Jest mi ogromnie miło, że jakoś trafiłeś na Leona. Jestem studentką kognitywistyki, pasjonatką książek i cappuccino. Może masz ochotę pozwiedzać Leona? Śmiało! Zapraszam! Z racji tego, że lubię zwiedzać blogosferę, proszę Cię o zostawienie linku do Twego zakątka internetu, o ile takowy posiadasz, w komentarzu :)

Dziś pierwszy dzień tematycznego tygodnia na Leonie! Z racji tego, że wróciłam z zagranicznych wojaży stwierdziłam, że to idealny moment, by trochę więcej poświęcić czasu nauce języków obcych, więc... Będą magazyny wydawnictwa Colorfulmedia i kilka małych niespodzianek. Mam nadzieję, że pomysł na tematyczny tydzień przypadnie Wam do gustu, bo w przyszłości zamierzam również coś podobnego stworzyć, ale już nieco z innymi tematami!

Nie mogłabym przejść obojętnie obok magazynu, na którego okładce widnieje sam Leonardo DiCaprio, zdobywca Oskara i jeden z moich ulubionych aktorów, cóż... ten numer English Matters ma szczególne miejsce w moim oziębłym serduszku...

Ale zanim pojawił się artykuł o Leo, musiałam przebrnąć przez tekst o Robercie Lewandowski. Mam wrażenie, że ten człowiek niedługo wyskoczy z lodówki, no, ale dowiedziałam się odrobinę o jego życiorysie i życiu prywatnym, o sukcesach sportowych i nadziejach na przyszłość. Cóż, mam wrażenie, że w przyszłości o Robercie Lewandowskim będzie się mówić jak o legendzie polskiego futbolu. 


Serwisy randkowe! Wywiad z Mattem Fullerem czyli założycielem Free Dating America, który mówi o tym, że to typ biznesu jak każdy inny, ale to ciekawa opcja dla znalezienia parterów czy znajomości online. Poleca swoją stronę, która nie wymaga subskrypcji, by niej korzystać, a płaci się za ewentualną możliwość wzięcia udziału w live chat roomie. 

Trzecim artykułem jest opowieść o złotym chłopcu Hollywood, czyli o wspomnianym już przeze mnie Leonardo DiCaprio. Och, wiecie dlaczego Leo to Leo? Bo jego mama poczuła pierwsze kopnięcie, gdy zwiedzała muzeum Leonarda da Vinci! Miał przez to też nie lada problemy, agenci wielokrotnie proponowali mu zmianę imienia na bardziej amerykańsko brzmiące, jednak on pozostał przy swoim. Parę słów znajdziemy o megahicie Titanicu, który wyniósł go na szczyt, o filmach, w których grał, o pasjach, o tym, że wspiera problemy ekologiczne... Poruszył nawet ten temat w mowie oskarowej! Warty poznania tekst o sylwetce niezwykłego aktora. 

Jako fanka angielskich kryminałów nie mogłam przejść obojętnie obok tekstu poświęconego Scotland Yardowi... Pomimo nazwy obecnie nie ma to nic wspólnego ze Szkocją, ponieważ teraz siedziba znajduje się w Londynie. Gównie są znani właśnie z literackich postaci takich jak Sherlock Holms, ale normalnie zajmują się tym wszystkim, co zwykli policjanci. 

W kolejnym artykule English Matters mowa jest o sylwetkach amerykańskich prezydentów, czyli wszystko pokrótce na temat danej osobistości, zwięźle i na temat. 

Angielski jest seksowny? W tym tekście znajdziecie powody, przez które ten język brzmi tak dobrze! Klejnot na Oceanie Indyjskim? Bali! Taniec w filmach? 




Za możliwość zapoznania się z magazynem dziękuję wydawnictwu
Niech Book będzie z Wami, 
Matylda

Zankyou no Terror było całkiem niezłym anime, które zdecydowanie wyróżniało się wśród wszystkich innych produkcji z sezonu lato 2014. Długo się jednak do niego przymierzałam, bo bohaterowie to nastolatkowie, bo jego opis na jednej ze stron mnie odrobinę zmylił... przez niego ubzdurałam sobie, że Zankyou no Terror jest osadzone w świecie po ataku nuklearnym, a guzik prawda. 

Tokio - stolica Japonii - miasto wydawałoby się bezpieczne i wygodne, umożliwiające rozwój, a jednocześnie niepokojące i powoli pogrążające się w chaosie, bo jak żyć w miejscu, które jest gnębione przez ataki terrorystyczne? Wychodzić z domu? Zamknąć się na cztery spusty i nie wyściubiać nosa? Co jest celem tajemniczych Sfinksów? Co planują? Czym jeszcze zaskoczą? Czy Tokio stanie się jałową pustynią?

