Jest mi ogromnie miło, że jakoś trafiłeś na Leona. Jestem studentką kognitywistyki, pasjonatką książek i cappuccino. Może masz ochotę pozwiedzać Leona? Śmiało! Zapraszam! Z racji tego, że lubię zwiedzać blogosferę, proszę Cię o zostawienie linku do Twego zakątka internetu, o ile takowy posiadasz, w komentarzu :)

Po twórczość Remigiusza Mroza chciałam sięgnąć z trzech powodów: gdy tylko wchodzę w blogowe aktualności, to widzę jego nazwisko wyskakujące jak Filip z konopi, zdecydowałam, że muszę w końcu poznać, kto mnie tak straszy; w recenzjach wysławiany jest pod niebiosa, epidemia uwielbienia trwa w najlepsze i mam wrażenie, że długo jeszcze nikt nie wymyśli na nią szczepionki; oraz najważniejszy i najmocniejszy argument  dzielimy to samo nazwisko.

Usiadłam do Kasacji z ulubioną herbatą i czytałam. Przeprawiałam się przez denerwujący slang wplatający się nie tylko w dialogi bohaterów, ale również w narracje; przez makaronizmy w opisach, które mnie niewiarygodnie przyprawiły o ból głowy, czy naprawdę polski nie jest pięknym językiem?; przez dość toporny początek, dzięki któremu niemal rzuciłam książkę po wieczne jej zakurzenie, jednak stwierdziłam, że nie od razu Rzym zbudowano. Każdemu trzeba dać szansę! Jeśli przy stylu już jesteśmy, to autor masowo nadużywał zaimka "swój" odmienionego przez wszystkie możliwe przypadki, naprawdę wiem, że to odnosi się do danej postaci, skoro jest podmiotem w zdaniu, nie trzeba mi o tym powtarzać. 

W połowie lipca pewien serial brawurowo wtargnął w poczet moich ulubieńców, obejrzałam właśnie drugi sezon i muszę przyznać, że lepszego widowiska dawno nie obserwowałam. Mówię o Suits, o których pewnie kiedyś słówko nadmienię. Odnoszę wrażenie, że autor czerpał garściami inspiracje z tej pozycji. W Kasacji mamy do czynienia z damską wersją Harveya Spectera, niestety Joanna Chyłka nie jest w swej zadziorności i cynizmie tak elegancka, jak wyżej wspomniany prawnik, fakt, jest ostrą sztuką, która nie da sobie w kaszę dmuchać, ale nie jest... hm, urzekająca w swej złośliwości? Niektóry kwestie przez nią wypowiadane zupełnie nie pasowały mi do tej postaci, rzucała często mięsem we wszystko, co się rusza, ale niekiedy było w jej słowach więcej wymuszoności niż humoru czy sarkazmu. Oddam jej to, że była paliwem dla całej opowieści, bez adwokatki Kasacja stałaby się bezbarwna i nudna, chociaż muszę przyznać, że nie obroniła przed dłużyznami fabularnymi. Polubiłam Joannę za jej hart ducha i trzymanie wszystkich w ryzach, była naprawdę dobrze skonstruowaną bohaterką, chociaż z pewnością nie przejęłabym się jej śmiercią, to mimo wszystko kreację postaci oceniam na plus. Sama korporacja, w której urzędowała Chyłka i jej protegowany Kordian Oryński wydawała się nad wyraz przerysowana i przesadzona. Samo wejście do komnaty pracy młodego adepta prawa przypominało scenę, w której Mike (bohater Suits) zobaczył przyszłe miejsce zarywania nocek. Zero powitań, zero odzewu, każdy sobie rzepkę skrobie. Tutaj statyści są zwykłymi statystami, nikt się nie odzywa, nikt nic nie robi, tylko wlepia ślepia w monitor, jak manekin w sklepie odzieżowym, tego też niemal się nie zauważa. Liczyłam na chociaż jedną, dwie intrygi młodych kolegów Kordiana, niestety nie dostałam urozmaicenia miałkiego tła. Sam Kordian był raczej przeciętniakiem, który ukończył studia ze średnimi ocenami i zdawał sobie sprawę, że w wielkiej korporacji niczego dla siebie nie ugra oprócz wpisu do CV, nie zależało mu zresztą na wybijaniu się z tłumu, chciał sobie grzecznie przeczekać i zdobyć chociaż drobną renomę. Cóż, ku jego zgrozie stało się inaczej!

