Jest mi ogromnie miło, że jakoś trafiłeś na Leona. Jestem studentką kognitywistyki, pasjonatką książek i cappuccino. Może masz ochotę pozwiedzać Leona? Śmiało! Zapraszam! Z racji tego, że lubię zwiedzać blogosferę, proszę Cię o zostawienie linku do Twego zakątka internetu, o ile takowy posiadasz, w komentarzu :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą romans. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą romans. Pokaż wszystkie posty




Na tę książkę czekałam, czytałam każdą recenzję, a wraz z kolejnymi przechylnymi opiniami moja fascynacja lekturą rosła, śledziłam wywiady z autorką, z wytęsknieniem wpatrywałam się w piękną okładkę, która tak bardzo zachęciła mnie do sięgnięcia po powieść. A Mama Chłopaka mówiła: "Trzy kroki w bok od polskich kryminałów", a dziecko i tak swoje, uparte, to teraz musi przeżyć żałobę po utraconej nadziei na dobrą polską powieść z trupami w tle. Czy w książce są błędy? Ależ cała masa, przynajmniej w moim ebooku kupionym na woblink za całe 15 złotych* (mogłam poczekać, aż książka trafi do Biblioteki Raczyńskich, głupia ja).

Powieść w założeniu ma opowiadać o sławnej pisarce, która wpada w zabójcze tarapaty przez jeszcze niewydaną powieść, oskarżana jest o zniesławienie. W między czasie ktoś zabija według schematu z powieści niedoścignionego mistrza kryminału... Wiecie, że taki motyw często się pojawia w popkulturze? Mamy z nim do czynienia w odcinku piątego sezonu Bones  The Bodies in the Book albo w epizodzie The Corpse at the Convention, a serial The Following jest na nim niemal oparty. Samo powielanie inspiracji nie jest czymś negatywnym, gdy zrobi się to umiejętnie i nietuzinkowo, tutaj tak nie było, tutaj była prosta droga od A do B, od morderstwa do motywu, do zabójcy...

Pamiętacie, jak mówiłam, że Remigiusz Mróz w Kasacji nadużywał zaimków? Cofam to, u Niego było ich niewiele w porównaniu z ilością, jaka została zaserwowana w 450 stronach: 

Historia i jej postaci powoli stawały się częścią jej życia i chwilami nie widziała, co jest prawdą, a co wytworem jej wyobraźni. 

Mój osobisty mistrz procesem.  rzekł... Dlaczego ta książka tak bardzo warsztatowo kuleje? Po co wszędzie zaimki, które nie ułatwiają czytania, ba! one je utrudniają, są zbędnymi powtórzeniami! Uśmiechnął się jej ulubionym uśmiechem, albo Wóz lub przewóz w słowniku frazeologicznym jest Wóz albo przewóz, swym fotelu kierowcy,  jej biurku, jego biurku, oznajmiła swoim tonem szefa (ktoś mi wyjaśni?), swoim krześle, swoim fotelu... Ją, jej, jego, swoje, swój, swym, w powyższe sformułowania nie zostały wycięte z kontekstu, tylko ze zdań, w których podmiot/miejsce się nie zmieniało. Czytelnik nie jest dzieckiem, które trzeba prowadzić przez powieść za rączkę, my naprawdę wiemy, co jest czyje... Pleonazm: Uniósł ręce do góry** „Nagle Wiktoria  ten cudzysłów to tak ma stać? Dlaczego czepiam się poprawności? Bo zgrzytałam zębami na każdy błąd i na każdy niepotrzebny zaimek. Radość z czytania? Znikoma. I najważniejsze pytanie: Dlaczego obiecano mi trzymający w napięciu kryminał, a dostałam romansową papkę, która nie trzyma się niczego? Wątek miłosny w tej opowieści wziął się z rzyci ale o tym zaraz, przy bohaterach nadmienię kilka słów o tym wielkim kulfonie.   

