Jest mi ogromnie miło, że jakoś trafiłeś na Leona. Jestem studentką kognitywistyki, pasjonatką książek i cappuccino. Może masz ochotę pozwiedzać Leona? Śmiało! Zapraszam! Z racji tego, że lubię zwiedzać blogosferę, proszę Cię o zostawienie linku do Twego zakątka internetu, o ile takowy posiadasz, w komentarzu :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka. Pokaż wszystkie posty



Miecz w moim ręku jest straszną bronią. Przede wszystkim dla mnie.

Już jakiś czas temu miałam przyjemność usłyszeć kilka słów o cyklu Kroniki Belorskie Olgi Gromyko, muszę przyznać, że chyba niemal wszystkie ploteczki przerodziły się w moje własne odczucia. Ktoś wspominał mi o humorze — był i to w znacznych ilościach. Ktoś inny mówił o barwnych postaciach — też były. Inny opowiadał o połączeniu Wiedźmina (bo Wolha poluje na potwory) i słowiańskiego Harry'ego Pottera (Starmińska Wyższa Szkoła Magii, Wróżbiarstwa i Zielarstwa) z kabaretem — jak najbardziej mogłabym uznać takie porównanie za całkiem trafne. Sama czytając opowieść o rudej wiedźmie, pomyślałam o książce Spalić Wiedźmę Kubasiewicz, obie książki łączy świetna postać głównej protagonistki i niebywały humor! Wolha Radna vel W.Redna, czyli główna bohaterka a zarazem narratorka powieści Zawód Wiedźma jest adeptką VIII roku w Starmińskiej Wyższej Szkole Magii, Wróżbiarstwa i Zielarstwa..., gdzie jako jedyna kobieta przygotowuje się do zawodu maga praktyka. Mag praktyk zabija potwory, strzygi, uzdrawia, nie jest to praca dla ludzi o słabych nerwach i czarodziejskich umiejętnościach, główna bohaterka posiada talent, ale nie tylko on czyni z niej wyjątkową postać. Jej cięty język, pewność siebie i brak obijania w bawełnę sprawia, że nie sposób jest z nią miejscami wytrzymać i stąd też otrzymała przydomek W.Redna, bo cóż... Wolha lubi dokuczać kolegom z roku, robiąc im od czasu do czasu spektakularne psikusy. 

Książka podzielona jest na dwie części, pierwsza z nich skupia się na Dogewie — miejscowości, w której bytują wampiry. Główna bohaterka trafia tam z polecenia swojego mistrza, by zbadać dziwne wydarzenia, które mają tam miejsce — zginęło trzynaście osób, a sprawa robi się na tyle poważna, że ludzie niedługo mogą ruszyć z widłami na krwiopijców. Wojna nie jest w smak ani jednym, ani drugim, więc Wolha nie bez wątpliwości rusza, by zbadać sprawę. W Dogewie czeka ją moc zaskoczeń, będzie musiała wykorzystać i przemyśleć całą swoją dotychczasową wiedzę na temat wampirów. Letni czy zimowy czosnek pokona wampira? Ilość potrzebnej do zabicia wampira święconej wody? Na małe eksperymenty i obalanie mitów dziewczyna znajdzie czas pomiędzy szukaniem grasującego w Dogewie potwora/strzygi/czegoś, a spacerami z Lenem. Len to obok Wolhi druga z głównych postaci, równie zadziorny jak magiczka, ale okryty nutką tajemniczości jegomość. Wolha będzie miała z nim nie lada wyzwanie, bo kiedy ona będzie chciała się czegoś dowiedzieć, on znajdzie wymijającą odpowiedź! Z tą dwójką nie będzie można się nudzić! Ich wspólne rozmowy wypełniają początkowe sto pięćdziesiąt stron opowieści, troszeczkę mnie na to frustrowało, bo byłam bardzo ciekawa, co sieje mord w Dogewie — i jest to jedyny mankament, jeśli chodzi o moje odczucia do opowieści o Wolhnie, zbyt długi nieprzeplatany zbytnio energetyzującymi elementami wstęp do właściwej akcji. Czytanie rozmów dwójki bohaterów mnie miejscami nużyło — autorka przesadziła z ich ilością, ale... Wniosły one całkiem sporo do wyglądu świata przedstawionego, budując grunt do dalszych wątków historii.  

Len pojawia się również w drugiej części Zawodu Wiedźmy, tym razem akcja rozgrywa się w innym miejscu, a historia jest w przeciwieństwie do pierwszej nasączona jest akcją. W Dogewie autorka wprowadza nas w świat przedstawiony, pokazuje go powoli, ostrożnie wchodzimy w rzeczywistość Wolhy, z kolei w części Sesja i praktyka naukowo-terenowa możemy czerpać ze świata wykreowanego przez Gromyko całymi garściami. Zwiedzamy go razem z trójką bohaterów: Lenem, Wolhą i Walem (trollem najemnikiem), którzy muszą odzyskać bezcenny klejnot, jednak sprawa prosta nie będzie, a przygód po drodze całkiem spore stadko. W Sesji... trójkę bohaterów nie opuszcza humor i wspólne docinki, ich rozmowy czyta się świetnie — są lekkie i nie sposób jest pomylić jednej postaci z drugą. Autorka nadała każdemu bohaterowi inny głos, co czyni czytanie jeszcze przyjemniejszym. Karczmarze, różnorakie stwory, wampiry — mają w swoich wypowiedziach różnego rodzaju naleciałości, choćby dla przykładu taki Wal — klnie jak szewc i nie przebiera w słowach. Cieszę się, że w tej lekkiej fantastycznej komedii Gromyko nie poszła na łatwiznę w dialogach, ale postarała się, by jej bohaterowie byli barwni. Co prawda postaci, które goszczą w powieści dłużej niż kilka stron nie ma zbyt wiele, ale te które mamy okazje poznać należą raczej do tych sympatycznych i dobrze zarysowanych. 

Autorka w pierwszej części historii o Wolhnie serwuje nam świetną mieszankę wybuchową: fantastyka, z krwi i kości bohaterowie i humor wylewający się niemal z każdej strony, nie zabrakło romansu, ale dla takiej antyfanki jak ja był on jak najbardziej zjadliwy. Leszy, wampiry, smoki, krasnoludy, trolle... wszelkie magiczne rozumne i nierozumne istoty zagościły na łamach powieści, w mniejszy lub większy sposób wpływając na przygody głównych postaci. Muszę przyznać, że po ciężkiej sesji taka lekka książka była niczym lekarstwo. Pochłonęłam ją w dwa dni, ciesząc się z lektury coraz bardziej i bardziej, na końcu ogromnie żałując, że już przeczytałam ostatnie zdanie. Polecam na smutnie dni! Na chwilę relaksu będzie jak znalazł!

