Jest mi ogromnie miło, że jakoś trafiłeś na Leona. Jestem studentką kognitywistyki, pasjonatką książek i cappuccino. Może masz ochotę pozwiedzać Leona? Śmiało! Zapraszam! Z racji tego, że lubię zwiedzać blogosferę, proszę Cię o zostawienie linku do Twego zakątka internetu, o ile takowy posiadasz, w komentarzu :)



Polacy nie czytają książek, a jeśli już to robią to mieszczą w 37% społeczeństwa. Ludzie na czytelniczych forach podnieśli larum, że jak można nie czytać? Jak to w ogóle jest możliwe? A może została źle skompletowali grupę reprezentacyjną, może była za mała? 

Odpowiem od razu na ostatnie pytanie, niemożliwe, by źle to zrobili, a dlaczego tak uważam? Bo mieli więcej niż jedną drugą osób, które potrzebowaliby. To, że laikom wydaje się, że 3000 osób to mała ilość, zdradzę, że zazwyczaj w badaniach medycznych, czy nawet socjologicznych już grupę 30 osób uważa się za dużą. Jeśli chodzi o badania populacyjne to jest z tym trochę inaczej, ale uwierzcie mi 3000 osób to naprawdę wystarczająca liczba respondentów. Zazwyczaj w badaniach sondażowych publikowanych niemal codziennie w najróżniejszych stacjach telewizyjnych bierze udział 1800 osób.


Badanie

Badania czytelnictwa Biblioteka Narodowa prowadzi od 1992 roku co dwa lata, a od 2014 – co rok. W tegorocznej edycji badania wzięło udział 3049 respondentów w wieku co najmniej 15 lat, co ciekawe w badaniu znaleziono istotne korelacje pomiędzy wykształceniem a odsetkiem czytelnictwa, im ono jest wyższe, tym więcej dana osoba czyta. Wpływ na czytanie ma również środowisko, w którym się obracamy, jeśli ktoś jest czytelnikiem to z dużą dozą prawdopodobieństwa, któreś z jego rodziców również czytało książki, a wśród znajomych też można znaleźć osoby czytające.


Dlaczego piszę o czym, o czym już ktoś inny wielokrotnie pisał? Może dlatego, że chociaż nie popieram nieczytelnictwa to sama czasem łapię się na tym, że jedyną lekturą dla mnie w danym czasie są jakieś książki na uczelnie, na domiar złego często są one tekstami angielskimi, w których występują specjalistyczne, nieraz zupełnie mi obce terminy… Niby naukowe pozycje też można wliczyć do zestawienia, ale z drugiej strony, jakoś nie czuję, że podręczniki czy artykuły mogłabym wpisać do czytelniczej listy. Wśród moich znajomych są liczni ludzie czytający i nieczytający, każdy ma jakiś powód, niektórzy jedynie wymówki, czy znajdziecie w ich postawach głupotę? Jak niektórzy okrzyknęli postawę osób nieczytających. 

Maria 

Czyta jedynie artykuły w internecie, dotyczące interesujących ją nowinek technicznych, z technologią jest na tyle za pan brat, że często słucha technologicznych podcastów — angielskie, polskie, wszystkie możliwe — i śledzi świeżynki pojawiające się TEDzie by przypadkiem nie przegapić czegoś interesującego. Maria książki lubi, ale jakoś ostatnio ją do nich nie ciągnie, poświęciła się innej pasji, koduje strony, bawi się w małego programistę. Na domiar złego pracuje, ma życie osobiste, słucha w komunikacji miejskiej muzyki, w jej dobowym grafiku nie ma miejsca na czytanie książek. Ostatnią książkę przeczytała w wakacje, gdy poleciła jej ją znajoma, ale jakoś i tak się za mocno nie wciągnęła. 

Wanda

Studentka prawa, mieszkanka akademika, uwielbiająca dobrą zabawę i dobre książki. Już w liceum jej czytelnicze zapędy musiały zostać trochę przystopowane, bo matura, bo imprezy, bo ważniejsze sprawy. Na studiach Wanda czyta kodeksy i skrypty, wieczorami (gdy następnego dnia nie ma żadnych zaliczeń) śmiga po barach i klubach. W roku akademickim Wanda nie ma czasu na czytanie, co najwyżej łypnie na jakiś ze swoich ulubionych seriali… Za to w wakacje przeistacza się w prawdziwego książkoholika, nadrabia zaległości, czyta klasyków ze swojego ulubionego gatunku, odświeża ulubione pozycje. 

Mikołaj 

Gdy miał trzy lata nauczył się czytać, nie znam drugiej takiej osoby, która czytałaby na tyle szybko. W jego pokoju roi się od książek, ma całą półkę poświęconą filozofom: a tu Platon, a tu Nietzsche, a tutaj nawet Marks. Co dusza zapragnie. Mikołaj czyta książki w tramwajach, a i to ostatnio nie, woli odstresować się przy słuchaniu muzyki. W domu natomiast albo liczy całki podwójne, albo rozwiązuje dziko wyglądające zadania matematyczne, które dla laików wyglądają jak mowa elfów. Mikołaj lubi czytać książki, lubi fantastykę, ale nie pogardzi jakaś historyczną pozycją, ale lubi też grać w gry komputerowe, z kumplami wyjść na piwo i zdać sesje. „Jak będę miał czas, to poczytam” mówi. 

Czy takie osoby jak Mikołaj, Wanda i Maryśka, naprawdę „nie mają mózgu”, albo „straciły jego lepszą część”? Może i nie czytają zbyt wielu pozycji rocznie, śmiem wątpić. Sądzę, że na przykład taką Maryśkę lepiej rozwinie czytanie artykułów niż dziesiątek nowości, które podpadają pod grafomanie. Czy Mikołaj stracił rozum? Przeczytał więcej książek w latach szkolnych niż większość jego kolegów i koleżanek, a 52 książki rocznie były dla niego niewielkim wyzwaniem. Jego mózg z pewnością poszedł na wypas. A co z Wandą? Czyta jedynie w wakacje? Czy przez większą część roku się nie rozwija? Stanęła w rozwoju? W to również jakoś ciężko mi uwierzyć, jest najbardziej zaznajomioną z wiadomościami ze świata osobą, jaką znam. 

Marta

Studiuje, książek nie czytała niemal nigdy, tylko i wyłącznie lektury, ale tak od deski do deski, nigdy nie zafascynowało ją czytanie, jednak ostatnio coś w niej pękło i stwierdziła, że może jednak da szanse książkom. Może spróbuje czytać coś dla przyjemności… Czemu nie spróbować?

Marta niedawno się do mnie zgłosiła z prośbą o polecenie kilku pozycji, nawet nie wiecie, jakie było moje zdziwienie, że w końcu się przemogła, pierwsze książki od czasów lektur licealnych dobrałyśmy na podstawie seriali, które Marta ogląda. Zobaczymy czy jej przygoda się powiedzie. 

Anka 

Jest w gimnazjum, czytać nie lubi, woli siedzieć na smartphonie lub oglądać śmieszne koty w internecie. Od czasu do czasu z nudów coś tam sobie przeczyta, ale nie przywiązuje wagi do słowa pisanego. Chociaż oboje jej rodzice czytają książki i próbowali ją do tego zachęcić, polegli w tym zadaniu, ona nie czuje, by czytanie było chociaż trochę dla niej.

Z Anką jest problem, bo nawet jak ma karę na telefon i komputer, i wszelkie technologie, to i tak znajdzie sobie jakieś mało wymagające zajęcie, a to podroczy się z kotem, a to posprząta, a to pogapi się na rybki. Jednak i ona ostatnio odkryła, że książki nie gryzą, a mogą też sprawiać przyjemność, bo w końcu poczuła, że wszelkie wymówki i ucieczki przed czytaniem jednak kiedyś muszą się skończyć. 

Moja Mama 

Odkąd jej wzrok już zupełnie się zepsuł, nie czyta książek. Ma tego typu wadę wzroku, która postępuje na tyle szybko, że okulary już po kilku miesiącach przestają pasować. Kiedyś mi czytała, razem ze mną poznawała losy Harry’ego Pottera, to ona wraz z tatą zaszczepili we mnie miłość do Tolkiena. Teraz jednak Mama czyta bardzo rzadko, a zazwyczaj z lupą, przez dysleksję, którą się odpowiednio nie zajęło, ma wiele czytelniczych problemów. Czytając, zwyczajnie się męczy. Oczy ją bolą. Ledwo widzi litery. Audiobooki nie są dla niej, nie potrafi się do nich ani trochę przekonać. 