Książka 450 stron Patrycji Gryciuk reklamowana jest jako kryminał kobiecy, dla mnie jest to harlequin z elementem detektywistycznym. Lektura jest do bólu przewidywalna, albo ja się naoglądałam za dużo Criminal Minds, może i nie zgadłam tożsamości sprawcy morderstwa, ale jego motyw od razu był dla mnie klarowny, inny ważny wątek również przewidziałam na początku, gdy tylko pojawiły się ku temu przesłanki. Jedynie cztery kwestie na przestrzeni wielostronicowej powieści mnie zaskoczyły! Dwie (w sumie ledwie wspominane) z nich nasunęły też pytanie: czy nie za wiele w tej książce było zbiegów okoliczności? Gubiłam się również w imionach i nazwiskach, bohaterów nie było dużo, ale mi Stewart/Stanford utrudniali czytanie, a Washa i Washingtona rozróżniałam dlatego, że jeden miał stolice USA za nazwisko, dlaczego spytacie, te podobieństwa mi przeszkadzały? Bo bohaterowie byli papierowi i nie mogłam dopasować tego na S do jego roli w powieści.

Fabuła kręci się wokół romansu sławnej pani pisarki i młodego pana aktora, który to jest "idealny", a ona to gwiazda literatury. Ukochanego określić można tymi oto epitetami "cholernie i niesprawiedliwie przystojny", "seksowny", po prostu piękno kipi z niego jak woda z niedopilnowanego garnka pełnego ziemniaków. Szczerze? Wiktoria poczuła miętę, bo facet był młodszy. On poczuł do niej miętę, bo sławna. Przy pierwszy spotkaniu pani autorka już patrzyła na niego pożądliwie, a znała go od dobrych pięciu minut. To płytkie podstawy do romansu, naprawdę, jeśli byłby to wątek poboczny pewnie przymrużyłabym oko, ale nie, on wysuwa się na prowadzenie i dowodzi akcją. W tej powieści wszyscy na wszystkich patrzą pożądliwie, serio, Wiktoria jest urodziwa i utalentowana, więc ma wianuszek adoratorów, wszyscy ją kochają, jej wybranek jest piękny, go też wszyscy próbują zdobyć, jest jeszcze bogato obdarzona przez naturę pani detektyw z Koziej Górki, która tak bardzo nieumiejętnie prowadzi śledztwo, że ekipa z Criminal Minds popukałaby się w głowy... Ale za to pani Maria ma tyłek i cycki, na które wszyscy wokół się gapią. Policjantka wykorzystuje walory przy przesłuchaniach świadków... Moi drodzy, głównym wyznacznikiem charakteru w powieści, jest wygląd postaci i jej niebywałe osiągnięcia. Brzydoty w 450 stronach niemal nie uświadczymy. Nie było w tej historii napięcia, czekałam na nie od pierwszej strony, przecież to kryminał, ono musiało się pojawić! Chciałam czuć oddech mordercy na plecach, czekać na jego uderzenie, ale zamiast tego dostałam dmuchanie prosto w twarz wiatru pożądania. Gdy już miałam nadzieję na chwilę niepewności o bohaterów, szybko zostałam sprowadzona do parteru. Autorka poszła po linii najmniejszego oporu, interesujących zazębień fabularnych nie uraczyłam, za to przewidywalność pojawiła się garściami. Muszę pochwalić pisarkę za umiejętną intrygę branżową, działania wydawnictw na tle całej reszty wątków wyglądały nadzwyczaj urzekająco, gdyby skupiła się na tym powieść tylko, by zyskała, ale ten niuans został usunięty na drugi plan, jak wszystko inne, bo miłość musiała grać pierwsze skrzypce i zagłuszać wszystkie inne poboczne historie... Napady twórcze Wiktorii skradły moje serducho. Te momenty naprawdę zgrabnie opisano.

Szczerze mówiąc, nie lubię, gdy historia postaci jest wyłożona na początku, jak kawa na ławę przez pierwszych pięćdziesiąt stron mierzymy się z opisem dotychczasowych przeżyć Wiktorii. To jak czytanie biografii zupełnie nieznanej nam osoby, z którą nijak nie możemy się utożsamiać, przecież dopiero ją poznaliśmy, a ona zawala nas swoją opowieścią... Nie podobał mi się ten zabieg, a było tyle szans, by inaczej zapoznać czytelnika ze wspomnieniami Wiktorii Moreau, nie zarzucać ścianami opisów  lubię je bardziej od dialogów, ale nie w takim użyciu. A tak od pierwszych stron "thriller" (jak tę powieść ktoś gdzieś nazwał) wieje nudą, a potem nie jest lepiej.