Niech Book będzie z Wami, 
Matylda 


Tytuł: Zawód Wiedźma
Autor: Olga Gromyko
data wydania: 22 czerwca 2016
liczba stron: 546











Za książkę dziękuję wydawnictwu: 

Sądzę, że wielu z Was ten post się nie spodoba, mnie jednak treści w nim wręcz urzekły. Pisałam już 
Wam o moim podejściu do książek, więc nie ma co rozwlekać tego tematu drugi raz. Jeśli miałabym stertę niepotrzebnych pozycji (i talentu — zwłaszcza talentu), stworzyłabym takie oto cudeńka. Dajcie znać, co uważacie o tych tworach! :)

Niech Book będzie z Wami, 
Matylda

Kiedy pierwszy raz trafiłam na stronę poświęconą bookartowi, wręcz oniemiałam z zachwytu, znalazłam kawałek internetu, który niewątpliwie mnie urzekł. Bookart jest intrygującym zagadnieniem, niektórzy artyści wykorzystują książki jako podstawy swoich prac, inni wycinają z nich środek i tworząc w wyciętym wnętrzu małe arcydzieła, są też tacy, którzy wykorzystują kilka książek, by potem składać z nich obrazy, a jeszcze inni z powieści czynią rzeźby. Większość bookartowych prac jest trójwymiarowa, z książek wyrastają drzewa, wyjeżdżają pociągi lub ukryte są jaskinie… Oto kilka przykładów tej niezwykłej dziedziny sztuki, która niewyobrażalnie mnie urzekła, ciekawe czy i Wam się spodoba!

(Jeśli wejdziecie w grafiki, zdecydowanie lepiej widać umieszczone na nich elementy)



Panikanova urodziła się w St. Petersburgu w 1975 roku, jest rosyjską surealistką, obecnie tworzy i żyje we Włoszech. Za płótna służą jej stare francuskie i włoskie książki, które wynajduje na pchlich targach. Inspirujące dla artystki są bazgroły poprzednich właścicieli, zabrudzenia, rozdarcia... przyznaje, że jeśli końcowy efekt jej się nie zadowala lub coś pójdzie nie po jej myśli, po prostu wyrywa kartkę i tworzy od nowa.
Strona poświęcona autorce. 




Urodził się w 1974 roku w Naperville, działa na terenie Nowego Yorku, jest znany ze swoich drobiazgowych i innowacyjnych rzeźb w książkach. Jego prace można było podziwiać na całym świecie, na wystawach międzynarodowych, na wielu indywidualnych i zbiorowych wystawach w galeriach, muzeach czy centrach sztuki. Jego prace zostały wyróżnione przez The Los Angeles Times (USA), The Guardian (Wielka Brytania), The Telegraph (Wielka Brytania), Chicago Tribune (USA), The Age (Australia), ARTnews, Modern Painters, Wired, The Village Voice, Harper’s, Esquire, and National Public Radio… 

„Zaczynam z istniejącą książką. Pieczętując jej krańce, tworzę zamknięte naczynie pełne nieodkrytego potencjału. Przecinam powierzchnię książki i wyizolowuję przód. Pracuję nożami, pęsetami i narzędziami chirurgicznymi. By rzeźbię po jednej stronie, eksponując każdą warstwę, przycinając idee i obrazy które mnie interesują. Nic w środku książki nie jest przesuwane, ani dodawane, tylko usuwane. Obrazy i idee odkrywają alternatywne historie i wspomnienia. Moja praca jest współpracą istniejącego materiału i jego wcześniejszych twórców, a ukończone fragmenty ujawniają związki wewnętrznych elementów książek w miejscach, w których były dokładnie od początku ich pierwotnego konceptu”.
Strona poświęcona autorowi. 




Nowojorski artysta studiował matematykę i filozofię na Uniwersytecie w Wisconsin, jednak rzeźbiarz szybko odkrył, że nie do tego został powołany...  
Strona poświęcona autorowi. 



Pierwsza praca Su
Urodziła się w roku 1975 w angielskim Sheffield, pracuje i żyje w stolicy Wielkiej Brytanii. Skończyła Royal College of Art w Londynie na kierunku Tekstylia oraz przez trzy lata studiowała na Bradford College of Art and Design na kierunku Bradford College of Art & Design. Blackwell to artystka pracująca głównie z papierem, swoje rzeźby wystawiała na całym świecie. Jej pierwszą pracą był „The Quiet American” — wycięła ćmy za pomocą noża introligatorskiego. Praca zainspirowana została chińską legendą o dwóch kochankach, których powstające z popiołów dusze przeistoczą się w dwie ćmy. Zaczęła pracować z papierem w 2003 roku ze względu na jego połączenie z duchowymi rytuałami, które spotkała w Azji Południowo-Wschodniej. Jak sama mówi wpłynęłi na nią Ann Hamilton, Annette Messenger, Joseph Cornell oraz Jonathan Callan.
Strona poświęcona autorce. 


Rzeźbić w książkach rozpoczęła w 2011 roku. Zawsze kochała książki, aż w końcu, jak sama mówi, znalazła inną drogę, by je ożywiać. Zawsze zwracała uwagę na ilustracje w powieściach, ale wraz z rosnącą ich ilością na półkach, coraz trudniej było jej się dostawać do tych najpiękniejszych, chciała je widzieć nonstop, nie pozostało jej nic innego tylko znalezienie sposobu, by to zrobić. Ze scyzorykiem, pęsetą i nożem rozpoczęła pracę nad pierwszą książkową rzeźbą — pochodzącymi z 1930 roku baśniami Hansa Christiana Andersena. Rzeźbi w starodrukach, w nowościach, mocno zniszczonych powieściach, czasopismach, w klasyce… 

Strona poświęcona autorce. 