Tablet okazał się dla Mamy ratunkiem, tam może dowolnie powiększać tekst, jednak jest jeden dość istotny problem, Mama panicznie boi się, że jednym małym klikiem mogłaby zepsuć cały mechanizm. Zobaczymy, jak pójdzie jej powrót do czytelniczej krainy. 

Czytanie książek nie daje nikomu możliwości patrzenia na innych ludzi z góry. Powiecie mi, że ktoś może sobie organizować czas, że Wy tak robicie, ale pamiętajcie, nie mierzcie ludzi swoją miarą. Nieczytanie jest złe, ale nie każdy lubi książki, i, o zgrozo, nie tylko one dostarczają pożywki dla naszych umysłów. Osobiście nieraz wolę obejrzeć jakiś materiał na internecie, poczytać jakiś blog, powrócić do przeglądania dobrych fanficition. Czytanie jest cudowne, a fakt, że czyta jedynie 37% społeczeństwa jest smutny, osoby, które nie czytają są w tym zatwardziałe, nie lubią tego i już. Nie wyciągnęły czytelniczego nawyku z rodzinnego domu. Potrafię wymienić różne wymówki osób nieczytających, brak czasu, brak pieniędzy na książki, wielkie odległości do biblioteki i słabe ich uposażenie, ale najważniejszą jest brak chęci. Zaczęłam kochać książki w podstawówce, od tego czasu je nałogowo pochłaniam, ale czy każdy tak ma? Wątpię. Wiecie jednak, co? To jest życie innych, a obrażanie kogoś i wyzywanie od idiotów, nie czyni nikogo mądrzejszym.

źródła: tu, screeny pochodzą z komentarzy na portalu gazeta.pl  






Witajcie w nowej serii!

Będę w niej prowadzić swój prowizoryczny ranking ulubionych okładek pod huczną nazwą Miss Miesiąca. Wyboru dokonywać będę wśród książek, które udało mi się przeczytać i tych, co dopiero pojawiły się na rynku. Pamiętajcie, że mój mały ranking jest zupełnie subiektywny, zapraszam do wspólnej zabawy! Czekam na Wasze typy w komentarzach!

Trzecie miejsce należy się: Miastu krwi Kamila Dziadkiewicza
Miasto przeczytałam, nie była to zła, ani dobra lektura, powiedziałabym, że to coś średniego, ale za to okładka sprawiła, że zakupiłam książkę, w ebooku, bo ebooku, bo i była promocja, ale zawsze! Ma swój klimat, prawda?










Było blisko zwycięstwa, brakowało dosłownie niewiele, drugim miejsce zajmują: Bajki, które zdarzyły się naprawdę. Historie słynnych kobiet Anny Moczulskiej 

Książka prócz pięknej okładki, wiecie, ja uwielbiam blichtr, suknie, piękne i tajemnicze kobiety, posiada również świetną treść. Uwielbiam czytać o postaciach historycznych, bloga Moczulskiej odwiedzałam kiedyś nałogowo, więc gdy tylko jej powieść pojawiła się na rynku, musiałam ją mieć!




A Miss miesiąca zostaje, okładka do Z mgły zrodzonego Brandona Sandersona! 
Okładka Z mgły zrodzonego urzekła mnie do tego stopnia, że przesądziła zakup książki. Jest niesamowita, Dominik Broniek, czyli jej autor stworzył urzekające małe dzieło. Cóż, ja jestem z tych co dają się złapać na ładne wdzianko powieści, ale akurat książka Sandersona posiada i świetne wnętrze :)









Niech Book będzie z Wami, 
Matylda

O czym będę ględzić?

Popkultura i filozofia? Lubię te połączenie, a te dwa obszary czasem się mijają, czasem idą ze sobą w parze, a zdarza się, że nawzajem sobie przeszkadzają. Ślady filozoficznych zawiłości odnaleźć można w książkach, filmach, muzyce… Są wszędzie i pod różnymi postaciami. Niektóre aspekty chciałabym Wam przybliżyć, zwłaszcza jeden, bardzo bliski mojemu sercu — myślowe eksperymentowanie. Co to? Z czym to się je? Gdzie można je znaleźć? Napiszę o tym. Chciałabym Wam niektóre z ciekawszych eksperymentów zademonstrować i pokazać, że mogliście nie zdawać sobie sprawy, że macie z nimi do czynienia.

Wstęp do moich małych rozważań 

James Robert Brown napisał, że eksperymenty myślowe odbywają się w laboratorium umysłu. Innymi słowy w przeciwieństwie do eksperymentów empirycznych przeprowadzane są w wyobraźni badacza. Zastanawiałam się na tym czy nie istnieje możliwość wykonania ich w rzeczywistości. Po krótkim namyśle jednak doszłam do wniosku, że wykonanie i przeprowadzenie, to może zbyt mocne słowa, wystarczy pokazanie. Doszłam do wniosku, że istnieje taka ewentualność, są przecież filmy, w których eksperymenty myślowe już niejednokrotnie się pojawiały. Jak myślicie czy laboratorium umysłu nie może być wspierane przez laboratorium audiowizualne? Idąc dalej: czy eksperymentowanie myślowe w filmach może przysłużyć się w promowaniu wiedzy filozoficznej? 

Pojęcie eksperymentu myślowego, historyczny zarys, czyli warstwa, którą kto chce może ominąć, ale nie poleca się!

Termin eksperymenty myślowy po raz pierwszy został użyty przez duńskiego fizyka Hansa Christiana Ørsteda, jednakże badacz scharakteryzował to zagadnienie bardzo obszernie, stwierdził np. że wykonywanie działań matematycznych można również uznać za myślowe eksperymentowanie. Żyjący na przełomie XIX/XX wieku fizyk i filozof Ernst Mach, zapoczątkował historię dzisiejszego postrzegania eksperymentu myślowego. W swoich pracach uznał eksperyment myślowy za naukową procedurę, zawężoną do rozgrywania się w rzeczywistości. Badacz odrzucił możliwość by dane zjawisko rozważane przy pomocy myślowego eksperymentu było niezgodne z realnym stanem rzeczy. Według austriackiego fizyka eksperymenty myślowe nie są samodzielnymi metodami badawczymi, stanowią wyłącznie wstęp do przeprowadzenia eksperymentu empirycznego. 

Ich funkcją jest umożliwianie dostępu do naszej — jak nazywał ją Mach — „wiedzy instynktowej”, na którą składają się nieuświadomione, codzienne doświadczenia.

Dopiero Albert Einstein skierował uwagę na wyobraźnie. Należy podkreślić, że uznał, iż niemożliwe jest poszerzenie wiedzy jedynie w oparciu o rozważania. Zdobywca nagrody Nobla zaznaczył, że eksperymenty myślowe mogą być pomocne w zrozumieniu zagadnień matematycznych osobom, które nie posiadają wiedzy z tego zakresu.


W wypadku eksperymentów myślowych nie mamy do czynienia z żadnym fizycznym działaniem – przeprowadzane są one nie na rzeczywistych przedmiotach, lecz „w umyśle”. Ich rezultatem nie są fakty, a pewne wyobrażone stany rzeczy.

O ograniczeniach słów kilka

Przestrzeń filmu to idealne miejsce do przeprowadzania eksperymentów myślowych, które z wielu przyczyn nie są możliwe do zainscenizowania w rzeczywistości. Ograniczeniem niejednokrotnie bywa moralność, w etycznych eksperymentach myślowych odgrywa kluczową rolę — np. w dylemacie zwrotnicy ankietowany ma za zadanie zadecydować o życiu przywiązanych do torów ludzi, jakąkolwiek decyzje podejmie, ktoś zginie. Częstym problemem jest stan nauki, który nie pozwala na zrealizowanie niektórych eksperymentów. Kolejnymi problemami uniemożliwiającymi przeprowadzenie eksperymentów myślowych są aspekty fizyczne i metafizyczne, można w tym miejscu posłużyć się przykładem podróży Keplera — opis fikcyjnej wyprawy na Księżyc podjętej przy pomocy demona. Te trzy problemy Roux definiuje jako kontrfaktyczność słabą, średnią i silną, które to określają granice „fikcyjności” eksperymentów myślowych.