450 storn to książka, którą niemal pokochałam przed przeczytaniem, nie wiecie, jak byłam szczęśliwa, gdy powieść zawisła na moim czytniku, a teraz jestem zasmucona i rozczarowana! Jak można tak wpuścić czytelnika w maliny? Pozytywy w tej powieści ledwie majaczą na horyzoncie. Czy to, że przeczytałam ją w zaledwie kilka godzin działa na jej korzyść? Wiktoria mnie wkurzała egoizmem i przekonaniem o nieomylności, miejscami zachowywał się jak rozkapryszona i pierwszy raz obcująca z facetem dziewczynka. Stenford był zbyt idealny, za bardzo superaśny, bym uznała go za postać z krwi i kości, proszę państwa, Gary Stu w najlepszym wydaniu! Wiecie, co jest jednak najlepsze w tym wszystkim? Ktoś umarł, w sumie całkiem bliska dla Wiki osoba, ona tak średnio się tym przejmuje, bo i po co? Ważne jest miłość. Autorka jest nieostrożna i uparta. Jest mi naprawdę przykro, bo liczyłam na tę książkę i oczekiwałam jej premiery, jak żadnej innej. Szkoda, wielka szkoda.

Prezent na koniec, maluteńki spojler, mój osobisty fabularny zwycięzca, kumulacja absurdu i przewidywalności, uwaga: Twój laptop może okazać się ważnym elementem układanki, musisz go schować, co robisz? Wsadzasz go do piekarnika, wychodzisz, a potem wracasz i robisz obiad. Wiesz co? Twój laptop jest martwy, bo jesteś zbyt przejęta robieniem maślanych oczu do młodego typa, który się wokół Ciebie zakręcił, a nie swoim dobrym imieniem. Tak. Ten smaczek dałam na biało, bo jest swego rodzaju "większym" spoilerem i fabularny "majstersztykiem": Jesteś sławnym, poczytnym pisarzem kryminałów, masz zawieszenie twórcze, wykorzystujesz pomysł ghostwritera, reaserch robisz dopiero po wydaniu książki, nie sprawdzasz terminów medycznych, nic, a podobno wystarczyłoby poogooglować i nie mieć problemów... Sławny pisarz, tya. 
*polecam zapisać się do newslettera, bo można pięć razy dziesięć złotych zaoszczędzić na książkach :>
**zazwyczaj jestem pewna swojej wiedzy, w tym wypadku nie było inaczej, ale w słownik PWN troszeczkę mnie skonsternował, znalazłam tam owo sformułowanie, więc zapytałam Mówiąc Inaczej oraz Panią Doktor języka polskiego. Potwierdziły moje przypuszczenia. Tak bardzo głębokie researche. Pleonazm na sto dwa.

Edit: A dla małych i dużych, i anonimowych niedowiarków screeny, wybaczcie, że każdego nadprogramowego zaimka, nie ujęłam w poście, ale byłoby tego za dużo :<

Niech Book będzie z Wami, 
smutna Matylda.
źródło: tu


Szczerze powiedziawszy, jestem zła na siebie, że skusiła mnie cena tej książki, może i nie wymagałam od niej wiele, ale z drugiej strony nie chciałam dostać tak słabego materiału do lektury. Powieść nie zrobiła na mnie kolosalnego wrażenia i nie powaliła mnie na kolana, była słaba. Przykryły ją wodorosty. Dołącza do gromadki mych czytelniczych bubli. 

No dobra, skłamałam. 

Pora na życie to z pozoru lekka historia o magicznej treści. Urocza okładka wręcz krzyczy, że w nasze ręce trafia powieść subtelna, babska, w której ciepła i radości nie może zabraknąć. Chociaż całkiem udany humor pojawia się na stronach książki Ceceli Ahern, to w moim mniemaniu autorka napisała powieść o smutku i zagubieniu. Jest to historia pobudzająca do refleksji nad własną codziennością, chociaż nie jest ona z pewnością wybitnym dziełem, ale równocześnie nie można jej odmówić uroku. To po prostu lekkie, kobiece czytadło, które podczas lektury daje do myślenia, ale suma summarum nie zostaje na dłużej. W książka pojawił się wątek urzekający moje czytelnicze serce. Cecelia Ahern stworzyła agencje, w której pracuje Życie Kat, Życie Boba, Życie Kogokolwiek. To nie duchy, nie anioły, ale ludzie z krwi i kości cierpiący, gdy ich "właściciel" nie radzi sobie z egzystencją.

