Jakie to było smaczne! Siadając do tego filmu, spodziewałam się czego na miarę Małych agentów połączonych z Jamesem Bondem, dostałam za to całkiem nieźle skrojony film szpiegowski, w którym akcja i humor sprawiają, że nie można się nudzić.
Nie jestem fanką filmów o Bondzie, już dawno się nimi przejadłam, kolejne części emitowane od czasu do czasu w telewizji znam już niemal na pamięć, chciałam czegoś nowego, czegoś świeżego i oto jest Kingsman w reżyserii Matthew Vaughna. To produkcja niewymagająca, ale jednocześnie świetnie nadająca się na miły wieczór ze znajomymi, ale od początku...

Na osobny akapit zasługuje Samuel. L. Jacskon, któremu... na widok krwi robiło się słabo, czyż to nie uroczy wątek? Grany przez aktora szalony zły jest postacią komiczną w swej diaboliczności, a plan, który uknuł sobie w główce jest jednocześnie poroniony i przerażający. Jackson sprawdził się w roli genialnie, w Richmondzie Valentine było wszystko, od szalonego wzroku do groteski.
Dalej mamy mrugnięcia w stronę widza, a ich było całe mnóstwo, miałam wrażenie, że reżyser chciał stworzyć pastisz niezliczonej ilości produkcji, a tu walnął apokalipsę zombie, a tu odniesienia do Kill Billa, Bonda... Podobały mi się te smaczki, dodawały ostrości Kingsmanowi. Muzyka i zdjęcia również wypadły całkiem nieźle. Oglądałam film z chłopakiem i oboje byliśmy z seansu zadowoleni, dobra zabawa jest z Kingsman: Tajne służby wręcz gwarantowana.
Matylda