Na początku nikt nie brał na poważnie wystąpienia dwóch młodych ludzi w internecie, ale gdy ich słowa spełniły się, stali się najbardziej poszukiwanymi przestępcami w Japonii. Są genialni, są zagadkowi i nie zawahają się przed użyciem swoich umiejętności. Na domiar złego posiadają pluton, który wykradli z elektrowni atomowej w Aomori, z nimi nie będzie łatwo wygrać policji... Czy zdziesiątkują Japonię? A może... właśnie, a może za ich działaniami coś się skrywa? Może to nie jest wygłup dwóch podrostków? Na te pytanie spróbuje odpowiedzieć policja, do której należy błyskotliwy, ale zdegradowany detektyw Shibazaki. On będzie starał się za wszelką cenę zapobiec atakom i zrozumieć kto za nimi stoi. 


Toujiego Hisamiego (Twelve) i Aratę Kokonoe (Nine) poznajemy, kiedy udają się na pierwszy dzień szkoły, traf chciał, że spotykają tam niezdarną Lisę Mishimę, która przez kilka zbiegów okoliczności zostaje postawiona przed wyborem, albo dołącza do ekipy Sfinsków albo marnie kończy. Dziewczyna oprócz nieradzenia sobie z przyziemnymi czynnościami, jest prześladowana przez rówieśników, nie ma łatwego życia również w domu, w którym nadopiekuńcza matka ciągle próbuje ją monitorować... Lisa jest bohaterka zdecydowanie różniącą się od zimnego i nieprzeniknionego Nine i uroczego, ale diabelsko uśmiechającego się Twelve. Jej nieporadność zupełnie nie pasuje do zorganizowanych i wszystko pieczołowicie planujących Sfinksów. Czy to błąd, że taka postać pojawiła się w anime? Niektórzy uznają Mishimę za irytującą, dla mnie taka nie była, współczułam jej i kibicowałam, jej postać jako jedyna spośród pozostałych może uchodzić za jednokolorową - Lisa ma dobre serce i nie skrywa ciemnych stron. Twelve i Nine - terroryści, których przeszłość do najmilszych nie należała, nie zdradzę Wami co  przydarzyło się tej tajemniczej dwójce, ale ich historia do łatwych w ocenie nie należy. Five, cóż, kiedy się pojawiła wątki w Zankyou no Terror zaczęły się nieco sypać i stawać miejscami mało prawdopodobnymi, ale jej przybycia do Tokio nie mogę uznać za zbędnym. Niektórzy uważają ją za równie irytującą jak Lisa, jednak myślę, że zapominają oni spojrzeć na dziewczynę przez pryzmat jej przeszłości, patrzą na nią jednowymiarowo, biorą pod uwagę jedynie jej teraźniejsze czyny... Myślę, że wystarczy się lepiej przyjrzeć tej postaci, by ją zrozumieć.

Czytałam komentarze, które zarzucają niektórym relacjom w animacji umiejscowienie na siłę, byle tylko były, bo pasowały scenarzystom, cóż... Patrzę na to inaczej, stawiam się w sytuacji, w której przez całe życie przed czymś uciekałam, byłam zdana na siebie, prześladowana przez rówieśników, czy nie chciałabym zbliżyć się do osoby, która okazała mi wsparcie? Z którą się śmiałam? Myślę, że każdy potrzebuje bliskości, więc tak widzę jedną z przyjaźni w Zankyou no Terror. Z kolei związek Twelve i Nine jest dla mnie jak najbardziej świetnie wykreowany, są oni niemal nierozłączni, polegają na sobie i tworzą niezwykle zgrany duet, który niejednokrotnie utrze nosa policji. A co z Shibazakim? Jest cóż... typowym detektywem, trochę samotnik, trochę ekscentryk, palacz, a jednocześnie człowiek sprawiedliwy, który będzie dążył do poznania prawdy za wszelką cenę - nawet własnej kariery. 

dddddddd
Niewątpliwym mocnym punktem tego anime jest jego wykonanie - wybuchy, pościgi czy strzelaniny są przedstawione z niesamowitą dbałością o szczegóły, nic nie jest pozostawione przypadkowi, co sprawia, że obraz studia Mappa ogląda się z niebywałą przyjemnością. Jednak największą radość czerpałam z słuchania ścieżki dźwiękowej do Zankyou no Terror, utwór Is -Yoko Kanno (ft. POP ETC) towarzyszył mi przez wiele wieczorów po seansie, a scena, w której po raz pierwszy się pojawił jest chyba moją ulubioną.  