Strach pomyśleć, co by wyrabiała, gdyby z głośników dobywał się death, zamiast heavy metalu.

Wiecie, liczyłam na to, że w moje ręce trafił mocny i wciskający w fotel thriller. W myślach snułam wizję dostania układanki, którą razem z bohaterami musiałabym rozwiązywać. Ja w sumie... Nie wiem, co dostałam w tej książce. Trochę stereotypów, dziwną relację patron - aplikant, oraz całe tło bezbarwnych postaci (wiem, powtarzam się, ale to jest wielki minus!). Bo chociaż Chyłka i Kordian zostali całkiem nieźle przedstawieni, podobnie sprawa miała się z Kormakiem, to cała reszta była blada. Wydawali się papierkami, które snuły się po stronach powieści bez większego celu. Główny antagonista cierpiał na nijakość, pojawił się nagle, ale jego wejścia zupełnie się spodziewałam. Bo było... Jak wyciągnięte z amerykańskiego filmu. Serio. Miałam wrażenie, że nie czytam o polskich prawnikach, ba, miałam wrażenie, że wcale o prawnikach nie czytam, ale o glinach w garniturach. Chociaż czasem zdarzały się sceny, w których widzimy ich przy adwokackiej robocie, to zazwyczaj zajmowanie się gonieniem za dowodami... Nie podobało mi się również, że autor sam przyznał w posłowiu, że troszkę majstrował przy rzeczywistości i naginał ją wedle uznania, serio? Nie lubię takich rzeczy, chociaż chwała mu za to, że był w stanie przyznać, że nie napisał powieści będącej w zgodzie z panującymi realiami, jednak ja jako zupełna zielona w prawnych kwestiach nie mogłam mu wytknąć błędów, nie wiem, co jest przekłamaniem, a co prawdą. Męczy mnie to.

Prawda nie może być "że". Prawda jest prawdą. Nie ma wersji, odmian ani wariantów.

Autor zapunktował u mnie, wspominając o neuronach lustrzanych, najwyraźniej czytamy te same książki, bardzo mi się ten moment w powieści spodobał. Ogólnie szybko skończyłam Kasację, myślałam, że lektura zajmie mi co najmniej dwa dni, a przeczytałam ją w przeciągu doby. Muszę przyznać, że podobało mi się w jaki sposób autor opisywał miejsca i cechy zewnętrzne postaci, nie rozpisywał się na wzór Elizy Orzeszkowej, tylko dawał czytelnikowi pole do manewru. Pozwalał rozszaleć się wyobraźni. Chwali mu się również to, że umiejętnie wplatał w narracje opinie bohaterów, mogliśmy poznawać ich zdania - Chyłki i Kordiana - względem prowadzonej sprawy. Mankamentem jednak dla mnie jest, że sama zbrodnia nie została przedstawiona, nie chodzi mi o rzecz jasna proces zabijania, ale o głębszy opis tego, co znajdywało się w owym mieszkaniu, szczegóły postępowania względem Piotra L., według mnie zostało to przedstawione zupełnie po macoszemu. A przecież to było clou opowieści. Wokół niej kręci się fabuła: mamy faceta, który spędził dziesięć dni w jednym pomieszczeniu z dwoma trupami, nie przyznaje się on do winy, ani jej nie zaprzecza. Chyłka i Kordian próbują przeniknąć do jego psychiki i jednocześnie szukają uniewinniających mężczyznę dowodów, sprawa wydaje się dość patowa. Podobno intryga goni intrygę, ale ja tam nie wiem.


Trzeba skonkretyzować wroga. Dzięki temu staje się mniej straszny, a bardziej realny.

Torturą dla mojego czytelniczego oka stała się lektura zakończenia. Mróz może i mi udowodnił, że  jego powieść jednak nie była taka prosta, jak mi się wydawało, to jednak zrobił to w taki sposób, że nie wierzyłam w mijane słowa. Włożył główną intrygę w usta jednej z postaci, która o niej po prostu opowiadała. Nie widziałam, co się działo, nie wiedziałam, jak dochodziła do prawdy, po prostu ją wyklepała. Nic więcej. Czułam, że dostałam policzek, bo chociaż ostatnie strony Kasacji wzbudziły moją ciekawość, to cała zabawa skończyła się w przeciągu kilku akapitów. Szkoda, bo gdyby pociągnąć ten wątek, nie wyglądałoby to dla mnie jak epilog pisany na kolanie i nie wydawał mi się zupełnie oderwany od rzeczywistości. Tę intrygę grubymi nićmi uszyto, ale jednak dało się zauważyć, że to wszystko zbyt piękne, by było prawdziwe.

