
# Kafka (1991), czarno-biały żywot

Produkcja z 1991 jest mieszanką życia Kafki i twórczości Kafki podszytymi wyobraźnią scenarzysty, dodał on do historii pisarza wątek kryminalny, w moim mniemaniu całkiem nieźle został on poprowadzony, jest naprawdę zaskakujący, a jednocześnie dość makabryczny. Czerń i biel połączona z muzyką Cliffa Martineza dodają amerykańsko-francuskiej produkcji tajemniczości, miejscami ironii a czasem wręcz mrocznego klimatu, lecz główne skrzypce w większości scen gra po prostu cisza, która sądzę, że ma czasem większy wydźwięk niż muzyka. Film skupia się na fikcyjnym wątku — śmierci kolegi z pracy pisarza, Edwarda Rabana, nie jest to zwykłe śledztwo, widać, że twórcy odrobili lekcje z twórczości Kafki, w kilku momentach pojawiają się odwołania do jego dzieł. Czasem bohaterowie rozmawiają o nich otwarcie, niekiedy nawiązania należy wyłuskać. Ogólnie rzecz biorąc, nie polecam filmu osobom, które nie znają twórczości autora, bo mogą się pogubić i uznać produkcje za dziwne zestawienie scen, dla mnie rozwiązywanie zagadek wraz z Kafką było całkiem niezłą gratką. Polecam.
Ale oni próbują wynaleźć lepszego człowieka.
# Capote (2005), czyli jak napisać o morderstwie

Gdy będziesz chciał mi powiedzieć, to co chcę usłyszeć, daj mi znać.
# Wilde (1997), czyli chodzący skandal i ekranizacja biografii
Mam nadzieję, że postać Oskara Wilde'a jest Wam znana, chociaż z nazwiska. Urodzony w XIX wieku pisarz, dramaturg i poeta irlandzkiego pochodzenia stworzył powieść, która do dziś całkiem nieźle radzi sobie na rynku wydawniczym, mowa oczywiście o Portrecie Doriana Graya, który to jako jedyny z jego dorobku został wówczas opublikowany, a stało się to w 1890 roku. Na Wilde'a niemal od razu posypały się baty za tę powieść. Co tu dużo pisać: wywołał nią niemały skandalik. Autora w XIX znano głównie z komedii. Jego życie było sinusoidą, co ukazał film z 1997 roku w reżyserii Briana Gilberta, powstał on na podstawie powieści autobiograficznej stworzonej przez Richarda Ellmanna, a tytułową rolę gra Stephen Fry — możecie go kojarzyć z V jak Vendetty czy Autostopem przez Galaktykę.
Wilde skupia się na homoseksualnym aspekcie życia pisarza i jego nieszczęśliwej miłości do Alfred Douglasa. Ten wątek został poprowadzony wręcz po mistrzowsku, między Fryem i Law na ekranie wręcz iskrzyło. Czuć było napięcie, aktorzy spisali się świetnie. Jude Law genialnie zagrał młodego kochanka Wilde'a, który rozpieszczany przez rodziców, a jednocześnie besztany przez ojca na każdym kroku, umiał wykorzystywać zadurzenie pisarza i wręcz okręcić go sobie wokół palca. Sceny łóżkowe nie są nachalne i nie dominują w tym obrazie. Obserwujemy Wilde'a przechodzącego wewnętrzną przemianę, wreszcie pisarz odnalazł swoją naturę, ale nie widać jego pracy nad komediami czy Portretem Doriana Graya, procesy twórcze to tło wydarzeń. Należy pochwalić Frya, jego gesty, mimika czy sposób w jaki akcentował zdania, wręcz ożywiły Wilde'a na ekranie. Polecam ten film fanom pisarza, ale nie tylko, jest to naprawdę zgrabna produkcja, okazująca nietolerancje w wiktoriańskich czasach, która to za "niewłaściwie prowadzanie się" osadzała ludzi w więzieniu. Myślę, że Wilde to smutny film o człowieku, który odnalazł siebie, ale skrzywdził przy tym osoby, które kochał — synów i żonę.
Sądziłem, że zstępuję do piekieł, lecz przywitały mnie tak anielskie oblicza, że chyba to jednak niebo.
Tu przynajmniej nie trzeba się liczyć z ich uczuciami.
(Tak moi drodzy, post mi się opublikował bez treści, bo zapomniałam ją wkleić, jestem osom. Przepraszam za małe niedogodności.)