Rzeźbiarz żyje i pracuje w Montrealu w Kanadzie. Jest artystą multidiscyplinarny, pracował jako reżyser, scenarzysta, kompozytor, piosenkarz, rzeźbiarz i pisarz. Jego rzeźby w książkach zazwyczaj przypominają krajobrazy i znane miejsca, nad jedną rzeźbą Laramee pracuje od trzech dni do trzech miesięcy. Jego prace były prezentowane w USA, Belgii, Francji, Niemczech, Szwajcarii, Japonii i Ameryce Łacińskiej. 
Strona poświęcona autorowi. 






Słowa, strony, akapity nie mają najmniejszego sensu dla tego niemieckiego artysty, on wykorzystuje obrazy z wiktoriańskich książek, wycina je i starannie je łączy, by stworzyć rzeźbę 3D, tworzy coś na kształt wikroriańskich teatrów papierowych, które w owym czasie cieszyły się ogromną popularnością. Książki po obróbce nie mogą zostać ponownie otwarte, są uszczelniane, oko cieszy jedynie ich wnętrze. Alexander Korzer-Robinson działa w Bristolu, urodził się jednak w Lipsku w Niemczech.  

Strona
 poświęcona autorowi. 




Opisy autorów albo zostały zaczerpnięte z ich stron, albo z poniższych źródeł, albo z tego i z tego ;) 

Źródła: 
http://www.kellycampbellberry.com/
http://jruck.us/post/41051019722/brian-dettmer-book-autopsies
http://www.dailymail.co.uk/news/article-2131800/Alexander-Korzer-Robinson-based-Bristol-takes-old-books-make-3D-works-art.html


Co myślicie o bookarcie? Podoba Wam się, czy raczej nie? :) Dajcie znać! 
Niech Book będzie z Wami, 
Matylda


Zazwyczaj kupuję ebooki, ale gdy znajdę jakaś super promocję lub z zupełnie prozaicznego powodu: zakochałam się w danym autorze, kupuję tradycyjne książki. Moje stosiki zazwyczaj nie są okazałe, czasem potrafię nie poszerzać swojej biblioteczki przez rok żadnymi powieściami, liczę wówczas na dobre serduszka rodziny i znajomych, ale zazwyczaj bywa tak, że pod koniec/początek roku nakupię się książek, które potem czytam przez pozostałą część roku. A przez studia... cóż, mój budżet ubożeje, bo co jak co potrzebuję sporo literatury fachowej, którą albo muszę zakupić, albo znaleźć w otchłaniach biblioteki lub wyżydzić od kogoś i skserować... A kserówki kosztują :< 

Brandon Sanderson, kupiłam jego książki zafascynowana okładkami, kilka stron wystarczyło, bym zapałała miłości do stylu i historii Z mgły zrodzonego. Jak widzicie mam już pięć tomów historii osadzonej w Scadrialu.

Brandon Sanderson Z mgły zrodzony Wydawnictwo: Mag
Brandon Sanderson Studnia Wstąpienia Wydawnictwo: Mag
Brandon Sanderson Bohater wieków Wydawnictwo: Mag
Brandon Sanderson Stop prawa Wydawnictwo: Mag
Brandon Sanderson Cienie tożsamości Wydawnictwo: Mag

Wszystkie książki kupiłam w mojej ulubionej księgarni, czyli w Świecie książki.





Na książkę Staveleya trafiłam zupełnie przypadkiem, a że miałam ochotę na fantastykę, to ją nabyłam, znalazłam ją na jednej z grup czytelniczych w Poznaniu, dziewczyna akurat sprzedawała fantastykę w dość atrakcyjnych cenach, zapłaciłam za Miecze cesarza chyba z 15 złotych, od niej również (ku swojemu dzisiejszemu rozżaleniu) kupiłam Obietnicę krwi. Boski ogień z kolei przybył do mnie nowiutki. 

Brian Staveley Miecze cesarza Wydawnictwo: Rebis
Brian Staveley Boski ogień Wydawnictwo: Rebis
Brian McClellan Obietnica krwi Wydawnictwo: Fabryka słów






Tanie książki, czyli stosik, za który wydałam w sumie z 15 złotych :) Wszystkie książki są nowiutkie, zobaczymy, czy ich zakup będzie dla mnie udany. Arcymaga kupiłam, bo znam wcześniejszą część, która, o zgrozo, myślałam, że jest pierwszym tomem, ale nie... Fabryka słów musiała po prostu podzielić powieść na dwie części. Super, ekstra.

Chistopher Moore Gryź, mała, gryź Wydawnictwo: Mag
Caitlín R. Kiernan, David Morrell i inni... Wielka księga horroru. Tom II Wydawnictwo: Fabryka słów
Miroslav Žamboch, Jiří Walker Procházka Agent JFK 4. Armie nieśmiertelnych Wydawnictwo: Fabryka słów
Aleksander Rudanazow Arcymag. Część II. Wydawnictwo: Fabryka słów


Ostatnio urosłam na fankę ebooków, więc to właśnie sklepom/stronom je oferującym będzie poświęcony ten post. Z moim tabletem (go używam za czytnik, a zdecydowałam się na niego, bo uwielbiam Androida) jesteśmy jak papużki nierozłączki, biorę go ze sobą wszędzie, czasem zapominając o bookowym świecie. Gdybym złapał mnie czytelniczy potworek ględzący w głowie No jeszcze jedna, strona, no, jedna tylko!, mam na nim zapas książek... Ale, skąd brać ebooki, by nasza kieszeń przetrwała? Niektóre ich ceny mnie czasem przerażają, nie wydałabym pięćdziesięciu złotych na elektroniczną książkę, wolałabym dopłacić te parę złotych i zdobyć ją w formie papierowej. Niektórzy zachodzą w głowę, dlaczego ebooki są takie drogie,  dlaczego nie są chociaż o połowę niższe od swoich tradycyjnych odpowiedników? Kiedy klikniecie w kolorowy tekst, będzie już znać prawdę o ich, czasem wydawałoby się, wygórowanej cenie.

Zdaję sobie sprawę, że niektórych interesują tylko nowości i bestsellery, ale jeśli trochę się poszpera i je można kupić po przyjemnej stawce. Mam dla Was zestawienie, dzięki któremu nie zbankrutujecie, a zdobędziecie powieści po przyzwoitych cenach, a nawet darmowo.