Lucy Silchester nie może już dłużej ignorować wiadomości od swojego Życia, wreszcie wyrusza mu na spotkanie, jednak nie jest zupełnie przygotowana na to, co ją czeka. Nie spodziewa się ujrzeć zaniedbanego, siwiejącego faceta, z którego ust wydobywa się niezwykły dla zmysłu powonienia odorek. Lucy, jak na nią przystało, nie zamierza przyznawać się do jakiegokolwiek błędu, ba! ona nie umie już poradzić sobie bez kłamstwa, więc stając w oko w oko z własnym Życiem, przyszła trzydziestolatka, kłamie jak najęta. Ale nie oszukuje tylko wszystkich ludzi wokół, ona zwodzi również czytelników. Podobał mi się ten narracyjny smaczek, widzimy opowieść oczami Lucy (narrator pierwszoosobowy), która w pewnych momentach oznajmia nam nie z gruszki i pietruszki, że łże jak pies.

No dobra, skłamałam.
Kobieta już nie tylko oszukuje innych, ale również samą siebie, co można zauważyć od początku powieści. Lucy jest nieszczęśliwa i niezadowolona ze swojego życia, ona wegetuje, ale zupełnie nie jest tego świadoma. Gdy przed trzema laty straciła wielką miłość - Blake'a cały jej dotychczasowy świat runął jak domek z kart. Bohaterka kłamiąc w jednej kwestii, nie umiała powstrzymać lawiny wydarzeń, które na nią spadły, jedno oszustwo sprawiło, że wpadła w labirynt własnej fikcji. Nie może się wypłakać, zresztą Silchesterowie nie płaczą, ale gdyby jednak chciała, nie ma się do kogo zgłosić, bo przez narastający wstyd stała się niemal samotna, zresztą nikt nie zna prawdy o niej. Nikt nie zdaje sobie sprawę, w jakich okolicznościach opuściła starą pracę, nikt nie widział jej nowego mieszkania (zamiast pięknego apartamentu, ma klitkę, której mieści się ona i kanapa), a wynajmujący nie wie, że pewnego dnia przygarnęła kota. On nie chce kotów u siebie, więc Lucy ukrywa czworonoga — Pana Pana (który woli jednak jakieś damskie imiona). Kobieta zbudowała wokół siebie mur szczelnie ochraniający ją przed rodziną, przed przyjaciółmi i przed potencjalnymi kochankami. 

Ten wkurzający człowieczek to było moje Życie i tym razem jakoś wyjątkowo nie potrafiłam o nim myśleć.
Muszę Wam nadmienić, że początkowo decyzje Lucy mnie niewiarygodnie denerwowały, ale wraz z rozwojem wydarzeń i poznawaniem prawd o bohaterce, stwierdziłam, że to całkiem w porządku babka. Nawet się polubiłyśmy. Jeśli zaś chodzi o Życie, to od razu zapałałam do niego sympatią, okazał się opiekuńczym na swój sposób facetem, który nie szczędzi Lucy sarkazmu. Rozmowy kobiety z Życiem wprawiały mnie w dobry nastrój, potrafili sobie dogryźć, ale nigdy w złośliwościach nie zbliżyli się do niebezpiecznej granicy, w której mogłabym stwierdzić, że się poniżają.

Myślę, że to powieść, która idealnie sprawdzi się w letnie wieczory, czy jesienne popołudnia, jest naprawdę godną polecenia lekturą, która dostarczy odpowiednią dawkę rozrywki. Może na koniec robi się odrobinę za ckliwo, a akcja w książce nie biegnie na łeb na szyję, to mimo wszystko nie było źle. Ostatnie pięćdziesiąt stron troszeczkę wymęczyłam, ale biorąc pod uwagę dobrą zabawę, jaką miałam z książką, polecam ją. Pędźcie do Biedronek, może jeszcze można kupić ją za dziesięć złotych.


Niech Book będzie z Wami, 
szukająca swojego Życia Matylda




źródło: tu, tu, tu 

Nie było ochów i achów,  nie było niekontrolowanych wybuchów śmiechu, za to masa kociokwików i uniesionych ze zdziwienia brwi w ramach czytania „Moralności pani Piontek” Magdaleny Witkiewicz. Właściwie nie sięgam po literaturę kobiecą, ale zachęcona zacnymi opiniami, chciałam dać szansę popularnej polskiej autorce, liczyłam, że wpadnę w wir wydarzeń, które mnie porwą do reszty humorem i niebanalnością.  Co dostałam w zamian za pokładane nadzieje? Za zaufanie? Powieść przewidywalną i pełną trywialności. Aż zgrzytam zębami na samą myśl o tej smutnej literackiej przygodzie! Jest mi ciężko zrozumieć uwielbienie dla autorki, zwłaszcza, że jedynym plusem w tej powieści jest to, że czyta się ją z szybkością światła, jednak nic się nie wynosi... Wiecie, co zapamiętałam?
 
