego spytacie, te podobieństwa mi przeszkadzały? Bo bohaterowie byli papierowi i nie mogłam dopasować tego na S do jego roli w powieści.

Fabuła kręci się wokół romansu sławnej pani pisarki i młodego pana aktora, który to jest "idealny", a ona to gwiazda literatury. Ukochanego określić można tymi oto epitetami "cholernie i niesprawiedliwie przystojny", "seksowny", po prostu piękno kipi z niego jak woda z niedopilnowanego garnka pełnego ziemniaków. Szczerze? Wiktoria poczuła miętę, bo facet był młodszy. On poczuł do niej miętę, bo sławna. Przy pierwszy spotkaniu pani autorka już patrzyła na niego pożądliwie, a znała go od dobrych pięciu minut. To płytkie podstawy do romansu, naprawdę, jeśli byłby to wątek poboczny pewnie przymrużyłabym oko, ale nie, on wysuwa się na prowadzenie i dowodzi akcją. W tej powieści wszyscy na wszystkich patrzą pożądliwie, serio, Wiktoria jest urodziwa i utalentowana, więc ma wianuszek adoratorów, wszyscy ją kochają, jej wybranek jest piękny, go też wszyscy próbują zdobyć, jest jeszcze bogato obdarzona przez naturę pani detektyw z Koziej Górki, która tak bardzo nieumiejętnie prowadzi śledztwo, że ekipa z Criminal Minds popukałaby się w głowy... Ale za to pani Maria ma tyłek i cycki, na które wszyscy wokół się gapią. Policjantka wykorzystuje walory przy przesłuchaniach świadków... Moi drodzy, głównym wyznacznikiem charakteru w powieści, jest wygląd postaci i jej niebywałe osiągnięcia. Brzydoty w 450 stronach niemal nie uświadczymy. Nie było w tej historii napięcia, czekałam na nie od pierwszej strony, przecież to kryminał, ono musiało się pojawić! Chciałam czuć oddech mordercy na plecach, czekać na jego uderzenie, ale zamiast tego dostałam dmuchanie prosto w twarz wiatru pożądania. Gdy już miałam nadzieję na chwilę niepewności o bohaterów, szybko zostałam sprowadzona do parteru. Autorka poszła po linii najmniejszego oporu, interesujących zazębień fabularnych nie uraczyłam, za to przewidywalność pojawiła się garściami. Muszę pochwalić pisarkę za umiejętną intrygę branżową, działania wydawnictw na tle całej reszty wątków wyglądały nadzwyczaj urzekająco, gdyby skupiła się na tym powieść tylko, by zyskała, ale ten niuans został usunięty na drugi plan, jak wszystko inne, bo miłość musiała grać pierwsze skrzypce i zagłuszać wszystkie inne poboczne historie... Napady twórcze Wiktorii skradły moje serducho. Te momenty naprawdę zgrabnie opisano.

Szczerze mówiąc, nie lubię, gdy historia postaci jest wyłożona na początku, jak kawa na ławę przez pierwszych pięćdziesiąt stron mierzymy się z opisem dotychczasowych przeżyć Wiktorii. To jak czytanie biografii zupełnie nieznanej nam osoby, z którą nijak nie możemy się utożsamiać, przecież dopiero ją poznaliśmy, a ona zawala nas swoją opowieścią... Nie podobał mi się ten zabieg, a było tyle szans, by inaczej zapoznać czytelnika ze wspomnieniami Wiktorii Moreau, nie zarzucać ścianami opisów  lubię je bardziej od dialogów, ale nie w takim użyciu. A tak od pierwszych stron "thriller" (jak tę powieść ktoś gdzieś nazwał) wieje nudą, a potem nie jest lepiej.