To nie jest anime bez wad, z pewnością na jego niekorzyść działa scena na lotnisku i odcinki między szóstym a dziewiątym, które miejscami są dość absurdalne, jednak wszystko rekompensuje zakończenie, które wręcz wbija w fotel. Jestem pewna, że ta produkcja pozostanie na długo w mojej pamięci czy to za sprawą ostatnich scen, czy też przez utwór, do którego link umieściłam Wam w tekście. Cóż, nie zapomnę o tajemniczym i wyniosłym Nine i energicznym Twelve... 



Niech Book będzie z Wami, 
Matylda


Muszę przyznać, że w tym miesiącu miałam niezły orzech do zgryzienia, było wiele okładek, które zapadły mi w pamięć, ale wreszcie zdołałam wybrać takie, które niezwykle cieszą moje oko.


Miejsce trzecie zajmuje nowe wydanie Harry'ego Pottera, te okładki mają w sobie niezwykle wiele uroku i nie mogłam się zdecydować, która z nich najbardziej mnie urzekła. Ostatecznie najbardziej spodobała mi się ta do Księcia Półkrwi. 







Drugie miejsce w zestawieniu sierpniowym należy się okładce do Zawód Wiedźma Olgi Gromyko, cóż, trochę komiksowa, ale mnie do gustu szczególnie ta ilustracja przypadła. 






Miejsce pierwsze w tym miesiącu pewnie ku zaskoczeniu wszystkich zajmuje okładka do Czasu Żelaza Angusa Watsona :D Lubię takie hm... brudne kolory, wojowników, obietnicę ostrej jatki na stronach powieści, stąd ten wybór. 












Niech Book będzie z Wami, 
Matylda

Co jest po śmierci? Niebo? Piekło? A może żadne z nich? Na te pytanie próbuje w stworzonym przez siebie anime odpowiedzieć Yuzuru Tachikawa, muszę przyznać, że robi to brawurowo. Od dawna żadna produkcja nie wzbudziła we mnie tylu emocji, co właśnie Death Parade, był strach, był smutek i złość, było wzruszenie i niedowierzanie, była feeria uczuć. Często japońskie animacje uchodzą za potworki, od których powinno się trzymać z daleka a ich fanów postrzega się jako dziwnych, niegroźnych szaleńców, Death Parade swoim klimatem i historią udowadnia, jak wielki błąd popełniają ci, którzy nie dają szansy produkcjom z Kraju Kwitnącej Wiśni. To anime nie jest obrazem dla młodszego widza, treści w nim zawarte mogą być dla niego nieprzyjemne. Zdarzają się w nim sceny, które nie należą do najmilszych, nieraz bywają brutalne i krwawe, ale czego się spodziewać po produkcji, która opowiada o śmierci? W której pojawiają się ujęcia ukazujące momenty tuż przed zgonem? 
Witajcie w barze Quindecim zarządzanym przez nieco ekscentrycznego barmana, który zamiast zaproponować Wam drinka, stawia Was pod ścianą - albo zagracie w jego grę, w której stawką jest Wasze życie, albo skończycie dość marnie... Sytuacja jest patowa, bar jest zamknięty na cztery spusty, nie ma wyboru, musicie spełnić warunki, inaczej nie opuścicie tego miejsca. Na domiar złego nie pamiętacie, kim jesteście, jak się tutaj znaleźliście, czy to jakiś ostry kac? O co w tym wszystkim chodzi? Trafiliście w ręce psychopatycznego mordercy? Cóż, Decim - upiorny barman - chociaż aparycją nie zachęca do bliższego poznania, to nie może zranić Waszych ciał, jesteście bowiem martwi, jest jednak pewne ale, to on zadecyduje o Waszym życiu... po życiu. Nie martwcie się jednak, sami grać nie będziecie, bowiem do gry potrzebne są dwie osoby zmarłe w tym samym momencie. 