Ogólny rozrachunek? Trudno mi jednoznacznie stwierdzić. Bo powieść jest po prostu średniakiem, a może i gorzej... Jestem przekonana, że nie jest to książka dla osób zaznajomionym z prawem, bo poczują, że coś jest nie halo z treścią Kasacji. Sądzę, że fanom sensacji i osobom, dla których szczegóły nie są ważne z pewnością pozycja spod ręki Mroza może się spodobać. Ja puszczam w niepamięć tę lekturę i poszukam czegoś innego jego autorstwa, czegoś mniej trudnego w reaserchu i fabułą, która mnie rzeczywiście wciągnie. Wyczekujcie zeznań z poszukiwań na Leonie.

Jeśli ktoś lubi albo jest zainteresowany Kasacją, to mam dla niego dobrą wiadomość - wczoraj na Szuflacie, autor ogłosił, że jej kontynuacja Zaginięcie ukaże się na Targach Książki w Krakowie (22-25 października 2015).


Niech Book będzie z Wami, 
Matylda.
Wybaczcie braku mojego odzewu pod poprzednim postem, 
ale zaczęłam batalię wrześniową.

źródła tu,: tu,tu, tu,, wszystkie cytaty pochodzą z "Kasacji".


Dziś NieRecenzja, miała być recenzja, ale wyszło na to, że potok moich myśli mnie położył na łopatki, co tylko świadczy o tym, jak podziałała na mnie ta książka! Jej autor - Leo Babauta jest tak jak my, blogerem, a jego posty śledzi milion czytelników, stworzył kilka poczytnych książek, żonaty, ojciec szóstki dzieci, jest weganinem.

Moja prokrastynacja czasem tak bardzo mnie przytłacza, że popadam w marazm. Jestem okropnie leniwym i niezorganizowanym człowiekiem, który wszystko odkłada na później, dodatkowo zawsze mnie coś rozprasza: a to wiadomość na facebooku, a to email... Walczyłam z tym dzielnie w czasie trwania poprzedniego roku akademickiego, wyszło mi to jedynie z małym skutkiem, ale jednak, wpadło kilka czwórek, sama opracowałam zagadnienia na egzamin z matematyki. Uznałam te osiągnięcia za sukces. Ale to i tak nic w porównaniu z tym, co mogłabym robić, gdybym lepiej gospodarowała czasem. Dzięki „Zen to Done. Proste sposoby na zwiększenie efektywności” wiem już, co robiłam źle i co mogę zmienić, by być z siebie zadowolona i  spełnić swoje oczekiwania. Poradnik napisany jest niezwykle przystępnym językiem, nie nużyła mnie lektura książki Leo Babauta, wręcz przeciwnie była to dla mnie przyjemność, a ja nie słynę z czytania tego typu pozycji — zazwyczaj rzucam je w kąt po kilku stronach. Tutaj nie miałam ochoty odstawić książki, chociaż miejscami denerwowało mnie ciągłe powtarzanie pewnych kwestii, ale potem się do tego przyzwyczaiłam i nie zwracałam uwagi.

Książka podzielona jest na siedemnaście rozdziałów z czego ten ostatni poświęcony jest przydatnym do zmienienia nawyków przyrządom oraz postom ze strony Leo, bo gość nie tylko napisał książkę o gospodarowaniu czasem, ale również prowadzi na ten temat bloga. Powiem szczerze, że dawno nie byłam tak zmotywowana, by zmienić rutynę. W "Zen to done" znajduje się system, który albo można przejąć w całości, albo skorzystać z poszczególnych jego zagadnień. Autor radzi, by nie robić wszystkiego od razu, ale stopniowo wprowadzać jeden nawyk, potem kolejny i następny. Kiedyś w entuzjazmie próbowałam przebudować cały tryb dnia, lecz w pewnym momencie to mnie przetłoczyło, Leo również o tym napisał. To błąd, a ja popełniałam go już kilkakrotnie. ZTD polega na kolekcjonowaniu informacji, przetwarzaniu, planowaniu, działaniu, tworzeniu prostego, zaufanego systemu, organizowaniu, przeglądaniu, upraszczaniu oraz rytuałach i odkrywaniu pasji. W książce są osobne rozdziały poświęcone właśnie tym poszczególnym elementom Zen to done, są one do siebie miejscami zbliżone, ale jednak każdy nawyk różni się znacznie od reszty. Brzmi dość banalnie, ale ten sposób zwiększenia efektywności naprawdę działa, przekonałam się o tym na własnym przykładzie. Dzięki systemowi Najważniejszych Spraw byłam w stanie napisać na zapas około siedmiu postów, co u mnie nigdy się nie zdarzało — zazwyczaj pisałam na bieżąco. Musiałam tylko uwierzyć w to, że mogę zmienić nawyki, zdrowiej się odżywiam, częściej się uśmiecham. Zone to done dało mi dobrą receptę na pozbycie się leniuchowania.