450 storn to książka, którą niemal pokochałam przed przeczytaniem, nie wiecie, jak byłam szczęśliwa, gdy powieść zawisła na moim czytniku, a teraz jestem zasmucona i rozczarowana! Jak można tak wpuścić czytelnika w maliny? Pozytywy w tej powieści ledwie majaczą na horyzoncie. Czy to, że przeczytałam ją w zaledwie kilka godzin działa na jej korzyść? Wiktoria mnie wkurzała egoizmem i przekonaniem o nieomylności, miejscami zachowywał się jak rozkapryszona i pierwszy raz obcująca z facetem dziewczynka. Stenford był zbyt idealny, za bardzo superaśny, bym uznała go za postać z krwi i kości, proszę państwa, Gary Stu w najlepszym wydaniu! Wiecie, co jest jednak najlepsze w tym wszystkim? Ktoś umarł, w sumie całkiem bliska dla Wiki osoba, ona tak średnio się tym przejmuje, bo i po co? Ważne jest miłość. Autorka jest nieostrożna i uparta. Jest mi naprawdę przykro, bo liczyłam na tę książkę i oczekiwałam jej premiery, jak żadnej innej. Szkoda, wielka szkoda.

Prezent na koniec, maluteńki spojler, mój osobisty fabularny zwycięzca, kumulacja absurdu i przewidywalności, uwaga: Twój laptop może okazać się ważnym elementem układanki, musisz go schować, co robisz? Wsadzasz go do piekarnika, wychodzisz, a potem wracasz i robisz obiad. Wiesz co? Twój laptop jest martwy, bo jesteś zbyt przejęta robieniem maślanych oczu do młodego typa, który się wokół Ciebie zakręcił, a nie swoim dobrym imieniem. Tak. Ten smaczek dałam na biało, bo jest swego rodzaju "większym" spoilerem i fabularny "majstersztykiem": Jesteś sławnym, poczytnym pisarzem kryminałów, masz zawieszenie twórcze, wykorzystujesz pomysł ghostwritera, reaserch robisz dopiero po wydaniu książki, nie sprawdzasz terminów medycznych, nic, a podobno wystarczyłoby poogooglować i nie mieć problemów... Sławny pisarz, tya. 
*polecam zapisać się do newslettera, bo można pięć razy dziesięć złotych zaoszczędzić na książkach :>
**zazwyczaj jestem pewna swojej wiedzy, w tym wypadku nie było inaczej, ale w słownik PWN troszeczkę mnie skonsternował, znalazłam tam owo sformułowanie, więc zapytałam Mówiąc Inaczej oraz Panią Doktor języka polskiego. Potwierdziły moje przypuszczenia. Tak bardzo głębokie researche. Pleonazm na sto dwa.

Edit: A dla małych i dużych, i anonimowych niedowiarków screeny, wybaczcie, że każdego nadprogramowego zaimka, nie ujęłam w poście, ale byłoby tego za dużo :<

Niech Book będzie z Wami, 
smutna Matylda.
źródło: tu

Po twórczość Remigiusza Mroza chciałam sięgnąć z trzech powodów: gdy tylko wchodzę w blogowe aktualności, to widzę jego nazwisko wyskakujące jak Filip z konopi, zdecydowałam, że muszę w końcu poznać, kto mnie tak straszy; w recenzjach wysławiany jest pod niebiosa, epidemia uwielbienia trwa w najlepsze i mam wrażenie, że długo jeszcze nikt nie wymyśli na nią szczepionki; oraz najważniejszy i najmocniejszy argument  dzielimy to samo nazwisko.

Usiadłam do Kasacji z ulubioną herbatą i czytałam. Przeprawiałam się przez denerwujący slang wplatający się nie tylko w dialogi bohaterów, ale również w narracje; przez makaronizmy w opisach, które mnie niewiarygodnie przyprawiły o ból głowy, czy naprawdę polski nie jest pięknym językiem?; przez dość toporny początek, dzięki któremu niemal rzuciłam książkę po wieczne jej zakurzenie, jednak stwierdziłam, że nie od razu Rzym zbudowano. Każdemu trzeba dać szansę! Jeśli przy stylu już jesteśmy, to autor masowo nadużywał zaimka "swój" odmienionego przez wszystkie możliwe przypadki, naprawdę wiem, że to odnosi się do danej postaci, skoro jest podmiotem w zdaniu, nie trzeba mi o tym powtarzać. 