Największym plusem tej produkcji jest jej umiejscowienie, pomysł stworzenia baru dla dusz, który pełni rolę czegoś na wzór Sądu Ostatecznego u katolików, niebywale mnie zauroczył. Barów podobnych do Quindecim jest całe mnóstwo, machina sądownicza w tym wydaniu musi bowiem działać jak w zegarku, wręcz mechanicznie, bo ludzkich dusz w ciągu minuty przybywa do świata umarłych 7000... To przytłaczająca liczba. Czy w takich warunkach sprawiedliwy osąd jest możliwy? Czy gra może pokazać ciemną stronę człowieka, czy będzie jedynie wyzwalać w nim negatywne emocje, które ostatecznie doprowadzą daną osobę do upadku? Co warunkuje, że ktoś prowadził dobre życie? A może arbitrzy oceniają jedynie człowieka po jego śmierci? Sędziowie niby mają dostęp do ludzkich wspomnień, ale i tak nie są w stanie na ich podstawie wydać wyroku... Nie są ludźmi, nie są bogami, czym więc są? Ich przeznaczeniem jest sądzenie dusz. 

Atutem tej produkcji jest jej przepiękna strona wizualna, byłam zauroczona pomieszczeniami i bohaterami - zwłaszcza mieszkańcy krainy umarłych do mnie trafili. Ich niesamowicie klimatyczne oczy, działały na moją wyobraźnie. Zresztą nie tylko one zostały dopracowane, anatomia postaci, ich mimika, ich wyrażanie emocji, to wszystko zostało zrealizowane z należytą pieczołowitością, dzięki temu otrzymaliśmy małe cacuszko. W tym miejscu należy chyba wspomnieć o postaciach, przewija się ich całkiem sporo, bo niemal w każdym z 12 odcinków pojawiają się nowi zmarli. Decim to arbiter zagadka, jego brak okazywania emocji, nieumiejętność zachowywania się w towarzystwie i nawiązywania kontaktów czynią z niego bohatera dość oschłego i tajemniczego. Jego asystentka jest jego zdecydowanym przeciwieństwem, kobieta reaguje emocjonalnie, jest uśmiechnięta i radosna. Lód i ogień, cóż, te zestawienie doskonale się sprawdziło, a zagadka, która kryje się za czarnowłosą dziewczyną u boku Decima była jednym z najlepszych wątków w anime. Noona, czyli szefowa barmanów przypomina swym wyglądem małą dziewczynkę, ale niech to Was nie zwiedzie! 

Czy anime robi się schematyczne? Wydawać by się mogło, że może się takie stać, bar, goście, gra i werdykt i tak w kółko... Fabuła Death Parade to nie tylko gama emocji, ale i wątków od dramatycznych, do miejscami komediowych a nawet poruszających i ciepłych. Śmierć przecież każdego dotyka, a każdy ma inną historię do opowiedzenia, inaczej postrzegał świat, inaczej się zachowuje... To wszystko sprawia, że niemal każdy odcinek Death Parade jest unikatowy. Kolejni goście i nowe wydarzenia wpływają na Decima, który za sprawą towarzystwa i słów uroczej asystentki zaczyna inaczej patrzeć na to co robi, powoli przechodzi przemianę, dokąd ona go doprowadzi?  

Madhouse Studios, czyli studio odpowiadające za ten tytuł i twórcy takich anime jak Casshern Sins, Claymore czy Death Note kolejny raz mnie nie zawiedli, dali mi ogromną dawkę treści do przemyślenia i całą masę rozrywki na wysokim poziomie. Nie mogę nie wspomnieć w tym poście o openingu do tego anime, który odróżnia się na tle całej produkcji wesołością... Skąd ona? A mówi Wam coś może sformułowanie... danse macabre, taniec śmierci? Tak? No to jesteśmy w domu! 
Z całego serca polecam Wam tę produkcję, 
Niech book będzie z Wami, 
Matylda

Antoni zawsze miał wrażenie, że jego wiek liczy się jak wiek psa. 

Tę książkę po raz pierwszy przeczytałam dwanaście lat temu... Trochę dawno, prawda? Na ówczesnej dziesięcioletniej Matyldzie powieść Jak zostałem głupcem? zrobiła ogromne wrażenie. Jak jest teraz? Nie była to nieudana przygoda, jednak pamiętałam tę historię o wiele lepiej, wydawała mi się naprawdę głęboką, teraz już nie jest tak pięknie, a dawne sympatię odrobinę przeminęły. 