Polecam Wam wszystkim tę książkę, bo naprawdę warto się z nią zapoznać, zwłaszcza, jeśli i Wy popadliście w wir lenistwa, jest ciekawa i pięknie wydana, nic tylko czytać!

A tu możecie znaleźć stronę autora. 
Niech Book będzie z Wami, 
Matylda
źródła: tu, tu, tu, tu, tu




Charyzmatyczna postać australijskiego jazzu, John Sangster urodził się 17 października 1928 roku. Zachęcał muzyków z ojczyzny, by nie ograniczali się do coverów, ale również komponowali. Na początku tworzenie własnych utworów szło mu topornie, ale z końcem lat siedemdziesiątych stał się jednym z najpłodniejszych jazzmanów Australii. Jego kompozycje inspirowane były twórczością Tolkiena znajdują się między innymi na The Hobbit Suite (1973), Lord of the Rings (1974, 1976 i 1977) — zostały nagrane aż trzy woluminy, Bilbo Nods Off (1977) oraz Landscapes of Middle Earth (1978). John zmarł w wieku 66 lat, 29 października 1995 roku. 

Do StereoLeo wybrałam dwa jego utwory, które najbardziej trafiły do mojego serca. Pierwszy zatytułowany "Gandalf Biały" - słuchając go, od razu pomyślałam o tym niecnym czarodzieju, który nigdy się nie spóźnia, nie jest też zbyt wcześnie, przybywa wtedy kiedy ma na to ochotę. 

Kim jest Belladona Took? To matka Bilbo Bagginsa. Jeśli chodzi o Sangsterna i jego utwory mogłabym wymieniać i wymieniać, są wśród nich takie tytuły jak „Legolas: Elf”, „Elvish Dance” czy „Bilbo’s Birthday Party”. Żegnamy się jazzem i wędrujemy w troszkę inny muzyczny kierunek. 



The Land of Waiting where the Dead sit, 
In their thought's shadow, by no moon lit

Summoning pochodzi również kontynentu kangurów, ich twórczość skupia się wokół black metalu, są formacją działającą od 1993 roku, od tego czasu nagrali siedem albumów. Ich utwory są mocne nasycone wpływami mitologii Tolkiena. Można dostrzec te inspiracje choćby w płytach „Minas Morgul”(1995) i „Dol Guldur” (1996). Minas Morgul była to twierdza Gondoru — Minas Ithil, jednak została zdobyta przez Nazgûle, które przekształciły ją na swoją siedzibę. Z kolei „Dol Guldur” to wzniesiona na potrzeby Saurona sekretna kryjówka, w której to antagonista zbierał siły, z  również Nazgûle atakowały siedzibę Galadrieli, Lothlorien.





Mine's a tale that can't be told, my freedom I hold dear
How years ago in days of old when magic filled the air
'twas in the darkest depths of Mordor, mm-I met a girl so fair
but Gollum and the evil one crept up and slipped away with her
her, her, yeah, and ain't nothin' I can do, no

"Ramble On" to utwór angielskiego zespołu grającego rocka Led Zappelin, pochodzi z albumu wydanego w 1969 roku — "Led Zeppelin II". W roku 2010 piosenka znalazła się na 440 miejscu w rankingu Najlepsze 500 piosenek wszech czasów Rolling Stone. Pierwsze wersy ("Leaves are falling all around") mogą być parafrazą początkowych linijek w poemacie Tolkiena "Namarie". W dalszej części tekstu już wyraźnie widać nawiązania do Śródziemia — pojawia się Mordor i Gollum. Led Zappelin nagrało również "Misty Mountain Hop" i "The Battle of Evermore", które również inspirowane są światem Tolkiena. 