W połowie lipca pewien serial brawurowo wtargnął w poczet moich ulubieńców, obejrzałam właśnie drugi sezon i muszę przyznać, że lepszego widowiska dawno nie obserwowałam. Mówię o Suits, o których pewnie kiedyś słówko nadmienię. Odnoszę wrażenie, że autor czerpał garściami inspiracje z tej pozycji. W Kasacji mamy do czynienia z damską wersją Harveya Spectera, niestety Joanna Chyłka nie jest w swej zadziorności i cynizmie tak elegancka, jak wyżej wspomniany prawnik, fakt, jest ostrą sztuką, która nie da sobie w kaszę dmuchać, ale nie jest... hm, urzekająca w swej złośliwości? Niektóry kwestie przez nią wypowiadane zupełnie nie pasowały mi do tej postaci, rzucała często mięsem we wszystko, co się rusza, ale niekiedy było w jej słowach więcej wymuszoności niż humoru czy sarkazmu. Oddam jej to, że była paliwem dla całej opowieści, bez adwokatki Kasacja stałaby się bezbarwna i nudna, chociaż muszę przyznać, że nie obroniła przed dłużyznami fabularnymi. Polubiłam Joannę za jej hart ducha i trzymanie wszystkich w ryzach, była naprawdę dobrze skonstruowaną bohaterką, chociaż z pewnością nie przejęłabym się jej śmiercią, to mimo wszystko kreację postaci oceniam na plus. Sama korporacja, w której urzędowała Chyłka i jej protegowany Kordian Oryński wydawała się nad wyraz przerysowana i przesadzona. Samo wejście do komnaty pracy młodego adepta prawa przypominało scenę, w której Mike (bohater Suits) zobaczył przyszłe miejsce zarywania nocek. Zero powitań, zero odzewu, każdy sobie rzepkę skrobie. Tutaj statyści są zwykłymi statystami, nikt się nie odzywa, nikt nic nie robi, tylko wlepia ślepia w monitor, jak manekin w sklepie odzieżowym, tego też niemal się nie zauważa. Liczyłam na chociaż jedną, dwie intrygi młodych kolegów Kordiana, niestety nie dostałam urozmaicenia miałkiego tła. Sam Kordian był raczej przeciętniakiem, który ukończył studia ze średnimi ocenami i zdawał sobie sprawę, że w wielkiej korporacji niczego dla siebie nie ugra oprócz wpisu do CV, nie zależało mu zresztą na wybijaniu się z tłumu, chciał sobie grzecznie przeczekać i zdobyć chociaż drobną renomę. Cóż, ku jego zgrozie stało się inaczej!

Strach pomyśleć, co by wyrabiała, gdyby z głośników dobywał się death, zamiast heavy metalu.

Wiecie, liczyłam na to, że w moje ręce trafił mocny i wciskający w fotel thriller. W myślach snułam wizję dostania układanki, którą razem z bohaterami musiałabym rozwiązywać. Ja w sumie... Nie wiem, co dostałam w tej książce. Trochę stereotypów, dziwną relację patron - aplikant, oraz całe tło bezbarwnych postaci (wiem, powtarzam się, ale to jest wielki minus!). Bo chociaż Chyłka i Kordian zostali całkiem nieźle przedstawieni, podobnie sprawa miała się z Kormakiem, to cała reszta była blada. Wydawali się papierkami, które snuły się po stronach powieści bez większego celu. Główny antagonista cierpiał na nijakość, pojawił się nagle, ale jego wejścia zupełnie się spodziewałam. Bo było... Jak wyciągnięte z amerykańskiego filmu. Serio. Miałam wrażenie, że nie czytam o polskich prawnikach, ba, miałam wrażenie, że wcale o prawnikach nie czytam, ale o glinach w garniturach. Chociaż czasem zdarzały się sceny, w których widzimy ich przy adwokackiej robocie, to zazwyczaj zajmowanie się gonieniem za dowodami... Nie podobało mi się również, że autor sam przyznał w posłowiu, że troszkę majstrował przy rzeczywistości i naginał ją wedle uznania, serio? Nie lubię takich rzeczy, chociaż chwała mu za to, że był w stanie przyznać, że nie napisał powieści będącej w zgodzie z panującymi realiami, jednak ja jako zupełna zielona w prawnych kwestiach nie mogłam mu wytknąć błędów, nie wiem, co jest przekłamaniem, a co prawdą. Męczy mnie to.