Z pewnością głównym plusem książki jest to, że niebywale łatwo i przyjemnie się ją czyta, nie ma zbyt wielu dialogów, ale opisy skrojone są na idealną miarę. Są zabawne, zabarwione ironią i świetnie opisujące głównego bohatera, czyli Antoniego, który to własnie planuje zostać głupcem. Dlaczego decyduje się na taki krok? Cóż, jego inteligencja spędza mu sen z powiek. O wszystkim myśli, o dzieciach, które nie mają dzieciństwa, bo muszą pracować w fabrykach ubrań, o wycince drzew w Amazonii, o swojej powinności, o tym co by chciał robić. Antoni ciągle rozmyśla, nie ma chwili, by czegoś nie rozważał. Ma już dość życia w swoim hermetycznym świecie, do którego dopuszcza nielicznych. Głupota ma go oswobodzić. 

Mogłabym podzielić książkę na dwa etapy: przed głupotą i po głupocie, ten drugi zupełnie mnie nie przekonał, zgubił on pewną magię, którą kryła się w pierwszym... W początkowych fragmentach akcja trącała o groteskę: mieliśmy święcącego w nocy olbrzymiego przyjaciela Antoniego, mieliśmy szkołę dla samobójców, mieliśmy wreszcie mędrca alkoholika. Te wszystkie elementy sprawiły, że czytając Jak zostałem głupcem przyszedł mi na myśl Mały książę, który był podobnie zagubiony w świecie, co Antoni. W drugiej części wszystko nabrało dość ponurych barw i wyszło na jaw, że autor nie bardzo miał pomysł w jaki sposób poprowadzić historię, która niestety... stała się dość płytka. Samo zakończenie nie trafiło do mnie. Morał znalazł miejsce w tej opowieści, ale był jednym z tych banalniejszych, o których napisano już dziesiątki innych książek, pieniądze szczęścia nie dają. 

Jak więc oceniam przygodę z Antonim? W perspektywie czasu widzę, że nie była to tak refleksyjna powieść, jak wówczas mi się to wydawało, ale nie mogę napisać, że jest to książka niewarta uwagi. Mogę ją uznać za pewny motywator do działania, mi dał on niezłego kopa, by nad sobą popracować. Była to dla mnie sentymentalna podróż, która skończyła się delikatnym rozczarowaniem, ale nie takim, bym miała o niej jakoś dramatycznie zmienić zdanie, myślę bowiem, że osobom wchodzącym w wiek dojrzewania i młodszym może ta historia przypaść do gustu. Nie było fajerwerków, ale uśmiech kilkakrotnie wypełzł na moje usta. 

Niech Book będzie z Wami,
Matylda

Po moim blogu pewnie widzicie, że uwielbiam angielskie i amerykańskie produkcje. Władca Pierścieni? Batman? Przeminęło z wiatrem? O, tak! To coś dla mnie. Kiedy więc w moje ręce trafił magazyn English Matter Guide to movie - wydanie specjalne. Byłam wniebowzięta. Może ten numer nie jest szczegółową monografią historii filmu, ale dzięki niemu dowiedziałam się kilku interesujących kąsków. 

Na pierwszy ogień poszedł artykuł dotyczący nagród filmowych. Szczególne miejsce w nim zajął fragment o Nagrodzie Amerykańskiej Akademii filmowej, Oskarom. Dostaliśmy w nim sporą dawkę wiedzy na temat historii temu najważniejszemu na świecie wyróżnieniu w kinematografii. Kim był sławny Oskar? Od kiedy używa się tej nazwy? Artykuł wspomina również o zwycięzcach i wielkich przegranych Oskarów. Dalej mamy słów kilka o dresscodzie imprezy. Krótko, ale interesująco  zostały opisane kolejne sławne festiwale filmowe ten w Canes czy berlinie, BAFTA również się tutaj znalazła czy Złote Globy. Szczerze mówiąc, nie interesowałam się nimi aż tak, jak Oskarami, znam ich zwycięzców z mediów, ale nie słyszałam o samych imprezach zbyt wiele, więc byłam wdzięczna autorowi tekstu za poszerzenie mojej nikłej wiedzy. 

Moimi faworytami są natomiast teksty o filmowych ikonach płci pięknej i płci brzydkiej. Co ciekawe podzielone są one na lata, wiec znalazły się tam i sławy obecnej generacji, i lat ubiegłych, więc dane jest nam poczytać o tak wielkich aktorkach, jak Greta Garbo, Jean Harlow czy Audrey Hepburn. Znajdziecie u też informacje między innymi o zachwycających Angelinie Jole czy Maryl Streep. A, którzy pośród panów zostali napomknięcie na łamach magazynu? Nie sposób wymienić byłoby wszystkich, ale warto wspomnieć choćby o Rudolfie Valentino, czyli pierwszym bożyszczu tłumu, który porywał serca w latach 20.. Jest tu Marlon Brando. Zaskoczył mnie trochę pojawieniem się w zestawieniu Clint Eastwood, ale już George Clooney i Johnny Deep zasłużenie się tutaj znaleźli. Dzięki tym dwóm artykułom możecie zasięgnąć języka o początkach kariery sław kina i filmach, które przyniosły im rozgłos. 