(Banery i kolorowe teksty przeniosą Was do odpowiednich stron)

Moim zdaniem jeśli chodzi o książki, które są zupełnie pozbawione ceny, rządzą Wolne Lektury, na chwilę obecną dają możliwość zdobycia tytułów spośród trzech kategorii Dramaty (112 pozycji), Epika (542 elementów), i bezkonkurencyjnej Liryce, w której zbiorach znajdują się aż 1093 utwory! Znajdziemy tam utwory Pedro Calderon de la Barca, Władysława Reymonta (nie tylko Chłopów), Janusza Korczaka, Josepha Conrada, mojego ulubieńca Antona Czechowa, Denisa Diderota, Woltera, Edgara Allana Poe'a, Bruno Schulza, Stanisława Ignacego Witkiewicza i wielu, wielu innych wielkich i znanych. Znajdziecie tam od groma klasyki, która warta jest poznania, a Wolne Lektury dają możliwość zdobycia jej zupełnie legalnie. 

Jestem olbrzymią fanką Polony,  znajdziecie tam kolekcję 1001241 obiektów, ich liczba ciągnie rośnie. Są tam książki, są czasopisma, są pocztówki, są zdjęcia, jest tam wszystko, co piękne... Nawet  grafiki Witkacego! Wiecie, że jestem ich miłośniczką? Nie? Sprawdźcie je sami! Znajdziecie tam rękopisy Baczyńskiego! Jeśli jeszcze Was do Polony nie przekonałam, zobaczcie, proszę, cudny filmik promujący projekt Biblioteki Cyfrowej, moim zdaniem został świetnie zrealizowany. Mam nadzieję, że jak ja pobuszujecie wśród plików, które oferuje Polona, są tam perełki, gwarantuję!

Otwórz Książkę oferuje 475 tytułów,  nie są to książki bestsellerowe czy znane szerokiej publiczności, strona powstała w ramach Platformy Otwartej Nauki (PON), działającej w Interdyscyplinarnym Centrum Modelowania Matematycznego i Komputerowego Uniwersytetu Warszawskiego (ICM UW), są tam książki stricte naukowe. Ale czy to znaczy, że są gorsze? Znalazłam tam kilka ciekawych tytułów, ich tematyka nie jest mi może bardzo bliska, ale ja lubię poszerzać horyzonty.

Na ebooks43.pl nie ma zbyt wielu tytułów, nie są one również popularne (chociaż ja kilka kojarzę, a jeden, o dziwo, mam nawet na półce), czasem były wydane już kilka lat temu. Są to książki polskich autorów, a że ich należy wspierać, polecam Wam tę stronę, może znajdziecie tam coś dla siebie. W końcu... darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda. 

http://www.ibuk.pl/
Ibuk w moim mniemaniu posiada jeden z lepszych abonamentów, w jego bogatym księgozbiorze znajdziemy zwłaszcza książki stricte naukowe, dla studentów dwadzieścia złotych miesięcznie za pięć tytułów oscylujących czasem wokół dwucyfrowej ceny, to całkiem dobry interes. Osobiście nie korzystałam z ibukowego abonamentu, bo moja uczelnia ma wykupiony dostęp do kilkuset tytułów, które portal oferuje, a które były mi potrzebne do nauki. Tym, którzy szukają specjalistycznych książek po stawkach, które nie zjedzą portfela, polecam IBU udostępniający również ponad pół tysiąca damowych publikacji.

Na  Publio. nie robię często książkowych zakupów, czekam na promocję na tej stronie, wówczas po kalkulacjach, sprawdzeniu oferty na kilku innych sklepach, dokonuję transakcji. Ale jakoś lubię tę stronę, przekonują mnie swoimi akcjami tematycznymi. Muszę jednak przyznać, że na w tym sklepie zdobyłam stosunkowo najmniej powieści. 

Muszę przyznać, że bardzo lubię Woblink, jeśli zapiszemy się do newslettera dostaniemy pięćdziesiąt złotych na start (po dziesięć złotych na pięć książek). Czasem zdarzają się tematyczne promocje, na jednej z nich udało mi się zdobyć Napój miłosny Erica-Emmanuela Schmitta! Dobre ceny ebooków na Woblink zdarzają się często, więc polecam stronę.

UpolujEbooka to porównywarka, która umożliwia sprawdzenie cen ebooków, chociaż ja osobiście czasem wolę sama pobuszować po stronach, jest mi... łatwiej, bo mogę znaleźć coś ciekawego przy okazji. 

Niech Book będzie z  Wami,












Kiedy Marsjanie przybyli na Ziemię, trwał jeden z największych konfliktów w jej dziejach. I wojna światowa trawiła ofiarę za ofiarą, świat z pewnością był osłabiony, gdy kosmiczny najeźdźca pojawił się u bram błękitnej planety... Wydawać by się mogło, że w starciu z technologią, nieraz podbijającą światy, Ziemianie nie mają żadnych szans, a jednak... Mitbomby, które dotychczas zawsze wspomagały Obcych w natarciu, uwolniły energię wiary, która sprawiła, że bohaterowie legend, mitów, podań, a nawet klasyki literatury, zostali powołani do życia. Marsjanie ponieśli klęskę, a ich wielka kosmiczna armada przestała istnieć, Obcy musieli się zasymilować, musieli zamieszkali wśród ludzi i istot, które powołali do życia: wśród bogów (własnych i ziemskich), wśród zmor, strzyg. Przyszło im odnaleźć się w świecie, w którym niemal przestały istnieć państwa, gdzie świadomymi bytami stały się Wiekuista Puszcza, Matka Tajga i Wieczna Rewolucja, ta ostatnia wydaje się najbardziej przerażającym bytem, jaki za sprawą Mitbomb powstał, nikt z niej nie powrócił, oprócz Mirosława Kutrzeby, głównego bohatera powieści.

Trzymaj się Soczystego i z ochotą wykonywał jego polecenia,  ile dotyczyły bitki. Wszystkie inne zajęcia poza laniem po pysku Brzytewkę nieodmiennie nudziły. 