Mózgi w naczyniu a Matrix oraz…

Najnowsze technologie pozwalają przenosić na ekrany kin rzeczy niemożliwe do urzeczywistnienia, stanowią więc idealne instrumenty do ukazania eksperymentów myślowych, ale nie tylko zabiegi techniczne mogą w tym pomóc. Wystarczy scenariusz inspirowany tym narzędziem filozoficznym. Doskonałym przykładem kolaboracji efektów specjalnych, scenariusza i eksperymentów myślowych jest Matrix rodzeństwa Wachowskich. 

Cała seria — w moim mniemaniu — jest pożywką dla poszukiwaczy filozoficznych aspektów w kinematografii. To właśnie w Matrixie można odnaleźć zaproponowany przez Hilary’ego Putnama (jeden z tych eksperymentów, które najbardziej, najmocniej kocham, kocham!) eksperyment myślowy mózgi w naczyniu. Pierwsza wersja: Niegodziwy uczony usuwa ludziom mózgi i umieszcza je w naczyniu z pożywką, która ma za zadanie podtrzymać je przy życiu. Ofiara szalonego naukowca dzięki podłączeniu do komputera doświadcza iluzji. Druga wersja: Wszyscy jesteśmy mózgami w naczyniu i zawsze nimi byliśmy. Trzecia wersja: Jestem w mózgiem w naczyniu, ale nie pamiętam o tym, wirtualna rzeczywistość jest dla mnie prawdziwa. Eksperyment myślowy Putnama został stworzony na potrzeby nowoczesnego sceptycyzmu. W skróconej wersji argument amerykańskiego filozofa prezentuje się następująco: mogę snuć przypuszczenia, że jestem mózgiem w naczyniu, a wtedy i tylko wtedy, gdy się mylę, świat poza iluzją istnieje. Należy zaznaczyć, że mózgi w naczyniu nie wchodzą w relacje ze światem rzeczywistym, a więc ich odniesienie przedmiotowe jest różne od np. szalonego uczonego, czyli zdanie Jestem mózgiem w naczyniu nie stwierdza prawdy o świecie zewnętrznym. Zagmatwane? Na początku może tak się wydawać, ale uwierzcie mi, napisałam to najbardziej znośny sposób, jaki znalazłam!

W filmie Wachowskich nic nie mogłoby zaistnieć bez efektów specjalnych, które posłużyły do stworzenia między innymi: miasta robotów; scen, w których Neo nagina Matrix wedle swojej woli; scen walki z Smithem. W produkcji australijsko-amerykańskiej roboty przeprogramowały software, zwany Matrixem, symulujący Utopię na ilustrację świata z roku 1999. W nim umieściły umysły hodowanych przez siebie ludzi. Gdy dwoje obywateli tej wykreowanej Ziemi rozmawia o gulaszu, to punktem odniesienia jest program komputerowy odpowiadający za ten aspekt życia, jeśli z kolei dwóch mieszkańców Syjonu — ostatniego miasta wolnych ludzi — debatuje na temat gulaszu, to odnosi się do mokrego, zaspokajającego głód pożywienia. W powyższym opisie mamy do czynienia ze zmianami odniesień przedmiotowych. Możemy nawet stwierdzić, że mowa jaką posługują się mieszkańcy Syjonu, a jaką więźniowie robotów nie jest homogeniczna. Tym sposobem znaleźliśmy powiązanie między eksperymentem myślowym Putnama, a filmem Wachowskich, czyż nie? Myślę, że dzięki twórcom Matrixa zwykli widzowie mogą rozważać ten eksperyment, chociaż często nie zdają sobie pewnie sprawy z istnienia jego nazwy i pomysłodawcy. Pokazanie w Matrixie mózgów w naczyniu pozwoliło przenieść wyobrażenia badacza do rzeczywistości i również potwierdziło jego argumentacje. Film oczywiście nie jest idealnym odwzorowaniem eksperymentu myślowego, zresztą nie skupia się na modelowym przedstawieniu go, to nie jest przecież jego cel. Myślę, że nie chodzi o to, by pokazywać co do joty dany eksperyment myślowy, który w moim mniemaniu nie ma sztywnych reguł wyobrażenia go sobie, a przecież reżyser przenosi fantazję do rzeczywistości.

A tak swoją drogą, zupełnie odchodząc od tematu, to dlaczego roboty więzili ludzi? Ok, czerpali z nich energię, ale przecież równie dobrze mogli wziąć... powiedźmy delfiny? Nie musieliby bawić się w trzymanie ludzi w wirtualnej rzeczywistości. 

…Kod Nieśmiertelności

W tym miejscu zaczynają się małe schody, bo o ile na temat Matrixa mogłam, nie zdradzając fabuły napisać, gdzie znajdziemy eksperyment myślowy, tak o Kodzie Nieśmiertelności nie mogę. Niestety w tym fragmencie tekstu pojawią się spoilery, więc jeśli nie widziałeś filmu, a masz na to ochotę, to odpuść sobie ten akapit.  

W Kodzie nieśmiertelności Duncana Jonesa również można doszukać się inspiracji eksperymentem myślowym Putnama, sądzę, że odnalezienie go w tym filmie jest o wiele łatwiejsze niż w Matrixie. Sam film nie jest szczególnie nafaszerowany efektami specjalnymi, to zdjęcia, montaż i scenariusz pozwalają na urzeczywistnienie wizji Jonesa. Kapitan Colter Stevens bierze udział w rządowym eksperymencie o nazwie Kod nieśmiertelności,  który umożliwia wejście w ciało innego człowieka na ostatnich osiem minut jego życia. Żołnierz, wyobraża sobie, że znajduje się w zamkniętej przestrzeni, a kierujący operacją komunikują się z nim poprzez kamery i monitory. W rzeczywistości jego mózg podłączony jest do komputera, a ciało jest niemal doszczętnie zniszczone. Żyje jedynie jego mózg i świadomość, która została wykorzystana w programie Kod nieśmiertelności. Wszystko, co robi, co mówi, a nawet to, że oddycha to fantazja. Mózg i resztki ciała żołnierza umieszczone są w specjalnej kapsule, metaforycznie można stwierdzić, że mózg kapitana Coltera Stevensa znajduje się w naczyniu. 

Moim zdaniem warunki, w których umieszczono żołnierza są analogiczne do tych z symulacji Matrixa i eksperymentu myślowego Putnama. Gdy wewnątrz fantazji kapitan mówi o tym, że marznie tak naprawdę odnosi się do stanu swojego wyobrażenia, gdyby przed wypadkiem Stevens powiedziałby „marznę” wówczas odnosiłby się do warunków w jakich znajduje się jego organizm. W Kodzie nieśmiertelności możemy odnaleźć jeszcze jedno odniesienie przedmiotowe, gdy kapitan Colter Stevens w ciele Seana Fentressa powiedziałby, że marznie, możemy wówczas stwierdzić, że odczuwa on stan ciała pasażera felernego pociągu do Chicago. Świadomość Coltera Stevensa nie jest w naczyniu, jak jego mózg, ale w obcym organizmie, a jednocześnie zgodnie z ostatnimi scenami filmu, możemy zaobserwować, że istnieje w tym świecie również odrębna jaźń kapitana Coltera Stevensa, która przygotowywana jest do wzięcia udziału w programie Kod nieśmiertelności. W tym miejscu natrafiamy na naukową teorię zwaną Wieloświat, niestety na chwilę obecną nie czuję w sobie kompetencji, by omawiać zagadnienie z fizyki kwantowej, ale dam znać, jak w jakiś sposób posiądę tę wiedzę tajemną.    

