Jest mi ogromnie miło, że jakoś trafiłeś na Leona. Jestem studentką kognitywistyki, pasjonatką książek i cappuccino. Może masz ochotę pozwiedzać Leona? Śmiało! Zapraszam! Z racji tego, że lubię zwiedzać blogosferę, proszę Cię o zostawienie linku do Twego zakątka internetu, o ile takowy posiadasz, w komentarzu :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Johann Wolfgang von Goethe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Johann Wolfgang von Goethe. Pokaż wszystkie posty


Witajcie na nowym blogowym cyklu zwanym pieszczotliwie Literofilmówki. Porozmawiamy w nim o (co za zaskoczenie!) filmach, w których występują nasi ulubieńcy — twórcy książek. Czasem są to tytuły nagradzane Oskarami, a czasem kino tak wielkich lotów, że aż predysponujące do Złotych Malin. Pisarze są towarem cennym, zwłaszcza ci należący do światowej klasyki i będący powszechnie znani. Ich opowieści wciąż pobudzają psychikę czytelników, wciąż nurtują i zaciekawiają. Literaci są kastą fascynującą, mnie osobiście dręczy wiele pytań na ich temat… Skąd mieli te wszystkie pomysły? Jak wyglądało ich życie? Czy czerpali inspiracje z kart własnej historii, czy może pozwalali się nieść wyobraźni? Wątpię, by filmy umożliwiły mi znalezienie odpowiedzi, ale mogą być ciekawą rozrywką i odskocznią od książek. Są to produkcje uczłowieczające sławne postaci, które stały się już niemal legendami, a co niektórzy posiadają spore stadko pomników ku swojej czci. Pamiętamy jednak, że z pewnością nie byli tak przystojni, jak aktorzy i aktorki się w nich wcielający, ale…

Zaczniemy od czegoś lekkiego. 

Lubicie romanse? Ja za nimi średnio przepadam, ale od biedy i je czasem z chęcią oglądam, zwłaszcza gdy potrzebuję odstresowania od ciężkiego dnia, przedstawiam więc Wam z radością cztery filmy, których tytuły są tak bardzo od siebie różne, że niemal wcale. Wszystkie są kostiumowe i świetnie oddają realia swoich epok, i wszystkie traktują o trudnej pisarskiej miłości, jakby to ona miała posłużyć za inspirację/pogodzenie się ze sobą artystom.

# Zakochany Szekspir (1998), czyli worek z nagrodami

Film w reżyserii Johna Maddena zdobył aż siedem nagród Amerykańskiej Akademii Filmowej, chociaż nie do końca rozumiem, dlaczego aż tyle ich się posypało. „Zakochany Szekspir” jest dobry, gra aktorska stoi w nim na najwyższym poziomie, a głównym atutem są świetnie odwzorowane realia (można niemal uwierzyć, że na ekranie przechadzają się jegomoście z czasów Elżbiety I — cudowne kostiumy i doskonałe kwestie wypowiadane przez sławy kina), ale nie powiedziałabym, że to wyszukany tytuł zasługujący na wszelakie laury. Mamy Williama Szekspira, w którego wciela się Joseph Fienns, cierpi on na wypalenie twórcze, a ma stworzyć sztukę, która pomoże mu wejść na salony dramatopisarzy ówczesnych czasów, nie potrafi jej napisać, uważa, że stracił talent… Jest błyskotliwy i ironiczny, gestykulacja Josepha nadaje tej postaci życia, Will jest energiczny i wciąż poszukuje natchnienia. W „Zakochanym Szekspirze” nie uraczymy zbyt wielu faktów historycznych, za to na bajkowość nie możemy narzekać, wątpię, by tak wyglądało tworzenie „Romea i Julii”, ale mimo wszystko po cichu wierzę, że tak właśnie było. Wierzę, że Szekspira zainspirowała jakaś Viola (Gwyneth Paltrow — Oskar), że to dzięki niej powstała najbardziej znana historia o miłości wprost z Werony.    


Lord Wessex: Mamy ślub za dwa tygodnie. Wolno ci okazać radość.                               Viola: Ależ ja cię nie kocham panie!
Lord Wessex: Skaczesz z tematu na temat!