Pokój Światów Pawła Majki to gatunkowa hybryda, autor połączył fantasy z science ficition, odrobiną steampunka i powieścią przygodową. Czy jego twór ma rację bytu? Czy pisarz przypadkiem nie stworzył mieszanki wybuchowej, która w ogólnym rozrachunku okazuje się niewypałem? Muszę przyznać, że na początku lektura szła mi dość topornie, nie mogłam odnaleźć się w zawiłym świecie przedstawionym, ale odkrywając kolejne tajemnice alternatywnej historii Ziemi, przepadłam. Pokoju światów było niewiarygodną gratką dla mojego książkowego serca, została mi obiecana świetna powieść i taką właśnie dostałam. Nie brakowało akcji, nie nużyły mnie opisy, wręcz czekałam na kolejne ciekawostki ze świata wykreowanego przez Majkę. Jego książka jest jedną z tych, które niemal na każdym kroku wprawiają nas w osłupienie. Kiedy już myślimy, że wiemy wszystko, że już nic i nikt nie jest w stanie nas zaskoczyć, autor wyciąga asa z rękawa, a my zastanawiamy się, jak on ich tyle tam pochował i czy przypadkiem nie kantuje, bo czasem nawet jeśli składamy poprawnie litery w słowa, to trudno jest nam w nie uwierzyć. 

Kazałem Jaśkowi wypytać zwierzęta, co słyszały o tym Kościeju, ale twoja córka tak mu zawróciła w głowie, że wrócił z jakimś pasikonikiem, któremu się zdaje, że jest Wernyhorą. 

Motorem do działania dla Mirosława Kutrzeby jest zemsta, to jej się poświęca, nie potrzebuje bogactw, nie chce szacunku, przyjaciele są mu zbędni, najważniejszym celem dla bohatera jest zabicie sześciu ludzi, którzy ośmielili się wejść mu w drogę i doszczętnie zmienić jego dotychczasowe życie. O tym, co robił zanim zaczął się mścić, nie wiemy za dużo, ale nie jest to konieczne, bo z dawnego Kutrzeby nie zostało już zbyt wiele... Nawet jego wygląd uległ w zmianie. Protagonista to bohater tajemniczy, Majka jednak nie przedobrzył w ukrywaniu jego przeszłości, co jakiś czas pojawiają się retrospekcje, które pozwalają nam dowiedzieć się, dlaczego znalazł się w takim, a nie innym położeniu. Szczerze mówiąc, to one najbardziej mi się podobały, powoli się zazębiały, pokazywały trudności w drodze Kutrzeby do wymierzenia sprawiedliwości. To nie jest bohater jednowymiarowy, na Mirosława składa się zbiór wielu cech, które łączy wspólny mianownik — zemsta. Rozumiałam pobudki Mirka i kibicowałam mu, jednak dopiero pod koniec powieści polubiłam go. Kutrzeba nie jest po prostu człowiekiem, który wzbudza sympatię, jest oschły, skryty i oszczędny w słowach, przede wszystkim wydaje się być bezkompromisowy, wielokrotnie ryzykuje życiem, by przybliżyć się do celu. Do zamordowania sześciu mężczyzn. Jakie ma pobudki? Dlaczego to robi? Z pozoru nie jest to złożony powód... W miarę rozwoju akcji dowiadujemy się coraz więcej i więcej o ściganej przez niego szóstce i dostrzegamy, że Kutrzeba zadarł z nie byle kim. 

Odszedł z nią prędko, pozostawiając Grabińskiego skupionego na samotnym ratowaniu świata przed czarcim mlekiem. 

Kutrzebę wynajął Marsjanin, razem z nim i zebranymi przez siebie kompanami ma wyruszyć w podróż, której celem jest... Tego już nie zdradzę, powiem jedynie, że towarzysze Kutrzeby nie są zwykłymi pomocnikami, każdy z nim jest na swój sposób wyjątkowy. Weźmy pod uwagę takiego Grabińskiego, alkohol wlewa w siebie litrami, ale zawsze precyzyjnie trafia w cel, albo Szulera Losu, czyli boga potrafiącego zmieniać loty kul i ochraniać pobratymców przed przypadkami, którego z Kutrzebą łączy coś więcej niż dług wdzięczności... Dalej jest Jasiek — trzeci syn, posiadający naiwność dziecka i moc zjednywania sobie wszelkich stworzeń, pozostało jeszcze dwoje członków kompanii: tajemnicza cyganka Sara i jej wierny stróż, wielkolud Burzymur. Cała ta wesoła zgraja rzuciła wyzwanie potędze, z którą nie chcieli się mierzyć i o której nie mili pojęcia. Dlaczego Kutrzeba dołącza do ekspedycji Marsjanina? Po co? Co on i jego głodna zemsty i pielęgnująca w nim gniew zmora chcą osiągnąć? Dowiecie się, czytając Pokój światów, myślę, że fani fantastyki się nie zawiodą na tym tytule, ja się nie zawiodłam, ba! dostałam więcej niż oczekiwałam! Nie dziwię się, dlaczego książka Majki zdobyła ostatnio nagrodę im. Jerzego Żuławskiego, jest świetną lekturą. To swoisty powiew świeżości, do którego pewnie jeszcze powrócę, by odkryć na nowo jego tajemnice, jestem pewna, że jeszcze wiele mogę z tej książki wyciągnąć! 

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa: 


A we wrześniowym numerze Szortala znajdziecie tekst, w którym autor mówi o Pokoju światów i innych swoich tekstach.  

 Niech Book będzie z Wami,
źródło: tu, tu, tu, tu




Moja recenzyjna wena czmychnęła, gdzie pieprz rośnie, chwilę po tym jak skończyłam czytać Fangirl Rainbnow Rowell. Miałam wówczas pustkę w głowie. Kompletny brak jakichkolwiek myśli na temat powieści, żadnych pozytywnych, żadnych negatywnych, nic, co znaczyło jedno... To była średnia lektura. Szczerze mówiąc, spodziewałam się czegoś bardziej: zabawnego, inspirującego i wciągającego. Ta książka jest przeciętna i gdyby nie główny i tytułowy wątek, który w literaturze występuje w śladowych ilościach (ja go nie spotkałam), to uznałabym ją pewnie po prostu za mizerną. 

Cath chwyciła za klucz, ale nie otworzyła drzwi. Nie pisała się na coś takiego. I tak już dziś przedawkowała "nowe" oraz "innych". Teraz chciała tylko zwinąć się w kłębek na swoim obcym, skrzypiącym łóżku i pochłonąć trzy batoniki proteinowe. 