Ex Machina a test Turinga

Ostatnim filmem, ale to nie znaczy, że najmniej istotnym, o, nie! Wykorzystano w nim jeden z tych eksperymentów, które są i ciekawe, i już można je zauważyć w rzeczywistości. Ba! Znacie cleverbota? Tak? Brał udział w tym eksperymencie myślowym. Zastanawiacie się czemu biorę pod uwagę eksperyment, który ludzie już zrealizowali? Bo wiecie, test Turinga, bo o nim mowa, to nie taki zwykły sobie teścik, a zdanie go jest dość trudne, a nawet jeśli jakaś machina go zda, to i tak jest to podważane… 

Filmem, który teraz weźmiemy pod lupę, będzie Ex Machina w reżyserii Alexa Garlanda. W tym brytyjskim thrillerze science fiction z 2015 roku główny wątek został zbudowany na teście Turinga. Jest to produkcja, w której nie uświadczymy jak w przypadku Kodu nieśmiertelności i Matrixa spektakularnych wybuchów czy tworzenia miasta robotów za pomocą komputerowych efektów, mamy tutaj piękne krajobrazy, jedynie kilku bohaterów i eksperyment myślowy Turinga. Test Turinga to jedno z najwcześniejszych podejść ustalenia kryterium inteligencji maszyn, pierwotna wersja testu pojawiła się w artykule z 1950 roku „Maszyny liczące a inteligencja”. W grze w naśladowanie, którą zaproponował Turing, udział bierze trzech graczy: A — człowiek, B — komputer oraz C — sędzia, zadaniem tego ostatniego jest odgadniecie, który z graczy jest maszyną, a który nie. Osoba zgadująca oddzielona jest od pozostałych uczestników, wysyła do A i B dowolne pytania, ci natomiast mają tak na nie odpowiadać, by w na końcu gry zostać scharakteryzowanym jako człowiek. W Ex Machnie test Turinga zaprezentowano zupełnie inaczej, człowiek i maszyna — w tym wypadku humanoidalny robot — nie są w oddzielnych pomieszczeniach, Caleb porozumiewa się z Avą przez szybę, należy zaznaczyć, że to co widzi — twarz młodej kobiety, jej aparycja i zachowanie — wyraźnie mu się podoba. Twórca Avy i pomysłodawca przedsięwzięcia, Nathan, w moim mniemaniu, jest sędzią w eksperymencie, graczem C, chociaż twierdzi, że to Caleba obdarzył tym zadaniem. Według mnie Nathan ma zdecydować na podstawie tego co obserwuje dzięki kamerom, czy Ava posiada inteligencję, czy jest jedynie jego kolejną nieudaną próbą. Chce dowiedzieć się czy Ava postępuje tylko według wytycznych programu, które dla niej stworzył, czy posiadła umiejętności przewyższające jego programowanie. Czy potrafi myśleć w sensie kognitywnym.

W Ex Machinie przekształcony test Turinga stanowił element składowy fabuły, był on motywem głównego bohatera filmu — Nathana. Dzięki temu utworowi audiowizualnemu wiele osób mogło po raz pierwszy usłyszeć o tym eksperymencie myślowym, a także o wątpliwościach filozofów i nie tylko, jakie budzi stworzenie sztucznej inteligencji.    

Podsumowanie? 

Wachowscy, Jones oraz Garland stworzyli doskonałe laboratoria audiowizualne dla eksperymentów myślowych, prawda? Możemy je zobaczyć, zrozumieć ich ideę lepiej niż tylko czytając teksty wielkich filozofów.  Chociaż ich produkcje istotnie się różnią, to jednak odnalezienie pomiędzy nimi analogii nie stanowi problemu, wszystkie poruszają zagadnienia inspirowane eksperymentami myślowymi. Muszę zaznaczyć, że w mojej ocenie, seanse filmowe nie przysłużą się zwiększeniu liczebności adeptów filozofii, jednak mogą one pozytywnie wpłynąć na promowanie wiedzy o tej nauce. Widzowie często są nieświadomi, że filozoficzne problemy występują również w popkulturze, a eksperymenty myślowe bywają inspiracjami lub częściami składowymi utworów audiowizualnych. Filmy mogą przysłużyć się szerzeniu wiedzy o istnieniu eksperymentów myślowych, albo chociaż wzbudzeniu w zwykłych ludziach chęci do nieświadomego myślowego eksperymentowania.


Z bookiem
Matylda

Dla ciekawskich bibliografia :>
1. Albiński, T. (2012). Mózgi w naczyniu. Filozofia Publiczna i Edukacja Demokratyczna, 1, 81-92.
2. Andrzejewski, A. (2012). Uwagi o funkcji eksperymentów myślowych w filozofii. Edukacja filozoficzna, 54, 80-85.
3. Biłgorajski, P. (2014). Natura i wartość eksperymentu myślowego. Ethos, 3, 341-347.
4. Brown, J.R. (2001). The Laboratory of the Mind: Thought Experiments in the Natural Sciences. Routledge.
5. Garland, A. (2015). Ex Machina.
6. Jones, D. (2011). Source Code.
7. Kobos, K. (2010). Eksperymenty myślowe jako narzędzie badawcze we współczesnej analitycznej filozofii umysłu. Rozprawa doktorska napisana w Katedrze Filozofii Analitycznej Uniwersytetu Łódzkiego. 
8. Turing, A. M. (1950). Computer machinery and intelligence. Mind, 433-460.
9. Putnam, H. (2013). Wiele twarzy realizmu i inne eseje. Wydawnictwo naukowe PWN. 
10. Wachowski, A., Wachowski, L. (1999). Matrix.



Zazwyczaj kupuję ebooki, ale gdy znajdę jakaś super promocję lub z zupełnie prozaicznego powodu: zakochałam się w danym autorze, kupuję tradycyjne książki. Moje stosiki zazwyczaj nie są okazałe, czasem potrafię nie poszerzać swojej biblioteczki przez rok żadnymi powieściami, liczę wówczas na dobre serduszka rodziny i znajomych, ale zazwyczaj bywa tak, że pod koniec/początek roku nakupię się książek, które potem czytam przez pozostałą część roku. A przez studia... cóż, mój budżet ubożeje, bo co jak co potrzebuję sporo literatury fachowej, którą albo muszę zakupić, albo znaleźć w otchłaniach biblioteki lub wyżydzić od kogoś i skserować... A kserówki kosztują :< 

Brandon Sanderson, kupiłam jego książki zafascynowana okładkami, kilka stron wystarczyło, bym zapałała miłości do stylu i historii Z mgły zrodzonego. Jak widzicie mam już pięć tomów historii osadzonej w Scadrialu.

Brandon Sanderson Z mgły zrodzony Wydawnictwo: Mag
Brandon Sanderson Studnia Wstąpienia Wydawnictwo: Mag
Brandon Sanderson Bohater wieków Wydawnictwo: Mag
Brandon Sanderson Stop prawa Wydawnictwo: Mag
Brandon Sanderson Cienie tożsamości Wydawnictwo: Mag

Wszystkie książki kupiłam w mojej ulubionej księgarni, czyli w Świecie książki.





Na książkę Staveleya trafiłam zupełnie przypadkiem, a że miałam ochotę na fantastykę, to ją nabyłam, znalazłam ją na jednej z grup czytelniczych w Poznaniu, dziewczyna akurat sprzedawała fantastykę w dość atrakcyjnych cenach, zapłaciłam za Miecze cesarza chyba z 15 złotych, od niej również (ku swojemu dzisiejszemu rozżaleniu) kupiłam Obietnicę krwi. Boski ogień z kolei przybył do mnie nowiutki. 

Brian Staveley Miecze cesarza Wydawnictwo: Rebis
Brian Staveley Boski ogień Wydawnictwo: Rebis
Brian McClellan Obietnica krwi Wydawnictwo: Fabryka słów






Tanie książki, czyli stosik, za który wydałam w sumie z 15 złotych :) Wszystkie książki są nowiutkie, zobaczymy, czy ich zakup będzie dla mnie udany. Arcymaga kupiłam, bo znam wcześniejszą część, która, o zgrozo, myślałam, że jest pierwszym tomem, ale nie... Fabryka słów musiała po prostu podzielić powieść na dwie części. Super, ekstra.

Chistopher Moore Gryź, mała, gryź Wydawnictwo: Mag
Caitlín R. Kiernan, David Morrell i inni... Wielka księga horroru. Tom II Wydawnictwo: Fabryka słów
Miroslav Žamboch, Jiří Walker Procházka Agent JFK 4. Armie nieśmiertelnych Wydawnictwo: Fabryka słów
Aleksander Rudanazow Arcymag. Część II. Wydawnictwo: Fabryka słów



Kobiety są jak burza. Są piękne, gdy się na nie patrzy, czasem też miło ich posłuchać, ale przez większość czasu są po prostu niewygodne.