Czym byłyby filmy bez reżyserów? W tym magazynie również im zadedykowano jeden z artykułów. Dziesięciu wspaniałych twórców filmowych. Mamy tutaj Woody Allena, jest .... A wszystko opatrzone krótką, ale zwięzłą notatką na temat ich dorobków i tego jakie filmy najczęściej wychodzą spod ich... kamer? ;) 

Są i filmowe gatunki, i przykłady produkcji, jest wreszcie tekst o niemych filmach i ich wielkich przedstawicielach, kto bowiem nie zna Charliego Chaplina? Są i produkcje, które wbiły się do zbiorowej świadomości i mogą uchodzić za kultowe. Nie chcę Wam zdradzać, co jeszcze znajdziecie w tym numerze specjalnym, ale moim zdaniem szczególnie na uwadze powinni go mieć kinomaniacy, którzy pragną poszerzyć swoje filmowe językowe zdolności, by móc swobodnie rozmawiać o pasji wraz z innymi użytkownikami angielskiego. Polecam!

Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Colorfulmedia.

Niech Book będzie z Wami, 
Matylda


Postów mogłoby być już więcej, ale część z nich usunęłam – pozbyłam się TAGów i kilku treści, które uznałam, że nie pasują do mojej nowej koncepcji na Leona, mam nadzieje, że blog po renowacji i moim powrocie przypadł Wam do gustu. Muszę otwarcie przyznać, że odkąd zrobiłam sobie zapas tekstów, tworzenie bloga stało się jeszcze milszym zajęciem, nie martwię się, że będę musiała na siłę wymyślać jakieś treści czy tworzyć zapchaj dziurę. 

Przejdźmy do małych przyjemności, czyli postów, które moim zdaniem są zdecydowanie najlepszymi, czyli te nad którymi najwięcej czasu spędziłam: Baśnie, które strach się bać, Lekarstwo umysłu – książki, Rzecz gustu: Drugie życie książek bookart. A jakie posty Wam na Leonie najbardziej przypadły do gustu? 

W czasie tego roku na blogu pojawiło się prawie 300 obserwatorów, a fanpage Leona ma 200 fanów – ogromnie Wam dziękuję, dajecie mi niezwykłe wsparcie! W tym miejscu chcę również podziękować wszystkim osobom, z którymi miałam przyjemność wymienić się opiniami na temat danej lektury/treści posta/czegokolwiek, Wasze komentarze zawsze są dla mnie ogromną motywacją! 

Jest mi również niezmiernie miło, że trzy wydawnictwa zwróciły się do mnie o współpracę, Genius Creations,  In Rock/Vesper oraz Colorful Media, udało mi się również nawiązać współpracę z wydawnictwem Papierowy Księżyc - wszystko za sprawą ich postu na fp i informacji, że poszukują recenzentów... Cóż, inaczej bym się nie przemogła, by gdziekolwiek napisać :D  

Co teraz będzie się działo? Mam zamiar co jakiś czas wprowadzić odrobinę orientu na Leona, pojawią się posty dotyczące anime, stęskniłam się za azjatyckimi produkcjami, bo podczas trwania roku akademickiego mam mało czasu na te animacje, więc cóż... Wakacje stały się dla mnie nadrabianiem zaległości.


MAŁE SIERPNIOWE INFO: 

Informowałam Was już na blogu, że wyjeżdżam do pracy, do Niemiec, internet będę miała, ale nie wiem, jak będzie z czasem, więc posty będą publikowane, co trzy dni... Dlaczego tak? W roku akademickim zaczynam walkę z dwoma kierunkami, więc będę miała mało czasu na tworzenie jakiegokolwiek contentu na bloga, a nie wiem jak będzie z tworzeniem czegokolwiek na obczyźnie :D Czy w ogóle znajdę na to czas, więc cóż... Będzie mnie tu mniej, nie wiem czy dam radę odpisywać na Wasze komentarze. Częściej będziecie mogli dorwać mnie na fanpage'u Leona :) Klik.