Cath to pierwszoroczna studentka, która ku swemu przerażaniu musi wreszcie wyfrunąć z rodzinnego gniazdka, ale w poznawaniu nieznanych zakątków świata tym razem nie towarzyszy jej bliźniaczka Wren. Obie dziewczyny są fankami książek o Simonie Snow. Razem nawet tworzyły o nim fan ficition, ale poza wspólnym hobby różni je niemal wszystko, od wyglądu (Cath ubiera się, by zakryć swe walory, Wren, by je wyeksponować) po charakter. Ta druga jest pełna energii i chce korzystać ze studenckiego życia, a Cath... wolałaby zaszyć się w czterech ścianach i nigdy z nich nie wychodzić. Jednak przewrotny los do dzielenia pokoju przeznacza jej Reagan, która jest wyszczekana, ale i o wiele bardziej doświadczona, a co gorsza ma chłopaka/niechłopaka, Cath zupełnie nie wie, jakie relacje wiążą tych dwojga. Wszystko się komplikuje... A zaraz, nic się jakoś szczególnie nie komplikuje. Powieść jest jednostajna. Bez zwrotów akcji. Bez wzruszeń. Bez napadów śmiechu czytelnika. Przez większą część historii nie dzieje się nic wartego uwagi, ot główna bohatera jest kompletnie pozbawiona życia towarzyskiego, wprowadza się do akademika, nikogo nie zna i nikogo nie chce poznać. Jest niewinna, jest uprzedzona do chłopaków, jest dość ładna, jest inteligenta, jej twórczość jest popularna w internecie, czasem potrafi dociąć i się odciąć. Ludzie z całego świata czytają jej wersję losów głównych bohaterów książek o Simonie Snow fikcyjnej autorki... Mam wrażenie, że Rowell przy stworzeniu ulubionej powieści Cath inspirowała się twórczością Rowling, a mianowicie Harrym Potterem. Uważam to za plus, może historia Simona to fanfik przygód młodego czarodzieja? Kto wie! Ale myślę, że to ciekawa koncepcja. Wracając jednak do meritum, Cath, wiedzie szare i spokojne życie, jest jej z nim dobrze, nie dziwię się, też lubię ciszę i spokój, ale nie lubię czytać o dziewczynie, która całe dnie spędza przed komputerem, pisząc. Mogłabym się pogodzić z tym, jeśli w powieści działoby się coś innego, ale nie, niestety, wszystko wydawało mi się takie ospałe, a nawet nużące. Wyskoki siostry głównej bohaterki i pisanie przez Cath tekstów w bibliotece, jej relacje z chłopakami i z ojcem, historia tego ostatniego, nie były dla mnie dostatecznie ciekawe... Od młodzieżówek oczekuję albo akcji albo wzruszeń, albo świetnie poprowadzonej fabuły, tutaj dostałam jedynie promile z poszczególnych pragnień. A przede wszystkim szukam w nich jakiejś tematyki, jedna powieść gloryfikuje siłę przyjaźni, inna mówi o słodkiej miłości, jeszcze inna prawi o rodzinnych więziach, książka Rowell opowiada o tym wszystkim, ale wątki nie zostały odpowiednio wykreowane, w każdym czegoś brakowało, by uznać go za wiarygodny. Fangirl to zlepek gorszych i lepszych pomysłów, które razem nie wyglądają dobrze i w ogólnym rozrachunku zlepek się rozpada. Jedynie relacja bliźniaczek w moim mniemaniu została świetnie wykreowana, są blisko ze sobą, a trudne chwile to czas, by się jednoczyły.


Spójrz na siebie. Ogarniasz świat, niczego się nie boisz. Ja za to boję się wszystkiego. I jestem szurnięta. Może nawet myślisz że jestem szurnięta tylko odrobinę, ale to dlatego, że pokazuję ludziom zaledwie wierzchołek góry lodowej mojego szurnięcia. Pod powierzchnią lekkiego szurnięcia i niedostosowania społecznego jestem całkowitą porażką.

Nie mogę Wam z czystym sumieniem odradzić tej powieści, musicie sami się przekonać, czy do Was ona przemawia. Będąc fangirl, nie do końca rozumiałam zachowania Cath, akceptuję, a nawet doceniam jej obsesję na punkcie Simona Snow, ale do całej reszty cech głównej bohaterki nie jestem przekonana. Ta postać była zbyt wycofana, a czasem nawet nadąsana, właśnie, nie pasowała mi jej przemożna myśl o tym, że była ponad wszystkimi. Może narrator nie sugerował tego wprost, ale w kilku momentach miałam wrażenie, że Cath stawia się w roli tej lepszej, a jednocześnie kryje się pod maską wiecznej nieudacznicy. Fangirl nie polecam osobom, które oczekują głębi w książce, tu jej nie ma, które szukają wątku ciągnącego fabułę, tu nie ma żadnych takich, jest po prostu powieść, bo jest. I właśnie ten czasownik najlepiej określa jej stan, nie wyróżnia się niczym, nie zapada w pamięć, żaden jej moment nie jest fascynujący. Ktoś może powiedzieć, że może to i dobrze, bo w sumie nic nie zgrzyta, wszystko trzyma się logicznej całości, a ja powiem, że nie do końca... Bo co to za frajda z czytania? Nie ma tu magii. Nie ma tu wyborów. Nie ma rozstaj dróg... Muszę przyznać, że trochę się na Rowell zawiodłam, Eleonora i Park sprawili mi wiele radości przy czytaniu, w Fangirl jedynie momenty o Simonie Snow poprawiały mi humor. 

Niech Book będzie z Wami, 
myśląca, że wyjdzie jej krótka opinia  i pozdrawiająca Li
Matylda.

źródło: tu, tu, tu

Po twórczość Remigiusza Mroza chciałam sięgnąć z trzech powodów: gdy tylko wchodzę w blogowe aktualności, to widzę jego nazwisko wyskakujące jak Filip z konopi, zdecydowałam, że muszę w końcu poznać, kto mnie tak straszy; w recenzjach wysławiany jest pod niebiosa, epidemia uwielbienia trwa w najlepsze i mam wrażenie, że długo jeszcze nikt nie wymyśli na nią szczepionki; oraz najważniejszy i najmocniejszy argument — dzielimy to samo nazwisko.

Usiadłam do Kasacji z ulubioną herbatą i czytałam. Przeprawiałam się przez denerwujący slang wplatający się nie tylko w dialogi bohaterów, ale również w narracje; przez makaronizmy w opisach, które mnie niewiarygodnie przyprawiły o ból głowy, czy naprawdę polski nie jest pięknym językiem?; przez dość toporny początek, dzięki któremu niemal rzuciłam książkę po wieczne jej zakurzenie, jednak stwierdziłam, że nie od razu Rzym zbudowano. Każdemu trzeba dać szansę! Jeśli przy stylu już jesteśmy, to autor masowo nadużywał zaimka "swój" odmienionego przez wszystkie możliwe przypadki, naprawdę wiem, że to odnosi się do danej postaci, skoro jest podmiotem w zdaniu, nie trzeba mi o tym powtarzać. 