Ostatnie Imperium nie jest ani miłym, ani specjalnie pięknym miejscem, pokrywa je popiół, który od tysięcy lat niemal nieustannie sypie się z nieba na przemian z deszczem i śniegiem. Lud podzielony jest na tych, którym się w życiu poszczęściło — są szlachcicami, a ich życie skupia się na zabawach i co najwyżej dworskich intrygach, na tych którzy przystąpili do Stalowego Zakonu i zajmują się kultem Imperatora, wykonywaniem jego praw i sprawami urzędowymi, no i wreszcie na tych, którzy nie mają nic do gadania, a stanowią najliczniejszą, pozbawioną wszelkich przywilejów grupę społeczną, skaa — niewolnicy. Skaa nie wiedzą, czym jest radość, bo nigdy jej nie poznali, są rzeczami na usługach lepiej urodzonych. W tym niepewnym i przepełnionym okrucieństwem świecie egzystuje Vin, jest skaa, która pośród ulic Luthadel wraz z bandą złożoną z samych skaa przestępców żyje w niezgodzie z prawem. Tajemnicze zdolności pozwalają jej kontrolować uczucia innych, umiejętności, które do tej pory pozwalały jej przeżyć, teraz mogą przysporzyć dziewczynie kłopotów. Magiczne moce zostają odkryte, a za Vin rusza pościg… W tym momencie losy dziewczyny i Kelsiera — buntownika i legendarnego Ocalonego z Hatshin — połączą się. Różni ich wszystko, wiek, doświadczenie, umiejętności, ale odnajdą wspólny cel — obalenie Ostatniego Imperatora. 

Muszę przyznać, że historia Brandona Sandersona mnie urzekła, wcale nie dziwi mnie, dlaczego jego powieść zyskała tak wiele nagród i okrzyknięto ją bestsellerem, pisarz swą książką zasłużył na wszelkie laury. Pozycja nie jest płytka, jednowątkowa, z bohaterami pozbawionymi charakterów, Z mgły zrodzony to barwnie opowiedziana historia, z postaciami, z którymi można się zżyć, i zabiegami fabularnymi niepozwalającymi oderwać się od powieści. Książka nie jest chudzinką, a mimo wszystko pochłonęłam ją w dzień/dwa? Styl autora pozwala i na cieszenie się z pięknych słów, i szybkie czytanie. Muszę przyznać, że od dawna marzyła mi się podobna pozycja, ale nie mogłam jakoś na nią trafić, chciałam fantasy, które mnie pochłonie i o którym będę myśleć przez kolejne tygodnie po lekturze. Wreszcie moje oczekiwania zostały spełnione.

Z całej gamy postaci najbardziej go gustu przypadł mi Eland, który dołączył do grona moich wyimaginowanych mężów. Eland Venture nie należy do pomniejszej szlachty, wywodzi się z jednego z rodów, cieszących się szczególnymi przywilejami Ostatniego Imperatora. Chociaż wychowywany w nienawiści do skaa i pogardzie do nich, zachował dobre serce, a odwaga i honor są dla niego rzeczami istotnymi. No i najważniejsze: Eland pochłania książki, i te zakazane, i powszechnie dostępne. Vin, czyli jedna z głównych postaci, również zasługuje na uwagę, dziewczyna jest nieufna i przyzwyczajona do zdrad, mimo młodego wieku doskonale zdaje sobie sprawę z niebezpieczeństw jakie czyhają na nią Luthadel, próbuje być twarda i szorstka, rozwojowi zdarzeń Z mgły zrodzonego towarzyszy metamorfoza postawy Vin, która mnie wręcz urzekła.

Mamy tutaj oczywiście konflikty moralne, niejednokrotnie denerwowała mnie postawa szlachetnie urodzonych, którzy nie przejmowali się losem maluczkich, oni nie widzieli w nich ludzi, widzieli jedynie przedmioty, które mogą się jeszcze do czegoś przysłużyć. Autor dał mi do myślenia swoimi wywodami, rozważeniami Vin, nie jest to jedynie dobra fantasy z barwnymi przygodami, z intrygami, i knowaniami, to powieść pokazująca dobro i zło, ale czasem uświadamiająca, że nie ma dobrych wyborów. Czasem trzeba wybrać mniejsze zło. 

Nie chcę rozwodzić się dłużej nad zaletami powieści, nie umiem pisać laurek dobrym książkom, bałabym się zdradzić jakiś istotny dla fabuły element, mam nadzieję, że ta krótka recenzja zdołała Was jednak do Zrodzonego z mgły przekonać. 

Niech Book będzie z Wami
Matylda

źródło: tu, tu




Giger
Okładki do serii Z mgły zrodzony są jednymi z tych, na które mogłabym się patrzeć wręcz godzinami. Książki Sandersona kupiłam zafascynowana niesamowitymi grafikami właśnie, a stworzył je urodzony w 1975 roku Dominik Broniek. Po krótkim reaserchu okazało się, że z jego pracami miałam już wielokrotnie do czynienia. Autor mieszka w Holandii, jak sam mówił rysował od zawsze, a czasem zamiast słuchać na lekcjach zafascynowany Funky Kovalą tworzył swoje pierwsze komiksy. Inspiracjami dla ilustratora bywają tacy autorzy jak Frank Frazetta, Boriss Valleyo czy Giger, ale również Zbigniew Beksiński. Jeśli chcielibyście dowiedzieć się więcej o grafiku, odsyłam do wywiadu z ilustratorem. A dla zachęty wklejam krótki jej fragment:

Nie wyobrażam sobie robienia ilustracji do książki czytając tylko jej fragment. Trzeba zapoznać się z całością tekstu, żeby wczuć się w klimat i dobrze poznać bohaterów. Na przykład zdarza się, że główny bohater jest opisywany bardzo rzadko przez całą książkę i dopiero w ostatnim rozdziale jest wspomniane o tym jakie ma włosy. Często, kiedy brakuje mi czasu, pomaga mi w tym moja narzeczona. Czyta mi na głos a ja robię w tym czasie pierwsze rysunki.

Dominik Broniek stworzył okładki do książek takich pisarzy, jak Jarosław Grzędowicz, Maja Lidia Kossakowska czy Jacek Piekara. Najczęściej ilustruje książki wydawnictwa Fabryka słów. Lubicie jego prace? A może macie książki z ilustracjami Brońka na okładce? 



Po książkę Petera V. Bretta sięgnęłam ze zwykłej ciekawości, mój chłopak miał ją na półce, więc stwierdziłam, że może z Malowanym człowiekiem się zaprzyjaźnimy. 

Ciesz się dzieciństwem, póki jeszcze możesz, dziewczyno. Gdy dobiegnie końca, nagle zaczniesz za nim tęsknić. Świat ma znacznie więcej do zaoferowania niż tylko rozkładanie nóg przed mężczyzną i rodzenie mu dzieci.


Historia skupia się wokół trzech postaci jedenastoletniego Arlena, trzynastoletniej Laashy i trzyletniego Rogera, należy w tym punkcie nadmienić, że żadne z powyższych bohaterów nie zostało specjalnie nakreślone. Wydawało mi się, że są jedynie papierowymi marionetkami rzuconymi w pęd wydarzeń, chociaż zaraz, w tej książce nic się nie działo, więc… zostały rzucone w jakiś eter powieści. Autor zbudował każdą postać na sztampie i przerysowaniu, Arlen jest odważny, ale tak do szpiku kości i nie jest dzieciakiem, który specjalnie przejmuje się czyjąś śmiercią, a runy, to on kreśli lepiej niż ktokolwiek inny w całej wsi! Właściwie to jego przemyślenia głównie skupiały się na tajemniczych Wolnych Miastach i o tym, że z demonami, to powinno się walczyć. Jak w typowym fantasy rodzicie są niepotrzebni do szczęścia, więc schodzą na osiemnasty plan i niemal zupełnie znikają z fabuły, nie wspomina ich się wcale, powiedźcie mi, czy naprawdę jedenastoletnie/trzynastoletnie chłystki (no, dobra, które muszą wcześniej dorosnąć, ale zawsze) po krótkim okresie czasu w ogóle zapominają o rodzicach? Laasha i Arlen mają z nimi pewne niesnaski, ale tylko z jednym z rodziców… Sama dziewczynka to również postać wykreowana na schematach — jak piękna, to nie ma od niej ładniejszej, jak zdolna, to już w ogóle do kwadratu. Postaci Petera V. Bretta są słabe. Jak Zielarka, uchodząca za Wiedźmę, to już wredne i przeżute przez starość babsko, ale jednak o dobrym serduszku i z tajemnymi tajemnicami. Jak zła matka, to już nie ma dla niej ratunku, próżno w niej szukać zachowana, które mogłoby działać na jej korzyść, krnąbrna, puszczalska i wredna, tak, że pożal się boże… Wracając jednak do historii, jest ona równie sztampowa, jak bohaterowie, każda nowa opowieść — bo są trzy przeplatające się — zaczyna się niemal tak samo, mamy atak demonów, mamy pomoc ludziom, którzy zostali przez owe złe istotny skrzywdzeni. Na początku napaść otchłańców bardzo mnie zaciekawiła, to jedyny aspekt świata, który mi się podoba, ale z czasem czułam, że to zupełnie zepsuty potencjał. 