Niech Book będzie z Wami, 
Matylda




W internecie jest wszystko, ale czasem trudno do danej rzeczy dotrzeć, poszukując czegoś ciekawego na yt przy okazji znalazłam trailery książek... W Polsce wydaje mi się, że ta sfera promowania powieści dopiero raczkuje, cóż, w zasadzie kojarzę jedynie kilka polskich trailerów, a wśród nich są te do książek AutorKasi... A może Wy znacie jakieś zapowiedzi polskich książek? Co o nich sądzicie?

Przeglądając youtube, odkryłam kilka polskich trailerów, o których nie miałam bladego pojęcia, cóż... Nie robiły one na mnie wielkiego wrażenia, ale nie mogę napisać, by były złe, biorąc pod uwagę fakt, że to zapewne niskobudżetowe produkcje. Muszę przyznać, że moje uznanie najbardziej zdobyły materiały promujące książki dla dzieci: były zabawne, estetyczne i zazwyczaj bardzo ciekawe. 

Swego czasu wydawnictwo Otwarte organizowało casting do tego traileru, który kręcony był we Wrocławiu. 

Crescendo Becka Fitzpatrick.

Wydawnictwo Literackie z kolei zdecydowało się w taki sposób promować książkę kucharską inspirowaną Grą o tron: 


Jeden z lepszych w moim mniemaniu polskich trailerów, do którego scenariusz tworzył sam autor książki, czyli Jacek  Piekara. 
Cykl inkwizytorski Jacek Piekara
A tutaj kolejny trailer książki wydawnictwa  Fabryka Słów tym razem nieco animowany i krótszy do Pana Lodowego  Ogrodu Jarosława Grzędowicza. 

Trailery zagraniczne: 
Alive 

Wojownic. Ucieczka w dzicz Erin Hunter

Miasto cieni Ransom Riggs

Mój osobisty faworyt: 

Co uważacie o tego tupu akcjach promocyjnych? Ja szczerze mówiąc, nie umiałam odnaleźć klimatu w tych miniprodukcjach, wiele mi w nich do doskonałości brakowało, zdecydowanie wolę przeczytać opis na okładce :) 

Niech Book będzie z Wami, 
Matylda


Ilu czytelników, tyle twarzy bohaterów 

Przy okazji postu z Portretami pamięciowymi bohaterów dowiedziałam się rzeczy arcyciekawej, część z Was napisała, że w ich wyobraźni literackie postacie nie mają twarzy, szczerze mówiąc bardzo mnie to zaintrygowało, do tego stopnia, że postanowiłam trochę podpytać innych czytelników. 

Jak jest ze mną? 
U mnie sprawa jest dość prosta — zazwyczaj bohaterowie są do siebie podobni, w zależności oczywiście od sytuacji: tu dodam komuś długie włosy, tu brodę, a innemu garba... Nie zawsze kieruję się wskazówkami autora. Czasem zwyczajnie zapominam, co o nich pisarz wspominał, zwłaszcza, że niejednokrotnie wygląd bywa napomknięty jedynie raz, więc... Musiałabym sobie gdzieś zapisać, jakiego koloru to Bohater X miał oczy. Jeśli postać posiada blizny, znamiona, dziwnego koloru włosy/oczy to pamiętam o tym doskonale, ale nie zawsze te cechy szczególne pasują do mojego wizerunku danej postaci... 

Jak jest z innymi? 
Sidła zarzuciłam na kilku grupach książkowych, by zasięgnąć informacji u innych czytelników. Odpowiedzi przeszły moje najśmielsze oczekiwania! Ile ludzi, tyle zdań, jakby to pięknie ujął Terencjusz, parafrazuję na Ilu czytelników, tyle twarzy bohaterów. To bardzo ciekawy temat, zupełnie przeze mnie przeoczony, dzięki Waszym komentarzom otworzyłam na niego oczy! Mam nawet mały pomysł na próbę badania tego zagadnienia, ale chyba zrobię to dopiero w roku akademickim, jeszcze nie wiem dokładnie, jak powinnam przeprowadzić całą misterną procedurę, będę informować! 