# Zakochany Goethe (2010), czyli weltschmerz puka do mych drzwi


Tym razem filmowcy w wir miłosnych perypetii wrzucili Johana Wolfganga von Goethe, niestety nie wyszło im, to tak dobrze jak z angielskim pisarzem. Weltschmerz towarzyszył mi niemal przez cały seans, lubię „Cierpienie Młodego Weltera” i "Fausta", czytałam o jego autorze wiele i w mojej głowie nie zrodził się obraz wymuskanego, szarmanckiego dżentelmena, ale człowieka dręczonego rozterkami i nieszczęśliwego. Niestety film pretenduje raczej do opery mydlanej osadzonej w pięknej romantycznej scenerii, a przecież jego fabuła jako jedyna spośród zestawionych filmów oparta jest na faktach z życia pisarza. Potencjał nie został wykorzystany. Film to raczej ciepła opowieść o Johanie (Alexander Fehling)  i  Charlotcie (Miriam Stein), oczekiwałam czegoś mroczniejszego, bardziej eterycznego... Na kostiumy w produkcji nie można narzekać, ale już na historię myślę, że tak. Liczyłam na więcej, a dostałam lekki film na późne wieczory, zupełnie bezrefleksyjny. Wielka szkoda, bo tylko "Zakochany Goethe" w Literofilmówkach opowiada prawdziwą historię o inspiracji pisarza...

# Zakochany Molier (2007), czyli beznadziejny tragik 

Scenerią "Zakochany Molier" przypomina „Człowieka w masce” — peruki, blichtr i piękne pałace Francji, jednak nie jest historią o walecznych muszkieterach i złym królu, ale o perypetiach Moliera. Historia o początkach drogi słynnego dramaturga była miłą dla oka rozrywką. Zdziwiło mnie to, że w francuskiej produkcji Laurenta Tirarda potrafiłam się tak dobrze odnaleźć. Nie ukrywam, że zawsze śmieszyły mnie sztuki Moliera - czy zekranizowane, czy czytane, czy wystawiane w teatrze. Ten film to właśnie niemal jedno z jego dzieł przeniesione na ekran, niemal. Muszę  się przyznać, że miejscami humor niestety mnie nie bawił, niby widziałam subtelne oczko puszczane w moją stronę "To jest ten moment, gdy chichoczesz", to jednak większe było moje zdziwienie, niż rozbawienie. W kilku scenach udało mi się wychwycić odniesienia do słynnych komedii Jeana-Baptiste’y Poquelina, co było bardzo dobrym posunięciem, bo jak to film Moliera, bez jego słów? Bez jego dzieł? Obserwujemy, więc Francuza przy pracy - aktorskiej i pisarskiej.

Mamy przyjemność śledzić godzenie się Moliera z myślą, że tworzenie komedii wychodzi mu znakomicie, ale w tragedie, to nie jego bajka. Zakochuje się ze wzajemnością w żonie człowieka, który wyciągnął go z więzienia i któremu musi spłacić dług za swą wolność. Nic nie jest proste. Film jest komedią pomyłek, każdy bohater zna jakąś półprawdę, inny poznaje kłamstwo, w końcu nie wiadomo, kto o czym jest świadomy. Mimo wszystko polecam Wam tę produkcję, nie jest ona może wyszukanym kinem, które zmusi Was do rozprawiania o niej, ale na wieczór rozrywki nada się idealnie.

Jourdain do Moliera: Mówiąc bardziej z rozsądku niż z porywczości, jeśli moja sztuka nadaje się do ubikacji, to pańska nie zasługuje nawet na miano gówna.

# Zakochana Jane (2007), czyli rodzynka w zestawieniu

Co mogę powiedzieć o filmie Juliana Jarrolda? Naprawdę nie wiem. Szczerze mówiąc, nie tak wyobrażałam sobie autorkę "Rozważnej i romantycznej", fakt w moim mniemaniu była ona inteligentna i przebojowa, ale... Nie, aż tak. Mam wrażenie, że twórcy chcieli z niej zrobić drugiego Szekspira, w kąśliwych uwagach przychodził mi właśnie wykreowany przez Joseph Fiennsa pisarz. Może to dlatego, że te wszystkie filmy oglądałam w krótkich odstępach? Wielcy autorzy zostali niemal identycznie przedstawieni, a ich historię są do bólu podobne. Nie upiekło się nawet Austen. Mamy miłość (kto by odgadł po tytule?) i wydarzenia z jej życia (których mimo wszystko nie potwierdzono), sprawiające, że Jane jest w stanie zamiast pisać ckliwe historie dla ówczesnych kur domowych, wznieść się na wyżyny swojego kunsztu i stać się jedną ze sław angielskiej literatury. Nie mogę odebrać filmowi tego, że oglądało go się z przyjemnością - muzyka była cudownie dobrana, podobnie stroje i lokalizacje. Jednak nie przekonuje mnie ta historia, to jeden z przewidywalnych romansów... Niestety. 
Pani Austen: Ile razy tańczyłaś z tym panem, Jane?
Henry Austen: Dwa razy to przesada, ale trzy to temat na plotki.

Jesteście ciekawi miejsc, które fani Austen powinni odwiedzić? 



Niech Book będzie z Wami, 
zakochana Matylda