Prawda nie może być "że". Prawda jest prawdą. Nie ma wersji, odmian ani wariantów.

Autor zapunktował u mnie, wspominając o neuronach lustrzanych, najwyraźniej czytamy te same książki, bardzo mi się ten moment w powieści spodobał. Ogólnie szybko skończyłam Kasację, myślałam, że lektura zajmie mi co najmniej dwa dni, a przeczytałam ją w przeciągu doby. Muszę przyznać, że podobało mi się w jaki sposób autor opisywał miejsca i cechy zewnętrzne postaci, nie rozpisywał się na wzór Elizy Orzeszkowej, tylko dawał czytelnikowi pole do manewru. Pozwalał rozszaleć się wyobraźni. Chwali mu się również to, że umiejętnie wplatał w narracje opinie bohaterów, mogliśmy poznawać ich zdania - Chyłki i Kordiana - względem prowadzonej sprawy. Mankamentem jednak dla mnie jest, że sama zbrodnia nie została przedstawiona, nie chodzi mi o rzecz jasna proces zabijania, ale o głębszy opis tego, co znajdywało się w owym mieszkaniu, szczegóły postępowania względem Piotra L., według mnie zostało to przedstawione zupełnie po macoszemu. A przecież to było clou opowieści. Wokół niej kręci się fabuła: mamy faceta, który spędził dziesięć dni w jednym pomieszczeniu z dwoma trupami, nie przyznaje się on do winy, ani jej nie zaprzecza. Chyłka i Kordian próbują przeniknąć do jego psychiki i jednocześnie szukają uniewinniających mężczyznę dowodów, sprawa wydaje się dość patowa. Podobno intryga goni intrygę, ale ja tam nie wiem.


Trzeba skonkretyzować wroga. Dzięki temu staje się mniej straszny, a bardziej realny.

Torturą dla mojego czytelniczego oka stała się lektura zakończenia. Mróz może i mi udowodnił, że  jego powieść jednak nie była taka prosta, jak mi się wydawało, to jednak zrobił to w taki sposób, że nie wierzyłam w mijane słowa. Włożył główną intrygę w usta jednej z postaci, która o niej po prostu opowiadała. Nie widziałam, co się działo, nie wiedziałam, jak dochodziła do prawdy, po prostu ją wyklepała. Nic więcej. Czułam, że dostałam policzek, bo chociaż ostatnie strony Kasacji wzbudziły moją ciekawość, to cała zabawa skończyła się w przeciągu kilku akapitów. Szkoda, bo gdyby pociągnąć ten wątek, nie wyglądałoby to dla mnie jak epilog pisany na kolanie i nie wydawał mi się zupełnie oderwany od rzeczywistości. Tę intrygę grubymi nićmi uszyto, ale jednak dało się zauważyć, że to wszystko zbyt piękne, by było prawdziwe.

Ogólny rozrachunek? Trudno mi jednoznacznie stwierdzić. Bo powieść jest po prostu średniakiem, a może i gorzej... Jestem przekonana, że nie jest to książka dla osób zaznajomionym z prawem, bo poczują, że coś jest nie halo z treścią Kasacji. Sądzę, że fanom sensacji i osobom, dla których szczegóły nie są ważne z pewnością pozycja spod ręki Mroza może się spodobać. Ja puszczam w niepamięć tę lekturę i poszukam czegoś innego jego autorstwa, czegoś mniej trudnego w reaserchu i fabułą, która mnie rzeczywiście wciągnie. Wyczekujcie zeznań z poszukiwań na Leonie.

Jeśli ktoś lubi albo jest zainteresowany Kasacją, to mam dla niego dobrą wiadomość - wczoraj na Szuflacie, autor ogłosił, że jej kontynuacja Zaginięcie ukaże się na Targach Książki w Krakowie (22-25 października 2015).


Niech Book będzie z Wami, 
Matylda.
Wybaczcie braku mojego odzewu pod poprzednim postem, 
ale zaczęłam batalię wrześniową.

źródła tu,: tu,tu, tu,, wszystkie cytaty pochodzą z "Kasacji".