Trzydziestopięcioletniego mamisynka, który zbliżając się do czterdziestki, podjął męską decyzję, że czas wreszcie opuścić bezpieczne schronienie w ramionach rodzicielki. I nie, nie przekonuje mnie to, że zbuntował się, wybierając inną specjalizację niż mu Trudzia kazała. Nie obchodzi mnie, że w liceum miał okres strajkowania przeciw matce, który nomen omen i tak nie przyniósł żadnego skutku. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że on nie zachowuje się jak trzydziestopięciolatek, ale jak chłopak ledwo po dwudziestce, który ma jeszcze mleko pod nosem. Narrator mówi o nim swoje, on robi swoje, zupełnie niezrozumiała przeze mnie postać, która irytowała jak żadna inna.

— Nie mogę cały czas czekać, aż ona poda mi kawę z herbatnikiem. Sama bym tego lepiej nie ujęła Augustynie...

Anulę. Dziewczę tak proste jak budowa cepa, wypowiadające się jak mała prostaczka i tak nieporadne, że nie może sprawdzić w internecie, a mamy przecież XXI wiek, że została nieprzyjęta do akademika. Wiecie, jak to się odbywa? Studenci V roku (a takim jest Aneczka) mają czas (w Trójmieście, na Uniwersytecie Gdańskim, ale w każdym mieście jest podobnie) zazwyczaj od początku maja na składanie dokumentów, a potem dowiadują się o przyjęciu w zależności od wydziału. Czasem koniec czerwca, czasem początek LIPCA. LIPCA.

Wydział Nauk Społecznych




A to moi drodzy Wydział Pani Ani:


A Aneczka, dowiaduje się, że dla niej miejsca zabrakło pod koniec września, kiedy to radośnie przyjeżdża do akademika. Taki Uniwersytet Gdański nie jest zamkniętą na nowe technologie placówką, on nawet udostępnia wyniki! Matko bosko, pani Dulsko, co to się porobiło! Wiecie ile zajęło mi znalezienie tej informacji? Dziesięć minut. Gdzie byli redaktorzy, jak jeden z głównych wątków szlag trafiał? Nie, mówienie, że Anula to staroświecka dziewczyna lubiąca spać pod kołdrą w kwiaty i paradująca półnago po mieszkaniu mnie nie przekona. Anula to ameba. Rozwydrzona i denerwująca, już bardziej głęboką postacią była Bella Swan ze „Zmierzchu”, a to zdarza się tak rzadko jak pełne zaćmienie w Polsce. Sceny z nią były wulgarne, były pretensjonalne, dla mnie była ona bohaterką naiwną...

Trudzię. Kobietę tak zhiberbolizowana, że aż wychodziła mi przez czytnik i bałam się, że będzie mnie w nocy straszyć, to harpia, której boją się wszyscy łącznie z jej poczciwym mężem. Ma buty od  Louboutina, szykuje własny pogrzeb i ciągle jej coś nie pasuje. Nie chcę się rozpisywać na temat tej bohaterki, może ktoś jednak sięgnie po tę książkę, ale ostatni wątek z nią był wyjęty z rzyci, ale nie chcę zdradzać sekretów i tak ledwie zarysowanej fabuły.
Gertruda miała nadzieję, że wszystko pójdzie po jej myśli, jednak niepokoiły ją złe myśli. 

Dla mnie książka o niczym, w połowie zaczyna się coś dziać, jakby autorka przypomniała sobie, że nie może ciągle ukazywać scenek sytuacyjnych, bo powieść powinna mieć jakąś intrygę, więc na szybko stworzyła główną oś fabularną. Wiecie, co? Nie trafiło to do mnie. Nagle wszyscy bohaterowie zmieniają się charakterami. Zakończenie najbardziej kuriozalne ze wszystkich możliwych, jednak nad wyraz spodziewane. Cóż, umysł podsuwał mi nachalnie myśl „przecież to tak głupie, że niemożliwe”… I jeszcze te zdrobnienia - imiona wszystkich bohaterów musiały mieć jakieś słodkie zamienniki.

Przeczytałam w jedną noc, lektura niewymagająca, mnie nie bawiła, mi nie dała odprężenia, ale jeśli szukacie jakiegoś odmóżdżacza, to ta powieść jest idealna.

Niech Book będzie z Wami, 
Matylda