Nie oczekuję od książek, że od pierwszej strony ich akcja skoczy z kopyta, lubię, jak autor zapoznaje nas ze światem przedstawionym, ale tutaj nawet to kulało. Narrator skupiał się na jakiś błahostkach, a nawet nie uraczył nas porządny opisem emocji po utracie bliskich, za to za każdym razem, gdy pojawia się na scenie nowa marionetka pojawia się opis jej wyglądu… W świecie Bretta ludzie żyją w ciągłym strachu, dało się to nawet wyczuć, a ich przyjaciele giną raz na tydzień, ale jeśli umiera ktoś naprawdę bliski sercu, oni nie zatrzymują się nad nim, nie raczą go przemyśleniami, ot, no umarł, było mi przykro, ale już nie jest, zabieram manatki i lecę. Zresztą  tu nie ma niemal żadnych emocji, a co dopiero szukać żalu, jest za to opis pięknych kształtów Laashy. 


Każde dziecko pewnego dnia musi sobie zdać sprawę, że dorośli również popełniają błędy i okazują słabość, tak jak wszyscy inni. Następnego dnia, czy tego chce czy nie, nie jest już dzieckiem.


Każde z dzieci rusza w jakąś podróż, każde jest super ekstra w tym co robi i w ogóle bez wad, a jak jakieś niebezpieczeństwa, to wychodzą z nich obronną ręką. Autor stworzył trzy Mery Sue, bo inaczej tych bohaterów nie można nazwać. Jestem oburzona, że mój cenny czas i potencjał powieści zostały potraktowane tak po macoszemu! Tak się nie robi! I nawet akcja pod koniec mnie nie przekonała, za długo na nią czekałam, zbyt chciałam, by coś w końcu zaczęło się dziać, te wprowadzenia nic nie dały! Jedynie w historia Laashy jakoś na mnie wpłynęła, ale po krótkim przemyśleniu i ona wypada słabo. W tej historii najważniejsza jest prokreacja, a chuć w mężczyznach jest dominująca, w każdej opowieści i tej aspekt się pojawił, W KAŻDEJ Z TRZECH HISTORII! Ci ludzie myślą tylko o płodzeniu potomków, dlaczego? Bo to jak rzucenie rękawicy demonom! Czy tylko ja wydaję się nieprzekonana?

Nie polecam tej książki fanom fantastyki, nie polecam jej nikomu, bo Brett wykorzystał schematy, które dobrze znamy z innym książek, nawet przy znielubionym przeze mnie Eragonie, Malowany Człowiek wypada blado. To opowieść, której fabuły specjalnie nie mogę nawet nakreślić, bo jej tam niemal nie ma, autor rozwlekając sprawy nieistotne nie wykreował specjalnie świata przedstawionego. Nie wiem, czy chcę kontynuować przygodę z tym cyklem, raczej nie, bo wizja kupowania dziewięciu książek, które składają się na pięć kolejnych tomów powieści do mnie nie przemawia… A wolę nie ryzykować, że wyrzucę pieniądze w błoto, cóż, pozostaje mi biblioteka, jeśli chciałaby znowu wejść świat Malowanego człowieka, ale wiecie, co? Raczej wątpię, że tam powrócę.

Niech Book będzie z Wami, 
Matylda

źródło: tu, tu,






Zacznijmy więc od czegoś łagodnego, a jednocześnie, czegoś co bardzo, ale to bardzo lubię, od SI! 

Sztuczna inteligencja 

Z sztuczną inteligencją bywa różnie, tworzymy ją, by nam pomagała i ułatwiała życie, czasem tak zostaje, ale zazwyczaj, powiedźmy sobie szczerze, AI daje nam strasznie w kość. Z tej sztucznej inteligencji jest po prostu niezłe ziółko. Chętnie wypowiada ludzkości, a tutaj sobie kogoś zamorduje, a tutaj przejmie kontrolę nad całą światową elektroniką… Sztuczna inteligencja przybiera różne formy, czasem to przyjemne dla oka roboty (Terminator, no, co? Arni ma świetne mięśnie!), a inny razem superhiperkomputer (Transcendence). Niektóre przestrzegają praw robotów, a inne je jawnie łamią. 

Wstęp, czyli chwila dla matyldowych wywodów

Świadomości nie da się wyjaśnić w żaden naukowy sposób. Wiemy, że ją posiadamy, ale jeśli mamy opowiedzieć, czym jest świadomość, już nie jest tak banalnie. Możemy mówić, co dzięki niej odczuwamy, jak postrzegamy świat, ale to nie są odpowiedzi na pytanie „co to jest” tylko „jak to jest”. To jak z opowiedzeniem, co czujemy, widząc kolory, odczuwamy je, ale jak opisać owo odczuwanie? Jest nam czerwono? Z drugiej jednak strony, czy wiemy, jak to jest być nietoperzem? Możemy to sobie wyobrazić, ale wiedzieć na pewno, cóż, obecny poziom nauki nie pozwala odpowiedzieć na to pytanie. Jak widzi niewidomy od urodzenia? To jak zamknięcie oczu? Cóż, no, nie, taka odpowiedź jest podobną do tej, że w pokoju, w którym nigdy nie byliśmy znajduje się pianino. Skoro nie potrafimy odnaleźć esencji naszej własnej świadomości, to co dopiero ją przekazać. Jak stworzyć maszynę, która rozwiązywałaby problemy za pomocą inteligencji, a nie zbioru informacji znalezionej w sieci? Przypuśćmy, że jakimś cudem udało nam się dowiedzieć o co chodzi z tą świadomością, ale co dalej? Jak określić, czy wykonana przez nas maszyneria ją posiada? Wykonamy Test Turinga? Ale czy on pozwoli nam określić jaki charakter ma nasza SI? Czy ma własne odczucia? Potrzeby? A może jej program będzie na tyle rozwinięty, że nie będziemy w stanie znaleźć różnicy pomiędzy nią, a nami? W którym momencie rozpoczyna się człowiek? Na te i inne pytania próbują z lepszym i gorszym skutkiem odpowiadać filmy. Motyw sztucznej inteligencji daje twórcom szeroką gamę możliwości, jedni wykorzystują ją w kinie akcji, a drudzy kuszą filozoficznymi rozważeniami, a czasem bywa tak, że te rozwiązania łączą ze sobą. 

EVA, kobieta robot 
Ex Machina (2015)

Humanoidalny robot, piękna obudowa, a wewnątrz szczwany program? Jej zachowanie mnie fascynujące. Czy ona marzyła? Czy chciała? Czy po prostu spełniała swoje zadanie w Teście Turinga? Trudno jednoznacznie ocenić jej motywy, a film pozostawia wiele niedopowiedzeń. Mam własną teorię na temat działań podjętych w tym filmie przez postacie… Ale o tym już niebawem na blogu! 





SAMANTHA miłości nie ma, są komputery
Ona (2013)

Samantha to imię spersonizowanego systemu operacyjnego, który poprzez ciągły rozwój zaczyna nie tylko zaprzyjaźniać się z właścicielem, ale również próbuje się z nim spoufalać. Uważam, że to jeden z ciekawszych pomysłów na przedstawienie sztucznej inteligencji. Samantha nie ma ciała, jest tylko i wyłącznie w sprzętach głównego bohatera. Ludzkie zachowania odnajdujemy w jej sposobie komunikowania. Samantha jest urzekającym rodzajem sztucznej inteligencji. Spotkanie z nią należało do jak najbardziej udanych, polecam ją poznać! 

DAVID SWINTON w podróży za jeden uśmiech

A.I Sztuczna Inteligencja (2001)

Film Stevena Spielberga pamiętam jeszcze z dzieciństwa. David, czyli Pinokio w robocim ciele, marzy by stać się prawdziwym chłopcem. Jego historia, chociaż bardzo smutna, jest urzekająca i poruszająca. David przez swoją nieporadność i niezwykłe oddanie sprawie, staje się bohaterem, któremu kibicuje się z całych sił. A.I. Sztuczna Inteligencja to dla mnie najbardziej działający na emocje film z robotem w roli głównej. 