Nie można zapomnieć w tym zestawieniu StereoLeo o utworach wprost z filmów Petera Jacskona, LOTR kocham i słucham od czasu do czasu całego soundtracku do tej produkcji, za Hobbitem średnio przepadam, ale bez dwóch zdań jeśli chodzi o muzykę, to Howard Shore spisał się genialnie. 

To these memories I will hold
With your blessing I will go
To turn at last to paths that lead home
And though where the road then takes me
I cannot tell
We came all this way
But now comes the day
To bid you farewell
Billy Boyd  — uwielbiam tego aktora, gdy słyszę jego głos, słucham tego utworu, wracają wszystkie cudowne wspomnienia związane ze Śródziemiem, jestem wielką fanką tej krainy, pewnie już zdążyliście to zauważyć, dodatkowo w teledysku zawarte są piękne sceny z „Władcy  Pierścieni” i „Hobbita”, nie ukrywam, że gdy pierwszy raz słuchałam głosu Billy’go, łezka w oku się zakręciła. Potem oglądałam wywiad z Boydem,  wówczas przypomniałam sobie, jakim jest niesamowitym człowiekiem. Piosenka niestety opowiada o pożegnaniu, bardzo możliwe, że ostatni raz odwiedziliśmy Śródziemie, bo spadkobiercy Tolkiena na chwilę obecną nie wyrażają się zbyt przychylnie o sprzedaży praw do ekranizacji między innymi "Silmarillionu"...



Home is behind
The world ahead
And there are many paths to tread
Trough shadow to the edge of night
Until the stars are all alight
Mist and shadow
Cloud and shade
All shall fade
All shall fade!

Jak już jesteśmy przy Billym to nie można zapomnieć jeszcze o tym utworze, a mianowicie o pochodzącym z „Powrotu Króla” - "Edge of night". Pippin śpiewa go w Minas Tirith na prośbę namiestnika Gondoru — Denethora, w jednej z najlepszych scen w filmie. Mnie osobiście zawsze porusza głos Hobbita, zawsze jak słucham tej piosenki przed oczami stają mi wydarzenia z filmu.




Across the sea
A pale moon rises
The ships have come
To carry you home
And all will turn to silver glass
Lights on the water
Grey ships pass
Into the West
Teraz przyszedł czas na mojego ulubieńca w zestawieniu, zawsze jak jej słucham, mam dreszcze, kocham ten tekst, kocham ten klimat. Posłuchajcie proszę. Opowiada on o rozstaniu ze Śródziemiem, o krainie, do której zmierzają elfy i Powiernicy Pierścienia, o Valinorze położonym w Amanie. (Istnieje polski zespół nazywający się właśnie Valinor). "Into the West" zdobyło wiele prestiżowych muzycznych nagród: Nagrodę Akademii Filmowej za najlepszą oryginalną piosenkę filmową, Złoty Glob za najlepszą piosenkę, Nagroda Grammy: Najlepsza piosenka napisana do filmu kinowego/telewizyjnego lub innych mediów wizualnych, otrzymali je Fran Walsh, Howard Shore i odtwórczyni piosenki Annie Lennox. Utwór pochodzi z 2003 roku.

Niech Book będzie z Wami, 
Matylda
źródła: tu, tu, tu, tu, tu, tu, tu, tu, tu, tu, tu, tu



Zdecydowałam na troszkę inne podsumowania miesiąca pracy na blogu, na początku miałam wcale tego nie robić, ale... Sprzątając na półce, którą mój ojciec skazał na "ona zaraz się urwie", znalazłam  mój stary notes, w którym od zawsze zapisywałam pierwsze zdania z książek, pomyślałam, że to całkiem dobry pomysł również na post, więc tak powstały Esy Frazesy.

Wierzę w magię tych początkowych słów w książce, że jeśli one mnie nie urzekną, to po nią nie sięgnę, chociaż czasem robię wyjątki (patrz: "Moralność Pani Piontek"). Według mnie muszą być klimatyczne i przyciągające uwagę. Jak jest z Wami? Też tak macie? Czy zupełnie nie przykładacie do tego wagi?

Oto zestawienie pierwszych zdań z tego miesiąca, z lipca, nie wszystkie przedstawione pozycje przeczytałam, niektórych jeszcze nie zdążyłam. Ale skoro zaczęłam je czytać w tym miesiącu, to się w nim pojawią. Chciałam pokazać Wam stosik, ale stwierdziłam, że nie mam na niego jeszcze odpowiedniej ilości weny i książek w domu, bo część jest u mojego chłopaka i raczej tam pozostaje, bo na dwa miesiące nie opłaca mi się ich przywozić.

