Kiedy zaczynałam blogową przygodę, nie zdawałam sobie sprawy z wielu rzeczy, które teraz już wiem. Nie miałam żadnego planu, jak tworzyć, co tworzyć, dla kogo, po prostu pisałam i czytałam. Powoli odnajdywałam pomysły, w moim mniemaniu będące oryginalnymi. Nie znalazłam w blogosferze cykli podobnych do tych które tworzyłam: Literofilmówka (czyli filmy z autorami książek) i StereoLeo (czyli muzyka inspirowana książkami). Próbowałam wymyśleć coś jeszcze, ale nie było to łatwe, chociaż początkowo pomysły wydawały się innowacyjne, tak po krótkim reaserchu odpuszczałam je, bo to już było, bo taki cykl już ktoś prowadzi, a ja nie lubię być wtórna… Trudno jest stworzyć coś nowego, a jeszcze gorszej jest potem utrzymywać daną serię, bo nie łudźmy się, LF i SL wymagają nakładu czasu i chęci, a tych czasem mi brakowało, niestety. Nie tylko tworzenie cykli było pracochłonne, ale samych postów również, zwłaszcza, że pisanie nie zawsze mnie bawiło… Co mnie zaskoczyło, gdy zaczęłam swoją przygodę z blogiem książkowym?

Jak sobie radzę teraz?

P.S. No i przygotowałam swój własny Plan działania i Listę rzeczy do zrobienia, ot, bo ja lubię czasem pobawić się w małego grafika i w sumie znalezione w internetach plany średnio mnie usatysfakcjonowały. Jeśli powiększycie grafiki, będą w odpowiednim rozmiarze, jeśli chcielibyście z nich skorzystać.

W pewnym momencie popadłam w monotonnie, chciałam czytać książki, które lubiłam, a z drugiej strony pojawiały się premiery, które mogłyby zainteresować moich czytelników. Zazwyczaj jest tak, że powieści w momencie wyjścia na rynek wręcz zalewają blogosferę, są po prostu wszędzie. Tu pojawia się wywiad z autorem, tu rozdanie, a tu znowu recenzja, to wszystko powodowało, że chociaż miałam stos książek, których byłam niemal pewna, że mi się spodobają, to zastępowałam je takimi, co do których już tej pewności nie miałam...
Co robię teraz?
Czytam nowości, ale po ochłonięciu blogosfery, po pojawieniu się krytycznych recenzji, by nie rozczarować się książkami. Nie oszukujmy się pierwsze recenzje, zwłaszcza te przedpremierowe, są pewne zachwytów i ochów, potem pojawiają się głosy, że coś jednak jest nie tak, że coś nie gra. Nie wierzę, że każda powieść, która dopiero wyszła na rynek jest objawieniem.
Kiedy zbliża się listopad, dopada mnie chandra, dodatkowo jestem osobą ogromnie znerwicowaną, więc każde nawet najmniejsze potknięcie i problem według mnie bywają końcem świata. Potrafię wrócić do mieszkania z przystanku, by sprawdzić czy na pewno zamknęłam drzwi, nawet jeśli dwa razy przed wyjściem naciskałam na klamkę, by się upewnić. Prowadzenie bloga było dla mnie kolejnym powodem do zmartwień, dni obfitujące w marazm atakowały ze zwiększoną częstotliwością, a ja nie umiałam znaleźć w sobie grama chęci na tworzenie.
Co robię teraz?
Odpoczywam. Tak zwyczajnie. Odrywam się od blogosfery, nie czytam, nie piszę, po prostu leniuchuję, ładuję akumulatory i to działa. Odwyk od książek i bloga bardzo się przydaję.
A Ty, Drogi Blogerze, jak teraz patrzysz na swoje początki? Co się zmieniło? A może dopiero zaczynasz i chciałbyś się podzielić, jak sobie radzisz? Pisz śmiało!
Z Bookiem!