SONNY, a czy Ty potrafisz tworzyć sonety?
Ja, robot (2005)

Polubiłam Sonny’ego, ale w moim mniemaniu film z Willem Smithem nie był zbyt wyszukaną produkcją, reprezentował sztampowe kino akcji z drobnym wątkiem kryminalnym. Sonny to postać zagubionego i pełnego przemyśleń robota sprawiła, że spojrzałam przychylniejszym okiem na tę produkcję. W Sonnym jest coś wyjątkowego, coś co pobudza wyobraźnie i skłania do rozmyśleń odnośnie naszego coraz mocniej zmierzającego do cybernetyzacji świata. 

TARS kwadratowy robot też jest fajny
Interstellar (2014)

Tars, kochany Tars… Co mogę napisać? Interstellar to jeden z najlepszych filmów, jakie ostatnio widziałam, a robot o dość dziwacznej aparycji z miejsca skradł moje serce. Jest perełką w zestawieniu. Uwielbiam jego poczucie humoru i każdą scenę z nim w roli głównej. 




A wy macie swoich faworytów? Z Bookiem,
Matylda
Źródła: tu



Rozpoczynamy nową blogową serię, która będzie dumnie nosiła nazwę W niedalekiej przyszłości. Mam nadzieję, że tematy, o których będę pisać, Was zainteresują. Postaram się, by wpisy w tym cyklu nie były zlepkami suchych i oczywistych faktów. Tematy, które mogę poruszyć są niezwykle intrygujące, a przedstawienie ich w schematyczny sposób byłoby z mojej strony wielkim nadużyciem. Powyższa ikonografika obrazuję miej więcej, co się pojawi, na pewno nadmienię o kilku filmach i bohaterach, będzie się z pewnością wiele działo, mam nadzieję, że będziecie zadowoleni! :) Nie przydłużając, zapraszam do pierwszego postu z serii, który pojawi się lada chwila!

Matylda


To pierwszy cykl ikonografik na blogu, muszę przyznać, że stworzenie go nie było takie łatwe i przyjemne, jak na początku mi się wydawało, że będzie… Pierwszym problemem, z którym musiałam się zmierzyć, był szablon — praca nad nim trwała, a wygrała opcja, którą widzicie w poście. Myślałam, że skoro oprawę graficzną mam za sobą, to z treścią uwinę się raz dwa, ale niestety, znowu się myliłam. Chociaż mniej więcej wiedziałam, jakie książki chciałam w poszczególnych latach umieścić, to mimo wszystko czasem brakowało mi jednej/dwóch pozycji, wówczas z pomocą przychodziła baza biblioteki narodowej. Ale nie chciała one ze mną specjalnie współpracować. Dodatkowym problemem okazywały się opisy książek, pisałam je zazwyczaj w Wordzie a potem dopiero wklejałam do szablonu, były po prostu za długie, więc należało je odpowiednio skrócić, a jednocześnie zachować sens danego opisu. Mam jednak nadzieję, że polubicie ikonografiki, bo będą częstym gościem na Leonie :) Dajcie koniecznie znać, co sądzicie o takiej formie postu! 

Matylda




Kiedy w podstawówce dowiedziałam się, że Mieszko I przyjął chrzest i państwo Polan stało się od tamtej pory katolickim krajem, myślałam, że wydarzyło się to szybko, a ludzie garnęli się, by zmienić swą wiarę i ot tak sobie nagle wszyscy stali się gorliwymi czcicielami jedynego Boga. Jakie było moje zdziwienie, gdy mamiona ciekawością, zaczęłam szukać informacji o wierzę przodków, zdałam sobie w końcu sprawę, że jeszcze w XVI wieku wyznawcy słowiańskich bogów wciąż egzystowali. Chrystianizacja nie odbywała się szybko i dobrowolnie, wręcz przeciwnie, pogańskie świątynie palono, ścinano wielkie, opiekuńcze drzewa, a Pogan wyniszczano i gnębiono, póki nie poddali się narzuconej wierze. Zawsze byłam ogromnie ciekawa wierzeń przodków, Marzanna, Trygław czy też Baba Jaga, przyciągali i pobudzali wyobraźnie. Wydawali się dzikimi i groźnymi bóstwami, ale jednocześnie zdawali się mniej przerażający od swych skandynawskich kuzynów z Odynem na czele. Długo szukałam książki, która w barwny, a jednocześnie ciekawy sposób, przedstawi ich bliżej, wplecie wątki z nimi związane do powieści. Sceptycznie podchodziłam do książki Małgorzaty Saramowicz Xiegi Nefasa. Trygław — władca losu, jednak muszę powiedzieć, że nie rozczarowałam się lekturą. To dobra powieść, która jednak specjalnie nie porywa, dobrze się ją czyta, ale nie należy do wybitnych dzieł ani polskiej, ani zagranicznej fantastyki. 

Czas w którym dzieją się Xięgi Nefasa przypada na rządy Bolesława Krzywoustego, który o koronę musi walczyć z bratem Zbigniewem, wie, że ten drugi ma wśród jego poddanych popleczników, zdaje sobie również sprawę z tego, że zdobycie panowania nad całym krajem nie będzie łatwe. I to w zasadzie tyle, jeśli chodzi o analogie do rzeczywistych wydarzeń. Historyczne wątki zostały przez autorkę potraktowane po macoszemu, więc tą książką nie poszerzymy wiedzy o okresie rządów Krzywoustego, lecz nic to, nie liczyłam na naukę czegoś nowego, sięgając po Xięgi Nefasa.  Do wiernych kompanów Bolesława należy Nefas — to jego oczami obserwujemy wydarzenia dziejące się w powieści. Jest szpiegiem księcia, jego prawą ręką i druhem, którego lata temu uratował od śmierci. Sam Nefas to dość interesująca postać, wzorowana jest na tajemniczym kronikarzu dziejów syna Władysława Hermana — Gallu Anonimie, jednak nie pozwalająca szczególnie blisko poznać pozostałych bohaterów. Zabrakło mi postaci, które równie jak on zaciekawiłyby mnie. Wydawało mi się, że każdy bohater kieruje się tylko jedną, jedyną cechą charakteru, Nefas był przebiegły, Bolesław odważny, Sława wredna, Maria szlachetna, Baldwin krnąbrny, Ragdna… Ach, z tą dziewczyną mam wielki problem, niby jej historia mnie zainteresowała, a wątki z nią najbardziej urzekły, to na przestrzeni całej powieści było jej po prostu za mało, bym jakoś specjalnie miała przejąć się jej losem. To właśnie stanowiło problem Xięgi Nefasa, nie umiałam zżyć się z bohaterami. W pewnym momencie akcja zaczęła gnać na łeb na szyję, a nasz narrator popadał w coraz to większe tarapaty, do pewnego momentu podobało mi się to, ale pod koniec książki bieg za wypadkami odrobinę mnie zagubił… Brakowało mi tchu. Lubię jak dużo się dzieje, ale tutaj wydarzeń było aż nadto, nie było chwili skupienia na bohaterach. Zdaje sobie, że narracja pierwszoosobowa rządzi się swoimi prawami, ale Nefas jako szpieg mógłby uchylić więcej niż rąbek tajemnicy o poszczególnych postaciach występujących na łamach powieści.

Małgorzata Saramowicz została okrzyknięta polskim Poe, nie wiem ile prawdy jest w tym, że jej powieści grozy dorównują amerykańskiemu mistrzowi, jedno jest jednak pewne — autorka dzięki swojej najnowszej książce raczej nie zostanie uznana za drugiego Martina. Fantastyka w jej wydaniu była całkiem zjadliwa, ale nic poza tym, nie wywołała we mnie żadnych zachwytów, a niektóre rozwiązania fabularne były aż nazbyt do przewidzenia. Odrobinę żałuję, że słowiańskie wątki pojawiały się i szybko znikały, wolałabym przeczytać o nich trochę więcej, cóż, przecież to przez nie czytałam Xięgi... Mimo wad Xięgi Nefasa były naprawdę dobrą rozrywką, więc jeśli szukacie odrobinę słowiańskich wierzeń, dworskich intryg i przebiegłego głównego bohatera, to to powieść dla Was. Ja zabawę miałam całkiem przednią.