Niektórzy stwierdzali, że i owszem wyobrażają sobie twarze bohaterów, ale jedynie na początku, wraz z poznawaniem książki one się zacierają i stają zupełnie mało istotne. Dokładne opisy postaci? A właściwie na co to komu? To zupełnie zbędny element. Są osoby, które czasem wklejają w wizualizację postaci twarz jakiegoś aktora, a czasem nie czynią tego wcale i sylwetka, wygląd — wszystko jest za mgłą. Nasi bracia i siostry czytelnicy zwracają uwagę na opisy albo od razu o nich zapominają i z własnych elementów składają wygląd bohaterów. Zdarza się też tak, że w wyglądzie postaci coś nam nie pasuje, więc... Tu coś inaczej pokolorujemy, tu coś dodamy, a tu odetniemy uszy. Piękno czytania nie zna granic! Co jeszcze? Sprawy twarzy i całej reszty może załatwić dobra okładka czy choćby zdjęcie znalezione na serwisie tumblr. Wyrazisty opis też jest istotny, podobnie jak rola postaci, bo jeśli jest epizodyczna, to po co zaprzątać sobie nią głowę? 

Ogólna twarz, ostra twarz, twarz, której nie można zobaczyć z bliska, nie można ją przybliżyć, bo się zamazuje, twarze znajomych... Ile tego było!  A pewnie jest jeszcze więcej, bo odpowiedziała mi zaledwie garstka spośród czytelniczej braci. Bardzo to ciekawe, zważając na to, że w życiu twarze często skupiają całą naszą percepcję... bardzo chciałabym się dowiedzieć, jak na tę sprawę spoglądają osoby cierpiące na prozopagnozję (niemożliwość rozpoznawania twarzy)

Niemi bohaterowie? 
Z głosami bohaterów mam zdecydowanie większy problem. Trudniej jest mi je usłyszeć, jeśli nie mam żadnych wskazówek, co to tego jak powinny brzmieć. Postać się jąka? Ma szorstki głos? Zachrypnięty? Piskliwy? Tak, to mi zdecydowanie pomaga! Jednak mimo wszystko nie słyszę siebie... U innych sprawa ma się podobnie, jak w widzeniu twarzy bohaterów, Ilu czytelników, tyle głosów postaci. Niektórzy doskonale słyszą literackich bohaterów i każdemu nadają niepowtarzalny głos. Inni w ogóle ich nie słyszą. Cóż... są też ci, którzy nawet nie pomyśleli, by głosy sobie wyobrazić! 



Jak jest z Wami? 
Słyszycie głosy bohaterów? 
Czy jedynie własny? 
Intonujecie dialogi? 
Bohaterowie mają twarze?

Niech  Book będzie z Wami,
prosząca o wybaczenie wszelkich nieścisłości w teśkcie,
bowiem pisała go w entuzjazmie
Matylda
Dodatek do tekstu, którego miało nie być tutaj, ale jednak jest: 

Z kognitywistycznej beczki: Twarz

Jedyna w swoim rodzaju. Przyczynia się do oceny atrakcyjności, nie jest symetryczna, jest skomplikowana: oczy, usta, nos... Twarz jest mimo swojej złożoności rejestrowana i przede wszystkim przetwarzana przez mózg jako całość. Już noworodek ma podstawową zdolność do percepcji twarzy, co ciekawe najbardziej z elementów twarzy preferują one oczy. Dziecko niedługo po urodzeniu jest w stanie naśladować osobę, która otwiera usta i pokazuje język. To aktywne wielozmysłowe naśladowanie. Dobrze, ale jaka z tego wszystkiego konkluzja? Dzięki ewolucji rodzimy się już z wrodzonymi, podstawowymi reprezentacjami twarzy.

Jak percypujemy twarze? To zależy... od kultury! Jednak zawsze wpływ na to ma fiksacja gałek ocznych na istotnych szczegółach. Azjatyccy studenci pochodzący z Japonii i Chin częściej fiksowali wzrok na centralnych punktach (nos, usta), natomiast studenci brytyjscy na oczach obserwowanej twarzy. Dlaczego? Prawdopodobnie dlatego, że w kulturze wschodniej zbyt nadmierny kontakt wzrokowy można uznać za niestosowny. A jak zapamiętujemy twarzy? Z pewnością będzie nam trudniej, jeśli będą odwrócone o 180 stopni w układzie pionowym! Co ciekawe nie dotyczy to innych obiektów. 

Do tego wszystkiego dochodzi rozpoznawanie emocji jako składowa interakcji społecznych... Jak rozpoznajemy emocje? Ach, to już temat na zupełnie inną historię! Powiem tylko tyle: osoby cierpiące na schizofrenię mają spore problemy z rozpoznawaniem emocji. 

Literatura: Jaracz, J. (2010). Neuropsychiatria i Neuropsychologia. 5, 3-4: 109–121.
źródło: fotografia 


Tu znajdziecie wykorzystane przeze mnie portrety i o wiele, wiele więcej!

Niech Book będzie z Wami,
Matylda