W połowie lipca pewien serial brawurowo wtargnął w poczet moich ulubieńców, obejrzałam właśnie drugi sezon i muszę przyznać, że lepszego widowiska dawno nie obserwowałam. Mówię o Suits, o których pewnie kiedyś słówko nadmienię. Odnoszę wrażenie, że autor czerpał garściami inspiracje z tej pozycji. W Kasacji mamy do czynienia z damską wersją Harveya Spectera, niestety Joanna Chyłka nie jest w swej zadziorności i cynizmie tak elegancka, jak wyżej wspomniany prawnik, fakt, jest ostrą sztuką, która nie da sobie w kaszę dmuchać, ale nie jest... hm, urzekająca w swej złośliwości? Niektóry kwestie przez nią wypowiadane zupełnie nie pasowały mi do tej postaci, rzucała często mięsem we wszystko, co się rusza, ale niekiedy było w jej słowach więcej wymuszoności niż humoru czy sarkazmu. Oddam jej to, że była paliwem dla całej opowieści, bez adwokatki Kasacja stałaby się bezbarwna i nudna, chociaż muszę przyznać, że nie obroniła przed dłużyznami fabularnymi. Polubiłam Joannę za jej hart ducha i trzymanie wszystkich w ryzach, była naprawdę dobrze skonstruowaną bohaterką, chociaż z pewnością nie przejęłabym się jej śmiercią, to mimo wszystko kreację postaci oceniam na plus. Sama korporacja, w której urzędowała Chyłka i jej protegowany Kordian Oryński wydawała się nad wyraz przerysowana i przesadzona. Samo wejście do komnaty pracy młodego adepta prawa przypominało scenę, w której Mike (bohater Suits) zobaczył przyszłe miejsce zarywania nocek. Zero powitań, zero odzewu, każdy sobie rzepkę skrobie. Tutaj statyści są zwykłymi statystami, nikt się nie odzywa, nikt nic nie robi, tylko wlepia ślepia w monitor, jak manekin w sklepie odzieżowym, tego też niemal się nie zauważa. Liczyłam na chociaż jedną, dwie intrygi młodych kolegów Kordiana, niestety nie dostałam urozmaicenia miałkiego tła. Sam Kordian był raczej przeciętniakiem, który ukończył studia ze średnimi ocenami i zdawał sobie sprawę, że w wielkiej korporacji niczego dla siebie nie ugra oprócz wpisu do CV, nie zależało mu zresztą na wybijaniu się z tłumu, chciał sobie grzecznie przeczekać i zdobyć chociaż drobną renomę. Cóż, ku jego zgrozie stało się inaczej!

Strach pomyśleć, co by wyrabiała, gdyby z głośników dobywał się death, zamiast heavy metalu.

Wiecie, liczyłam na to, że w moje ręce trafił mocny i wciskający w fotel thriller. W myślach snułam wizję dostania układanki, którą razem z bohaterami musiałabym rozwiązywać. Ja w sumie... Nie wiem, co dostałam w tej książce. Trochę stereotypów, dziwną relację patron - aplikant, oraz całe tło bezbarwnych postaci (wiem, powtarzam się, ale to jest wielki minus!). Bo chociaż Chyłka i Kordian zostali całkiem nieźle przedstawieni, podobnie sprawa miała się z Kormakiem, to cała reszta była blada. Wydawali się papierkami, które snuły się po stronach powieści bez większego celu. Główny antagonista cierpiał na nijakość, pojawił się nagle, ale jego wejścia zupełnie się spodziewałam. Bo było... Jak wyciągnięte z amerykańskiego filmu. Serio. Miałam wrażenie, że nie czytam o polskich prawnikach, ba, miałam wrażenie, że wcale o prawnikach nie czytam, ale o glinach w garniturach. Chociaż czasem zdarzały się sceny, w których widzimy ich przy adwokackiej robocie, to zazwyczaj zajmowanie się gonieniem za dowodami... Nie podobało mi się również, że autor sam przyznał w posłowiu, że troszkę majstrował przy rzeczywistości i naginał ją wedle uznania, serio? Nie lubię takich rzeczy, chociaż chwała mu za to, że był w stanie przyznać, że nie napisał powieści będącej w zgodzie z panującymi realiami, jednak ja jako zupełna zielona w prawnych kwestiach nie mogłam mu wytknąć błędów, nie wiem, co jest przekłamaniem, a co prawdą. Męczy mnie to.

Prawda nie może być "że". Prawda jest prawdą. Nie ma wersji, odmian ani wariantów.

Autor zapunktował u mnie, wspominając o neuronach lustrzanych, najwyraźniej czytamy te same książki, bardzo mi się ten moment w powieści spodobał. Ogólnie szybko skończyłam Kasację, myślałam, że lektura zajmie mi co najmniej dwa dni, a przeczytałam ją w przeciągu doby. Muszę przyznać, że podobało mi się w jaki sposób autor opisywał miejsca i cechy zewnętrzne postaci, nie rozpisywał się na wzór Elizy Orzeszkowej, tylko dawał czytelnikowi pole do manewru. Pozwalał rozszaleć się wyobraźni. Chwali mu się również to, że umiejętnie wplatał w narracje opinie bohaterów, mogliśmy poznawać ich zdania - Chyłki i Kordiana - względem prowadzonej sprawy. Mankamentem jednak dla mnie jest, że sama zbrodnia nie została przedstawiona, nie chodzi mi o rzecz jasna proces zabijania, ale o głębszy opis tego, co znajdywało się w owym mieszkaniu, szczegóły postępowania względem Piotra L., według mnie zostało to przedstawione zupełnie po macoszemu. A przecież to było clou opowieści. Wokół niej kręci się fabuła: mamy faceta, który spędził dziesięć dni w jednym pomieszczeniu z dwoma trupami, nie przyznaje się on do winy, ani jej nie zaprzecza. Chyłka i Kordian próbują przeniknąć do jego psychiki i jednocześnie szukają uniewinniających mężczyznę dowodów, sprawa wydaje się dość patowa. Podobno intryga goni intrygę, ale ja tam nie wiem.