Autor: Małgorzata Saramonowicz
Ilość stron: 480
Wydawnictwo: Znak

Źródła: tu
Niech Book będzie z Wami, 
Matylda


Kiedy jeszcze chodziłam do księgarni (teraz też chodzę, ale tylko po odbiór zamówień), by znaleźć jakąś powieść, która mnie zaciekawiła tytułem/okładką/opisem, pytałam sprzedawcy, aby jakoś mu pomóc rzucałam kojarzącymi mi się z jej tytułem frazesami. Byłam młoda i niezbyt zaznajomiona z tym, że tytuły książek często brzmią niemal jednakowo… Czy to błąd, czy nie? Sądzę, że jeśli chodzi o tytuły to nie ma potrzeby silić się na wymuszoną oryginalność, bo i po co jakiś tytuł ma brzmieć pokracznie? Ale jednak, cóż, to ciekawy temat do analizy i stworzenia z niego zestawienia!

Moi drodzy, tchnięta wspomnieniem o księgarnianych perypetiach stwierdziłam, że znajdę, co ciekawsze podobieństwa.
(Klikając w grafikę, powiększy się ona)

CIEMNOŚĆ, WIDZĘ CIEMNOŚĆ!
Oj, ciemność bywa różna, jest płonąca i królewska, a zdarza się także dotykająca…











ZBRODNIA
Zbrodni było o wiele, wiele więcej niż ciemności, zazwyczaj były one kolorowe, bo i mamy taką w szkarłacie, w błękicie, a nawet mamy i karę. Ale największą dominacją z tym słowem cieszy się doskonałość i niedoskonałość, i prawie doskonałość, takich zbrodni w tytułach jest od liku.









GRA
Gier również było całkiem sporo, więc miałam trudny wybór, którą wybrać do zestawienia, bo grać można i w klasy, i o tron, i nawet w kłamstwa.











NADCHODZI BURZA
Wśród burz najbardziej obfitowała ta burza uczuć, sporo było również tytułów mających samą burzę, ale chyba najbardziej ujęła mnie Burza słoneczna, w sumie nie wiem czemu. Jeśli chodzi o burzę, to mamy z nią do czynienia w wielu gatunkach, pojawia się i w dramatach, i w romansach, a i fantastyki z burzą w tytule nie brakuje. 



Co sądzicie o książkach z podobnymi tytułami? Zdarzyło Wam się kupić złą, bo miała taki sam tytuł jak ta, której szukaliście? Dajcie znać!

Niech Book będzie z Wami, 
Matylda 








Absolutnie wszystko może wyjść z mody, nawet coś tak praktycznego jak wzgórze pełne nieboszczyków.

Kanały, wysepki, tysiące dusz koegzystujących na małej powierzchni. Camorra nie jest miłym miejscem, o, nie, jest niebezpieczna i zdradziecka. Nie ufaj małemu, wynędzniałemu chłopcu, który właśnie upada na chodnik, efektownie przy tym wymiotując, on wcale nie jest schorowany, biedny chłopaczek odwraca Twoją uwagę, by któreś z jego drobnych przyjaciół mogło ogołocić Cię z pieniędzy. Na domiar złego nie jesteś szlachetnie urodzony, drogi czytelniku, więc złodzieje mogą wtargnąć do Twojego domu w nocy i zwędzić, co cenniejsze elementy wystroju. Gdyby w Twych żyłach jednak płynęła arystokratyczna krew, wówczas może udałoby Ci się utrzymać majątek, ale uważaj, bo w każdej chwili Cierń Camorry może połasić się na Twą fortunę, a wówczas… Nie będę oszukiwać, masz marne szansę w pojedynku z nim, ba, możesz nawet się nie zorientować, że właśnie zostałeś ogołocony z fortuny. 

Cierń Camorry to legendarny złodziej, o którym niemal wszyscy słyszeli, ale tak naprawdę nikt nic o nim nie wie. Jedni uważają, że pieniądze, które ukradnie bogatym, oddaje biednym, a inni nie wierzą w bajdurzenie o nim. Cierń jednak istnieje, ale nie jest dobrym wujkiem, który pochyla się nad losem maluczkim, Locke Lamora jest wredną bestią, która dzieli się łupami jedynie z członkami swojego gangu. To szczwany lis, który boi się co najwyżej gniewu boskiego Patrona, cała reszta to tylko płotki w jego kolejnej intrydze. Złodziej nie lubi pakować się w kłopoty, ma już dość swoich, ale dziwnym trafem zawsze coś musi pójść nie tak, a tym razem… Cóż, Locke stanął przed poważnym problemem, który może zadecydować nie tylko o jego życiu, ale także jego kompanów. 

Kłamstwa Locke’a Lamory to książka, od której od lat nie mogę się uwolnić. Nie jest to może arcydzieło literackie, które w jakikolwiek sposób zmieniło moje nastawienie do świata, ale to po prostu dobra, relaksująca i wciągająca powieść. Uwielbiam jej bohaterów i świat przedstawiony. Zwłaszcza to ten drugi mnie fascynuje. Camorra przypomina swym wyglądem Wenecję, a jednocześnie jej nazwa nawiązuje do tajnej włoskiej organizacji przestępczej Camorry. Miasto skrywa wiele tajemnic, nie wiadomo w jaki sposób je zbudowano, odbyło się to wieki, a może nawet tysiące lat przed tym jak Locke Lamora zaczął działalność przestępczą. Opisy niezwykłych budowli zawsze sprawiały, że chciałabym przejść się ulicami Camorry, przepłynąć kanałami, czy nawet wystąpić jako contragenezza, która ryzykuje życie w walce z morską bestią. Stworzony przez Lyncha świat jest na tyle barwny i zróżnicowany, że nie można przejść obok niego obojętnie, to miejsce czekające na odkrywców! 

Książka Scotta Lyncha wciągnęła mnie od pierwszy stron. Język autora jest — w moim mniemaniu — na poziomie mistrzowskim, niezwykle barwne i plastyczne opisy, dialogi, które czyta się z zapartym tchem, efektowna fabuła, sprawiają, że Kłamstwa Locke’a Lamory są powieścią wartą bliższego poznania. W tej książce nie ma czasu na złapanie oddechu, sekret goni sekret, intryga dogania intrygę, bohaterowie giną, a Locke’a Lamora próbuje wywinąć się z tarapatów. Mamy momenty, w których akcja zwalnia, a narrator pokazuje nam kolejne elementy zagadki. Locke i jego kompani nie są zwykłymi rzezimieszkami, jakich pełno na ulicach Camorry, oni co roku organizują przewrotne skoki na pieniądze niczego nieświadomych szlachciców. Są aktorami, charakteryzatorami, potrafią w mgnieniu oka zmienić się z jednej postaci w drugą. Gang nie tylko łączą wspólne interesy, ale również przyjaźń i zaufanie, myślę, że bez tych aspektów Niecni Dżentelmeni nie mogliby działać. Bliźniaki Caldo i Galdo, Pędrak i wreszcie zabijaka Jean to współpracownicy Locke’a, którzy pomagają mu w realizacji jego szalonych planów. Całą piątkę cechuje lekkość bytu, miałam wrażenie, że nie potrafią być poważni, doceniałam ich humor i pewność siebie, bez tych cech książka stałaby się zdecydowanie uboższa. Myślę, że to właśnie ciągłe przekomarzania się sprawiły, że polubiłam z miejsca całą zgraję współpracowników Locke’a, a jego samego umieściłam w loży moich wyimaginowanych mężów. 

Lata dokonują swoistej alchemicznej sztuczki, przekształcając ludzkie mamrotanie w szacowne wypowiedzi. Udziel rady, mając czterdziestkę, a będziesz zrzędą. Udziel jej w wieku lat siedemdziesięciu, a uznają cię za mędrca.

Nie sposób jest pisać o książce, którą czyta się raz do roku od 2007, myślałam, że będzie to o wiele łatwiejsze zadanie, ale bardzo się myliłam… Jeśli szukacie frajdy na miarę Ocean's Eleven to jest to pozycja dla Was, Scott Lynch stworzył po prostu świetną powieść łotrzykowatą. Nie lubicie fantastyki? Tutaj jest jej bardzo mało, pojawiają się co prawda alchemiczne kule czy więzimagowie, ale niewiele więcej. Kłamstwa Locke’a Lamory są dla tych, którzy nie lubią się nudzić. Szukacie udanego debiutu literackiego? Trafiliście pod dobry adres!

Autor: Scott Lynch
Ilość stron: 556
Wydawnictwo: Mag


Niech Book będzie z Wami, 
Matylda

źródło: tu,