Mam ulubieńców, co zaznaczyłam w opisach, a tytuły są podlinkowane. 




"Historia kotów" Madeline Swan Jeśli czytaliście pierwszą recenzję na Leonie, musieliście zauważył, że książka nie spełniła moich oczekiwań, zabrakło mi ciekawostek, o których nie zdawałam sobie sprawy.
Przodkowie kota domowego, któremu trafiło się zaszczytne miejsce przy kominku, pochodzą od zwierzęcia, przemierzającego świat ponad 50 milionów lat temu.

"Księga Cmentarna" Neil Gaiman Nawet nie zdajecie sobie sprawy, ile radości sprawił mi Gaiman w tej książce, to perełka tego miesiąca, powieść tak urokliwa, a zarazem powiewająca mrocznością, że aż ją pokochałam! Zdanie zajmuje drugie miejsce.
W ciemności przesuwała się ręka trzymająca nóż.

"Mężczyzna, który pomylił swoją żonę z kapeluszem" Oliver Sacks  Uwielbiam Sacksa, przywiozłam z Poznania właśnie dwie jego książki "Halucynacje" i "Oko umysłu", niebawem recenzje, ale najpierw muszę zacząć czytać.
Jednym z ulubionych słów neurologii jest "deficyt".

"Eleonora i Park" Rainbow Rowell Lubię główną parę bohaterów, może nie skradli mojego serca, ale miło się czytało o ich losach.
 Muzyka XTC nie wystarczała, żeby zagłuszyć debili siedzących z tyłu autobusu.

"Moralność Pani Piontek" Magdalena Witkiewicz Echm... Nie podobało mi się, doskonale o tym zdajecie sobie pewnie sprawę. Po tej powieści męczyło mnie "nigdy-już-niczego-nie-przeczytam". Miałam uraz do książek.
Gertruda Poniatowska, de domo Piontek, przeżywała kryzys.

"Marsjanin" Andy Weir Trzecie miejsce w zestawieniu. Dobry klimat, główny bohater i pomysł, wykonanie może odrobinę kuleje, ale i tak dobra powieść.
Mam całkowicie przesrane.

"Gorące lata trzydzieste. Wydarzenia, które wstrząsnęły Rzeczpospolitą" Michał Przeperski Co mogę napisać? Dobrze napisany tekst.
15 czerwca 1934 r. mniej więcej o wpół do czwartej po południu, na warszawskiej ulicy Foksal padły trzy strzały.



"Malowany człowiek" Peter V. Brett Książka podwędzona mojemu chłopakowi, gdy się niczego nie spodziewał.
Z oddali dobiegł odgłos wielkiego rogu.

"Stąd do wieczności" James Joyce (Księga pierwsza - Przeniesienie) Kupiona w bibliotece miejskiej za złotówkę, wydanie z 1974 roku, ślicznie się prezentuje, pokażę przy najbliższej okazji; zdobyłam jeszcze cztery inne książki (też za złotówkę!), ale nie zaczęłam w nich grzebać. Coś czuję, że Joyce mi trochę czasu zajmie. Zdanie na trzy linijki, James jestem dumna, że to nie pięć stron!
Kiedy skończył się pakować, wszedł na galeryjkę trzeciego piętra koszar otrzepując dłonie z kurzu; był bardzo schludny i zawodniczo szczupłym młodym człowiekiem ubranym w letni mundur koloru khaki, jeszcze świeży o tej wczesnej porannej godzinie.

"Pora na życie" Cecelia Ahern - kupiona w biedroneczce za dychę; pierwsze pięć stron za mną.
Droga Lucy Silchester, 
w poniedziałek 30 maja masz spotkanie.

"Mądrość psychopatów" Kevin Dutton - kocham tę książkę, dlatego ją sobie dawkuję i dlatego jeszcze nie skończyłam jej czytać. Liczyłam na lekką literaturę popularnonaukową i odrobinę facepalmów, a dostałam świetnie napisaną pozycję, która nawet mówi o badaniach, jakie miałam na zajęciach i która mówi o nich z sensem! ZWYCIĘZCA w walce na pierwsze zdanie lipca!
Mój ojciec to psychopata.
A Wy macie swoje ulubione Pierwsze Zdania? Dajcie znać!
Niech  Book będzie z Wami, 
Matylda
źródło: tu