Trzeba skonkretyzować wroga. Dzięki temu staje się mniej straszny, a bardziej realny.

Torturą dla mojego czytelniczego oka stała się lektura zakończenia. Mróz może i mi udowodnił, że  jego powieść jednak nie była taka prosta, jak mi się wydawało, to jednak zrobił to w taki sposób, że nie wierzyłam w mijane słowa. Włożył główną intrygę w usta jednej z postaci, która o niej po prostu opowiadała. Nie widziałam, co się działo, nie wiedziałam, jak dochodziła do prawdy, po prostu ją wyklepała. Nic więcej. Czułam, że dostałam policzek, bo chociaż ostatnie strony Kasacji wzbudziły moją ciekawość, to cała zabawa skończyła się w przeciągu kilku akapitów. Szkoda, bo gdyby pociągnąć ten wątek, nie wyglądałoby to dla mnie jak epilog pisany na kolanie i nie wydawał mi się zupełnie oderwany od rzeczywistości. Tę intrygę grubymi nićmi uszyto, ale jednak dało się zauważyć, że to wszystko zbyt piękne, by było prawdziwe.

Ogólny rozrachunek? Trudno mi jednoznacznie stwierdzić. Bo powieść jest po prostu średniakiem, a może i gorzej... Jestem przekonana, że nie jest to książka dla osób zaznajomionym z prawem, bo poczują, że coś jest nie halo z treścią Kasacji. Sądzę, że fanom sensacji i osobom, dla których szczegóły nie są ważne z pewnością pozycja spod ręki Mroza może się spodobać. Ja puszczam w niepamięć tę lekturę i poszukam czegoś innego jego autorstwa, czegoś mniej trudnego w reaserchu i fabułą, która mnie rzeczywiście wciągnie. Wyczekujcie zeznań z poszukiwań na Leonie.

Jeśli ktoś lubi albo jest zainteresowany Kasacją, to mam dla niego dobrą wiadomość - wczoraj na Szuflacie, autor ogłosił, że jej kontynuacja Zaginięcie ukaże się na Targach Książki w Krakowie (22-25 października 2015).


Niech Book będzie z Wami, 
Matylda.
Wybaczcie braku mojego odzewu pod poprzednim postem, 
ale zaczęłam batalię wrześniową.

źródła tu,: tu,tu, tu,, wszystkie cytaty pochodzą z "Kasacji".


Dziś NieRecenzja, miała być recenzja, ale wyszło na to, że potok moich myśli mnie położył na łopatki, co tylko świadczy o tym, jak podziałała na mnie ta książka! Jej autor - Leo Babauta jest tak jak my, blogerem, a jego posty śledzi milion czytelników, stworzył kilka poczytnych książek, żonaty, ojciec szóstki dzieci, jest weganinem.

Moja prokrastynacja czasem tak bardzo mnie przytłacza, że popadam w marazm. Jestem okropnie leniwym i niezorganizowanym człowiekiem, który wszystko odkłada na później, dodatkowo zawsze mnie coś rozprasza: a to wiadomość na facebooku, a to email... Walczyłam z tym dzielnie w czasie trwania poprzedniego roku akademickiego, wyszło mi to jedynie z małym skutkiem, ale jednak, wpadło kilka czwórek, sama opracowałam zagadnienia na egzamin z matematyki. Uznałam te osiągnięcia za sukces. Ale to i tak nic w porównaniu z tym, co mogłabym robić, gdybym lepiej gospodarowała czasem. Dzięki „Zen to Done. Proste sposoby na zwiększenie efektywności” wiem już, co robiłam źle i co mogę zmienić, by być z siebie zadowolona i  spełnić swoje oczekiwania. Poradnik napisany jest niezwykle przystępnym językiem, nie nużyła mnie lektura książki Leo Babauta, wręcz przeciwnie była to dla mnie przyjemność, a ja nie słynę z czytania tego typu pozycji — zazwyczaj rzucam je w kąt po kilku stronach. Tutaj nie miałam ochoty odstawić książki, chociaż miejscami denerwowało mnie ciągłe powtarzanie pewnych kwestii, ale potem się do tego przyzwyczaiłam i nie zwracałam uwagi.

Książka podzielona jest na siedemnaście rozdziałów z czego ten ostatni poświęcony jest przydatnym do zmienienia nawyków przyrządom oraz postom ze strony Leo, bo gość nie tylko napisał książkę o gospodarowaniu czasem, ale również prowadzi na ten temat bloga. Powiem szczerze, że dawno nie byłam tak zmotywowana, by zmienić rutynę. W "Zen to done" znajduje się system, który albo można przejąć w całości, albo skorzystać z poszczególnych jego zagadnień. Autor radzi, by nie robić wszystkiego od razu, ale stopniowo wprowadzać jeden nawyk, potem kolejny i następny. Kiedyś w entuzjazmie próbowałam przebudować cały tryb dnia, lecz w pewnym momencie to mnie przetłoczyło, Leo również o tym napisał. To błąd, a ja popełniałam go już kilkakrotnie. ZTD polega na kolekcjonowaniu informacji, przetwarzaniu, planowaniu, działaniu, tworzeniu prostego, zaufanego systemu, organizowaniu, przeglądaniu, upraszczaniu oraz rytuałach i odkrywaniu pasji. W książce są osobne rozdziały poświęcone właśnie tym poszczególnym elementom Zen to done, są one do siebie miejscami zbliżone, ale jednak każdy nawyk różni się znacznie od reszty. Brzmi dość banalnie, ale ten sposób zwiększenia efektywności naprawdę działa, przekonałam się o tym na własnym przykładzie. Dzięki systemowi Najważniejszych Spraw byłam w stanie napisać na zapas około siedmiu postów, co u mnie nigdy się nie zdarzało — zazwyczaj pisałam na bieżąco. Musiałam tylko uwierzyć w to, że mogę zmienić nawyki, zdrowiej się odżywiam, częściej się uśmiecham. Zone to done dało mi dobrą receptę na pozbycie się leniuchowania.

Polecam Wam wszystkim tę książkę, bo naprawdę warto się z nią zapoznać, zwłaszcza, jeśli i Wy popadliście w wir lenistwa, jest ciekawa i pięknie wydana, nic tylko czytać!

A tu możecie znaleźć stronę autora. 
Niech Book będzie z Wami, 
Matylda
źródła: tu, tu, tu, tu, tu